Horyzont wokół nas krąży

aktualizacja: 21.12.2014, 09:04
Foto: Rzeczpospolita

Maciej Pospieszyński , mistrz świata w akrobacji szybowcowej: – Nie wyobrażam sobie życia bez latania. W szybowcu czuję się dużo pewniej niż w samochodzie.

„Wystarczy, że raz doznasz lotu, a będziesz zawsze chodził z oczami zwróconymi w stronę nieba, gdzie byłeś i gdzie pragniesz powrócić" – twierdził Leonardo da Vinci. W pana przypadku to właśnie była taka miłość od pierwszego wejrzenia?

W rodzinie miałem tradycje związane z innym żywiołem, czyli z wodą. Mój dziadek jest emerytowanym kapitanem żeglugi wielkiej, pierwszy powojenny rocznik szkoły morskiej. Od małego pływałem na żaglach i w regatach, w domu leży trochę dyplomów. Później pływałem nawet na słynnych „Bieszczadach" (jacht żaglowy, który zatonął w 2000 roku z niemal całą załogą) i na „Zawiszy Czarnym" (flagowy żaglowiec ZHP), ale na nieszczęście mojego dziadka mieszkałem niedaleko lotniska na Bemowie, przy Wojskowej Akademii Technicznej, gdzie przez jego kapitańską lornetkę mogłem podziwiać latające szybowce.

A w telewizji oglądał pan pewnie „Top Gun", marzył o skórzanej pilotce i ray-banach Toma Cruise'a?

To już później. Dziadek, podobnie jak mój tata, wspierał moją pasję. Kleiłem z nimi modele, chodziłem na pokazy, potem latałem na paralotniach. Gdy miałem 15 lat, znajomy zabrał mnie do Australii, tam odbyłem mój pierwszy lot samolotem z instruktorem. Planowałem iść do liceum lotniczego w Dęblinie, ale na szczęście wybrałem technikum lotnicze w Warszawie i dzięki temu mogłem latać po sto godzin rocznie na Bemowie. Moja mama nie miała ze mną łatwo. Woziła mnie do szkoły, a kiedy zamykały się za mną drzwi, odjeżdżała pewna, że pilnie się uczę. Z nauką było mi jednak nie po drodze. Kiedy pojawił się pierwszy cumulus na niebie, zabierałem plecak i szedłem na wagary na Bemowo. Miałem bardzo dobrego instruktora, byłego dowódcę pułku w Sochaczewie, który wcześniej latał na wojskowych odrzutowcach. Żartował: „Jeśli szkoła przeszkadza ci w lataniu, to rzuć szkołę". Tak się skupiłem na lataniu, że powtarzałem jedną klasę. Potem poszedłem na Akademię Obrony Narodowej, kierunek lotnictwo. Mogłem dużo czasu spędzać na lotnisku, a wielu wykładowców pozwalało mi na więcej niż innym studentom, ponieważ miałem stypendium sportowe ministra obrony narodowej.

Przykład szybowcowego mistrza świata Sebastiana Kawy pokazuje, że jeśli się kocha to, co się robi, można odnosić sukcesy nawet po medycynie.

Nie ma reguły. Wśród moich kolegów, którzy poszli do linii lotniczych, jest wiele osób, które wyszkoliły się prywatnie: od informatyków po mechaników samochodowych. Rynek lotniczy w ciągu ostatnich 10–15 lat jednak bardzo się zmienił. Przyszedł kryzys i w tej chwili nie jest łatwo się dostać do linii. Przez lata, kiedy moi koledzy zdobywali uprawnienia do licencji zawodowej i aplikowali do linii lotniczych na dobrze płatną pracę pilota, ja wyznaczyłem sobie za cel dążenie do tytułu mistrza świata w akrobacji szybowcowej. Oni wybrali drogę racjonalną, zbudowali domy i założyli rodziny. Ja wybrałem swoją ścieżkę, choć nie wiedziałem, czy jest możliwa do przejścia. Sam też mam uprawnienia pilota samolotu turystycznego, zdałem egzaminy teoretyczne na licencję zawodową samolotową w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego, teraz czeka mnie szkolenie praktyczne. Jednak to jest plan B lub C, bo wierzę w to, że moja kariera nadal się będzie rozwijać i będę w stanie robić to, co kocham, czyli kręcić akrobację i z tego normalnie żyć.

Szkolenie zaczął pan jako 17-letni chłopak w Aeroklubie Warszawskim. Jak wyglądał pierwszy lot?

Klasyczny lot zapoznawczy trwa około 15–20 minut. Ja mogłem polatać ze swoim instruktorem, specjalistą od akrobacji, prawie cztery godziny. Na koniec zrobiliśmy sporą dawkę akrobacji. Instruktor uznał, że skoro się nie zniechęciłem, będzie mnie szkolić. Po mniej więcej tygodniu poleciałem samodzielnie. W następnym sezonie zdobyłem uprawnienia do akrobacji podstawowej. Papiery do akrobacji wyczynowej dla tak młodych pilotów jak wówczas ja wydawały się nieosiągalne. Lecz mój instruktor znał to środowisko i pomógł mi w rozpoczęciu szkolenia w Rybniku, gdzie trenowała kadra narodowa. Pamiętam, jak pewien hanys, chłop ogromny, spojrzał na mnie, takiego szczawika, i powiedział: „Ty, synku, to lataj na termice na piracie, a nie na akrobację". Akrobacja wyczynowa była uznawana wówczas za coś elitarnego, tylko dla wybranych pilotów z dużym doświadczeniem. Początki były ciężkie, dostałem szmatę i przez pierwsze dwa dni myłem samolot holujący. Później rozpocząłem szkolenie z Tadeuszem Mężykiem, wicemistrzem świata w akrobacji oraz ówczesnym trenerem kadry narodowej. Już po roku wystartowałem w pierwszych zawodach akrobacyjnych – mistrzostwach Polski.

Jakich uczuć się doznaje podczas akrobacji?

Opisywanie stanu, w jakim się znajdujemy w kabinie, jest bardzo ciężkie, bo podejrzewam, że tak naprawdę nie przekaże nawet 10 procent naszych wrażeń. Horyzont wokół nas krąży, musimy umieć odnajdywać się w tej trójwymiarowej przestrzeni. Cała sztuka polega na tym, żeby wiedzieć, gdzie patrzeć, w jakiej pozycji w danej chwili jesteśmy. Przeciążenia w szybowcu sięgają nawet 8G, czyli dwa razy więcej niż w bolidzie Formuły 1. Poza tym są krótsze i szybciej się zmieniają. Na początku wrażenia nie są przyjemne, szczególnie przy przeciążeniach ujemnych, bo wtedy głowę nam trochę rozsadza. Ręka, która w momencie akrobacji waży kilkadziesiąt kilogramów, musi precyzyjnie sterować szybowcem. Każdy lot jest inny, ale zazwyczaj dostarcza bardzo dużo emocji i adrenaliny. Podczas treningów po pewnym czasie staje się to jednak męczące, zwłaszcza kiedy trenujemy w wysokich temperaturach. To ogromny wysiłek fizyczny, po locie wysiadamy z kabiny spoceni i sporo lżejsi.

Jest pan uzależniony od tej adrenaliny?

Nie wyobrażam sobie życia bez latania. Podobnie jak niektórzy moi koledzy. Kiedyś zdziwiony pytam jednego z nich, czy nie powinien być teraz w domu. On odpowiada: „Nie, żona wysłała mnie do Carrefoura, ale nic jej nie powiedziałem". Po godzinie słyszę, jak odbiera komórkę i się przed nią tłumaczy: „Wiesz, wyciszyłem telefon. Nie mają wieprzowiny, muszę jeszcze pojechać do drugiego sklepu". Wygląda to komicznie, kiedy czterdziestoparoletni facet, uśmiechnięty jak dziecko, kryje się przed żoną ze swoją pasją. Ja na szczęście nie muszę się przed nikim kryć, mam kochającą dziewczynę, która mocno wspiera moją pasję.

Kiedy pomyślał pan, że akrobacja szybowcowa będzie pana zawodem?

W Polsce nie ma ludzi, którzy zajmują się tym profesjonalnie. Poza mną chyba tylko Sebastian Kawa. Od dwóch lat mogę powiedzieć, że jestem zawodowym pilotem akrobacyjnym, ale to nie znaczy, że mogę normalnie żyć i planować sobie przyszłość jak sportowcy w innych dyscyplinach. Choć i tak miałem wielkie szczęście, bo trafiłem na wspaniałego człowieka i pasjonata lotnictwa, prezesa firmy Aviomet Leszka Kumocha. Leszek ma 67 lat, tak jak ja jest członkiem Aeroklubu Warszawskiego i skacze na spadochronach. Gdy mu opowiedziałem swoją historię, złapał się za głowę. Zatrudnił mnie w swojej firmie, jeżdżę w delegacje na zawody i pokazy lotnicze, aby promować Aviomet. Wcześniej pracowałem na wyciągarce do szybowców, później jako instruktor szybowcowy, zarabiając na treningi i zawody. Nigdy nie pracowałem na etacie, bo nie byłbym w stanie pogodzić tego z treningami i startami w zawodach. I tak zostałem mistrzem świata. W tym roku dzięki mojej agencji promotorskiej Exodus Group udało się pozyskać kolejnego sponsora – firmę Chemnaft – zajmującą się produkcją olejów dla przemysłu, rolnictwa, motoryzacji oraz lotnictwa. Myślę, że to kolejny krok w rozwoju mojej kariery sportowej oraz potwierdzenie, że prawie niemożliwe cele, jakie sobie wyznaczyłem, stają się możliwe.

Czy są jeszcze inne firmy w Polsce, które interesują się pańską dyscypliną?

Prawda jest taka, że to nie firmy interesują się nami, tylko my interesujemy się wszystkimi firmami. Nie ma branży, może poza pornograficzną, która byłaby na szybowcu niewskazana. Ministerstwo Sportu przeznacza na Aeroklub Polski jakieś 2 mln zł rocznie, ale jak to rozłożymy na tyle dyscyplin, wychodzi około 200 tys. zł na całą kadrę akrobacji. W Aviomecie mam budżet 100 tys. zł. Musi to wystarczyć na treningi oraz starty w zawodach szybowcowych i samolotowych oraz na treningi i starty mojego ucznia Michała Andrzejewskiego, który w tym roku został mistrzem Polski. To ironia, że mamy najlepszych pilotów i sprzęt na świecie , bo nikt dotychczas nie zbudował lepszego szybowca niż nasz Swift, na którym startuje w zawodach cały świat, a brakuje nam sponsorów. W porównaniu z innymi sportami nasza dyscyplina nie jest kosmicznie droga, bo dobry samochód rajdowy kosztuje 1,5–2 mln zł, nie licząc kosztów startu w sezonie rajdowym.

Odczuwa pan jeszcze strach, siadając za sterami?

W szybowcu czuję się dużo pewniej niż w samochodzie. Kiedyś, jadąc na lotnisko, tak się zapatrzyłem na cumulusy, że prawie skasowałem auto. To jest stereotyp, że akrobacja jest bardzo niebezpieczna. O ile dobrze pamiętam, od 1989 roku nie było żadnego wypadku na zawodach akrobacyjnych. Moim zdaniem to ludzie są niebezpieczni, co widać na polskich drogach. Na zawodach akrobacyjnych latają najlepsi piloci na świecie, poza tym inaczej niż na pokazach lotniczych my nie schodzimy poniżej 200 m – dostajemy za to punkty karne. Myślę, że każdy, kto lata, powinien się wyszkolić w akrobacji, bo to pomaga lepiej poznać możliwości i ograniczenia swoje oraz sprzętu, pozwala lepiej panować nad szybowcem, a w efekcie latać bezpieczniej.

Zdobył pan już wszystkie możliwe złote medale w akrobacji szybowcowej. Na czym polegają poszczególne programy?

Program znany to wiązanka, która jest udostępniona pół roku przed zawodami i każdy może go trenować tyle, ile jest w stanie. Później jest program dowolny, który układamy sobie indywidualnie zgodnie z obowiązującym regulaminem. Na koniec są najciekawsze, a zarazem najtrudniejsze i sprawiające najwięcej frajdy programy nieznane, tworzone przez jury z figur zaproponowanych przez poszczególne zespoły. Maksymalnie mogą być cztery konkurencje nieznane, to one krystalizują całą tabelę. Każdy program składa się z ośmiu–dziesięciu figur ocenianych w skali 1–10. Oceniana jest również pozycja w strefie oraz harmonia lotu.

Jaka figura jest obecnie najtrudniejsza?

To sprawa bardzo indywidualna. Ja uwielbiam figury autorotacyjne, z którymi wielu pilotów ma problem. Polega to na tym, że wprowadzamy dynamicznie szybowiec w obroty i musimy go jednym ruchem zatrzymać w miejscu. Na świecie jest około 10–15 pilotów, którzy potrafią polecieć perfekcyjnie. To są przede wszystkim Rosjanie, którzy trenują w bardzo dobrych warunkach, poza tym mają „rozkaz wygrać i przywieźć medale". W czołówce są także Węgrzy, Niemcy, Czesi i Francuzi. I przede wszystkim nasz Jerzy Makula, który zdobył najwięcej tytułów mistrza świata w historii akrobacji szybowcowej.

Teraz pana celem jest akrobacja samolotowa, ale chyba nie rozstaje się pan z szybowcami?

Dopóki nie znajdę sponsorów, którzy sfinansują mi zakup wyczynowego jednomiejscowego samolotu akrobacyjnego i zapewnią możliwość odpowiedniego treningu i startu w zawodach, nie zrezygnuję z szybowców. W Polsce są tylko dwa takie samoloty, ale właściciele nie chcą ich wynajmować na treningi czy zawody. W tym roku udało mi się wykonać 150 procent planu. Zdobyłem tytuł mistrza świata w akrobacji szybowcowej oraz tytuł mistrza Polski w akrobacji samolotowej; liczyłem, że w debiucie może stanę na podium, a zdobyłem mistrzostwo Polski na pożyczonym samolocie dwumiejscowym. Docelowo chciałbym przejść do akrobacji samolotowej, która pozwoli mi realizować moje marzenia, a one powoli stają się kolejnymi celami. Silnik daje większe możliwości wykonywania bardziej skomplikowanych figur, loty są dłuższe i ciekawsze. Zasadniczy lot na szybowcu podczas akrobacji trwa dwie–trzy minuty, na samolotach dwa razy dłużej. W akrobacji szybowcowej zdobyłem złote medale we wszystkich możliwych konkurencjach oraz ten najważniejszy za drugie mistrzostwo świata. W kolejnych latach mógłbym co najwyżej gonić Jerzego Makulę i próbować mu dorównać. Niewielu jest na świecie pilotów, którzy uprawiają oba rodzaje akrobacji, jeszcze mniej takich, którzy mają wyniki. Żaden Polak nie zdobył złotych medali MŚ w obydwu dyscyplinach, na świecie dokonał tego tylko Rosjanin Michaił Mamistow. Myślę, że mam jeszcze sporo czasu i możliwości, by spróbować sięgnąć po tytuł w akrobacji samolotowej, wszystko zależy jednak od sponsorów. W przyszłym sezonie mam w planach szybowcowe mistrzostwa świata w Czechach. Chciałbym też pojechać na World Air Games do Dubaju. Mistrza świata może zaproszą.

—rozmawiał Tomasz Wacławek

Maciej Pospieszyński

Jeden z najbardziej utytułowanych pilotów akrobacyjnych młodego pokolenia. Dwukrotny mistrz świata w akrobacji szybowcowej, mistrz Polski w akrobacji samolotowej. W ostatnich pięciu latach zdobył 15 medali mistrzostw świata i Europy. Uważa, że „najważniejsze to robić to, co się kocha – reszta przyjdzie z czasem".

Od najmłodszych lat rozwijał swoją lotniczą pasję. Szkolenie w Aeroklubie Warszawskim zaczął jako 17-letni chłopak (1998 r.). W 2000 r. uzyskał uprawnienia do wykonywania akrobacji wyczynowej (Unlimited), a w kolejnym zadebiutował jako najmłodszy zawodnik mistrzostw Polski. Jego kariera nabrała tempa w 2004 r., gdy pierwszy raz wystartował w mistrzostwach Europy.

W 2012 roku zdobył tytuł mistrza świata w akrobacji szybowcowej w klasie Unlimited oraz złote medale za program znany i program nieznany. W mijającym roku sięgnął po drugi tytuł oraz złote medale za program dowolny i program nieznany.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE