Nie będzie baz NATO w Polsce

aktualizacja: 21.08.2014, 01:00
Foto: AFP

Sojusz nie chce drażnić Rosji. Na stałe wojsk paktu nad Wisłą nie będzie – zdecydują przywódcy za dwa tygodnie.

– Nie sądzę, aby w dokumentach szczytu użyto określenia „stała obecność wojskowa" –  przyznaje  w rozmowie z „Rz" szef MON Tomasz Siemoniak. Jego zdaniem 4 września w Newport zapadnie raczej decyzja o uruchomieniu cyklu ćwiczeń z udziałem wojsk poszczególnych państw sojuszu w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii, a także, rozbudowie na terenie tych państw infrastruktury i magazynów potrzebnych do szybkiego przyjęcia natowskich posiłków na wypadek wojny.
Już w poniedziałek w Rydze taką możliwość zasygnalizowała Angela Merkel. – Inicjatywy wywołane działaniami Rosji nie będą obejmowały stacjonowania jednostek bojowych, ale możemy wzmocnić naszą współpracę na wiele innych sposobów – uznała pani kanclerz.
Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych: Gdyby w Polsce znalazły się dwie ciężkie brygady NATO, byłbym szczęśliwy
Niemcy, a także kraje południa Europy wciąż czują się związane aktem stanowiącym NATO – Rosja z 1997 roku, w którym sojusz obiecał Moskwie, że nie rozmieści ani broni jądrowej, ani „znaczących sił" na terenie nowych państw członkowskich. Berlin chce w ten sposób uniknąć jeszcze większego napięcia w stosunkach z Kremlem. Z kolei Barack Obama, który za wielki sukces  uważa wycofanie amerykańskich wojsk z Iraku i Afganistanu, nie chce na stałe angażować USA w kolejnym regionie świata.
– To jest z pewnością zawód dla krajów NATO z Europy Wschodniej – przyznaje agencji Bloomberga Joerg Forbrig, ekspert German Marshall Fund. – Wobec wydarzeń na Ukrainie nie należało nieczego wykluczać – dodaje.
Aby uspokoić Polskę i państwa bałtyckie, przed szczytem w Walii Estonię odwiedzi Barack Obama. Przywódcy NATO mają także powołać siły natychmiastowego reagowania na zagrożenia dla bezpieczeństwa sojuszników. I dostosować doktrynę strategiczną do sytuacji powstałej po konflikcie na Ukrainie. Głównodowodzący siłami paktu na Europę generał Philip Breedlove powiedział „Die Welt", że jeśli Kreml powtórzy zastosowaną na Krymie strategie inwazji na państwa bałtyckie przez „zielonych ludzików", zostanie to uznane za akt wojny przez NATO.
„Musimy uspokoić tych sojuszników, którzy obawiają się o własne bezpieczeństwo" – napisał w zaproszeniu do przywódców gospodarz szczytu, brytyjski premier David Cameron.
Baz  sojuszu nad Wisłą jednak nie będzie. A to oznacza fiasko  szerokiej  kampanii dyplomatycznej, którą podjął  Radosław Sikorski  na rzecz zmiany rozmieszczenia amerykańskich wojsk, które dziś stacjonują w takich oddalonych od strefy konfliktu krajach, jak Hiszpania, Włochy czy Niemcy.
– Gdyby w Polsce znalazły się dwie ciężkie brygady NATO, byłbym szczęśliwy i usatysfakcjonowany – mówił na początku kwietnia szef MSZ Radosław Sikorski.
Teraz sprawa wydaje się przesądzona.

POLECAMY

KOMENTARZE