Kusa kołderka medycyny - rozmowa o polskiej kardiochirurgii

aktualizacja: 10.11.2014, 03:20

O pierwszych przeszczepach, filmach i kusej kołderce medycyny mówi „Rzeczpospolitej” wybitny kardiochirurg prof. Jerzy Sadowski.

Rz: Widział pan już film „Bogowie"?

Prof. Jerzy Sadowski: Widziałem dwa razy. Pierwszy raz pół roku temu na spotkaniu Klubu Kardiochirurgów Polskich, film był wtedy świeżo ukończony i nie do końca zmontowany. Wcześniej prowadziliśmy zresztą rozmowy z producentem ?i z autorem scenariusza Krzysztofem Rakiem. Spotkaliśmy się też z odtwórcą głównej roli, Religi, panem Kotem. Przyznaję, że po tym pierwszym pokazie pomyślałem, że ten film jest koszmarny. Że to wszystko nie tak. Że ludzie będą na nas patrzeć jak na jakichś rzeźników, którzy rozpruwają klatki na ulicy. Okropne wrażenie. I zresztą powiedziałem to głośno.

Uważam, że prywatne gabinety wpływają na podniesienie jakości usług w państwowych szpitalach

Po czym kilkanaście dni temu odbyłem w Krakowie debatę o współczesnej polskiej kardiochirurgii z kardiologiem inwazyjnym prof. Dariuszem Dudkiem – przed 800-osobową publicznością na sali kinowej. I obejrzałem film jeszcze raz. Wczułem się w widza, który nie jest kardiochirurgiem. I wtedy film mi się spodobał.

Ale przecież sam film się nie zmienił...

Oni go troszkę zdynamizowali, niektóre fragmenty wykreślili. Niedawno czytałem w jednej z gazet, że moja opinia miała jednak drobny wpływ na ostateczny kształt scenariusza. Poza tym mam nadzieję, że kiedy ogląda to zwykły człowiek, to widzi to napięcie, jak się przedzieramy przez niedogodności, jak robimy wszystko, by uratować człowieka. Powiedziałem wtedy: Rany, to jest przecież moje życie. Tak wyglądały pierwsze lata mojej pracy w kardiochirurgii.

Zapytam jako widz. To rzeczywiście tak wyglądało?

Tak, dokładnie tak. To, co oglądaliśmy w filmie, to ja przeżywałem 15 lat wcześniej w klinice w Łodzi kierowanej przez prof. Jana Molla. W 1985 roku, kiedy toczy się akcja filmu, wiele rzeczy było już bardziej uporządkowanych, pewnie łatwiejszych. Wszystko było bardziej cywilizowane.

A jeszcze mówiąc o filmach – pan sam chciał być przecież operatorem filmowym, prawda?

Pochodzę z rodziny lekarskiej. Rodzice chcieli, żebym był ortopedą. Od czwartego roku studiów byłem w kółku kardiochirurgicznym. Potem podobała mi się psychiatria. Jak skończyłem studia, to myślałem, że zostanę ginekologiem. A później przyszedłem do prof. Molla na pięciolecie naszego kółka, a on mnie pyta: „Gdzie się pan szwenda?". Ja mu na to, że mam już etat na ginekologii. A on: „To jutro przychodzi pan do pracy na kardiochirurgii – od dawna pana obserwuję i wiem, że czeka pana u nas kariera". ?I tak się zaczęło. Omamił mnie i zachwycił.

A jeżeli chodzi o bycie operatorem – miałem przyjaciół: Kłosińskiego, Idziaka. Operator wydawał mi się ciekawym zawodem. W pewnym sensie też jestem operatorem. Tylko innego rodzaju...

Przywołał pan nazwisko prof. Jana Molla. On w 1969 roku, razem z prof. Antonim Dziatkowiakiem, próbował zrobić przeszczep serca. Wówczas się nie udało. Dlaczego udało się 5 listopada 1985 roku – niedawno mieliśmy 29. rocznicę – akurat Relidze?

To było dwa lata po przeszczepie dr. Barnarda w Kapsztadzie (chodzi o pierwszą operację przeszczepienia ludzkiego serca wykonaną przez Christiaana Barnarda – red.). Wtedy nie było cyklosporyny, czyli najważniejszego leku w transplantologii. Przeszczepialiśmy u prof. Molla serca zwierzętom – mówię „przeszczepialiśmy", choć ja wówczas byłem takim przyklejonym studentem.

To się wtedy nie mogło udać, ale my tego nie wiedzieliśmy. Biorca był zły i dawca był zły. Biorca miał nadciśnienie płucne, z kolei dawca miał ropień mózgu, czyli i tak to by się źle skończyło. To był szalony pomysł, ale Moll to zrobił. Później na niego strasznie wsiedli, musiał walczyć z prokuraturą, tłumaczyć się. My wszyscy też się baliśmy. Dotknęliśmy sacrum.

W 1979 roku przenieśliśmy się z prof. Dziatkowiakiem do Krakowa i zaczęliśmy porządną kardiochirurgię. Tu się zaczął inny świat. Nowoczesność, która do dziś budzi podziw gości ze świata. Przygotowywaliśmy się długo i rzetelnie, ale ciągle pamiętaliśmy, jak to było z tym pierwszym pacjentem. I wtedy wyskoczył Religa. Musiał błysnąć. Był pracowity i ambitny. No i zaczął. My w Krakowie uruchomiliśmy program transplantacji dwa lata później.

Pierwszych dziesięć operacji poszło jak z płatka. Uwierzyliśmy, że jesteśmy świetni, i zaczęliśmy kwalifikować pacjentów trudniejszych – gorszych dawców i biorców. Skończyło się to kolejnymi wpadkami – zgonami. Więc zaostrzyliśmy wskazania.

Jak zmieniła się technika operacyjna przez te ponad ćwierć wieku?

Sama technika prawie się nie zmieniła. Tak samo jedno serce się wycina, drugie się dopasowuje i – jak to mówią krawcowe – ciągłym szwem na okrętkę się je przyszywa. Narzędzia są te same. Inne są na pewno warunki pracy, aparatura znacznie lepsza. Transport jest szybszy i sprawniejszy. Musimy się zmieścić w mniej więcej czterech godzinach od pobrania serca do jego ponownego uruchomienia. Bardzo trudne jest późniejsze prowadzenie pacjenta, bo pacjent po przeszczepie serce to odrzuca. Nigdy nie wiadomo, w którym momencie to nastąpi. Musi to być w porę rozpoznane i właściwie leczone.

Pamięta pan swój pierwszy przeszczep?

Pamiętam. Ja leciałem po serce, Dziatkowiak przeszczepiał, a ja asystowałem. Pierwszych pięć robił on. A później nie mógł, więc musiałem ja. Robiłem szóstą albo siódmą operacje w kolejności.

Co pan sądzi o postępie technologicznym w kardiochirurgii? Ostatnio pojawiła się na przykład informacja o przeszczepieniu „z pudełka" – po zatrzymaniu akcji serca.

To prawda, ale to nie jest tak, że ktoś umarł i leżał 20 minut na ulicy, a później pobrano organy i ożywiono serce. To serce w momencie zatrzymania akcji musiało być umieszczone w specjalnym pojemniku, który je odżywiał, było podłączone do zewnętrznej pompy. Tak dzisiaj się postępuje przy przeszczepianiu nerek, co pozwala na wykonanie zabiegu nawet po 12–24 godzinach.

A komórki macierzyste do regeneracji mięśnia?

Pracujemy nad laserem i komórkami macierzystymi. Jeżeli serce jest niewydolne i nie można zrobić bajpasów, to możemy spróbować innych technik. Laserem robiliśmy na przykład otwory w mięśniu serca. Koncepcja upadła, bo nie było dowodów na to, że pomaga.

Komórki macierzyste – próbujemy, ale ciągle trudno udowodnić ich pozytywny wpływ. Próbowaliśmy wstrzykiwać do serca różne zawiesiny, które miały regenerować mięsień. Na świecie wiele ośrodków nad tym pracuje, ale na razie solidnych dowodów klinicznych nie ma. Tak samo jest ze sztucznym sercem. Wiele pieniędzy na to poszło, ale rezultaty są nikłe. Istnieją też systemy wspierające lewą komorę. Niestety, ich koszt jest bardzo wysoki i nie są tak dostępne, jak byśmy chcieli.

Skoro już o pieniądzach ?mowa – pańscy koledzy innych specjalności ?narzekają, że kardiologia dostaje porządne wsparcie finansowe i efekty są widoczne, ale tych pieniędzy brakuje na przykład na onkologię.

Rzeczywiście lobby kardiologiczne w Polsce jest bardzo prężne. Ale to wynika z tego, że 50 proc. zgonów to nadal choroby serca i naczyń. Więc te pieniądze słusznie kierowane są na to, co powoduje największą śmiertelność. Onkolodzy szukają pieniędzy i oczywiście patrzą w naszą stronę. No, kusa kołderka po prostu.

Pan jest też związany z prywatnym centrum zdrowia. Słyszał pan zapewne nieraz, jak takie połączenie pracy w publicznych i prywatnych placówkach traktują pacjenci...

Lekarze w Polsce ciężko pracują i chcą zarabiać. Mogą pracować w szpitalnej poradni albo w prywatnych gabinetach, które sami muszą sobie zorganizować. I jeszcze przekonać pacjenta, żeby przyszedł właśnie do nich. ?Część pacjentów chce skorzystać z konsultacji u konkretnego lekarza na konkretną godzinę, nie chce iść do szpitala czy przyszpitalnej poradni, bo najzwyczajniej w świecie szuka intymności i spokoju, które zapewnia prywatny sektor. Inna część chce być leczona w ramach swojego ubezpieczenia. ?Nikt nikogo do żadnego z tych wyborów nie zmusza. Dodatkowo, co warte podkreślenia – pacjent, którego stać na prywatny sektor, udrażnia system publiczny, robiąc miejsce tym, którzy decydują się jednak na leczenie w sektorze publicznym, choćby z powodów materialnych.

Pacjenci mówią, że lekarze wychodzą z publicznego szpitala wcześniej, bo spieszą się do prywatnego gabinetu zarabiać pieniądze.

Tak? To ja panu powiem, jak to wygląda u mnie. Przyjmuję raz w tygodniu, czasem raz na dwa, w zależności od innych moich obowiązków i wyjazdów, najwcześniej od godziny 15, często później, a kończę o 23 w nocy. Każdego dnia z taką samą dokładnością i pieczołowitością traktuję każdego pacjenta – kompletnie nie ma to znaczenia, skąd przychodzi, tylko na co choruje i jak mogę mu skutecznie pomóc. Myślę, że ponad 10 tysięcy zoperowanych pacjentów to istotny dowód na zaufanie do mnie.

Ja uważam, że prywatne gabinety poprawiają jakość usług w państwowych szpitalach. Lekarz musi dać z siebie wszystko, by ktoś chciał do niego wrócić. Oczywiście gdy są jakieś wynaturzenia, trzeba z nimi walczyć. Lekarz ma traktować pacjenta tak, jak sam chciałby być traktowany.

To dobre zakończenie rozmowy.

Ja też kończę. Pracuję w kardiochirurgii 45 lat. I kończę karierę jako nauczyciel akademicki, ale dalej będę operował. Powstał też pomysł, żebym kandydował do sejmiku województwa małopolskiego. Nie zamierzam chodzić z pieskiem na spacery. Chcę działać. Robić to, na czym się znam, a myślę, że moje doświadczenie jest cenne dla wprowadzanych zmian, zaczynając od jednostki, jaką jest szpital, aż do całej organizacji opieki zdrowotnej w Polsce. Często zmiany wprowadzane są przez osoby mające niewielkie pojęcie o tym, jak należy i można leczyć konkretnego pacjenta – dlatego chciałbym na przykład pracować w komisji zdrowia w sejmiku. Myślę, że mam wiele do zaoferowania.

Prof. dr hab. med. Jerzy Stanisław Sadowski jest ordynatorem Oddziału Klinicznego Chirurgii Serca, Naczyń ?i Transplantologii Collegium Medicum UJ w Szpitalu ?im. Jana Pawła II w Krakowie

POLECAMY

KOMENTARZE