Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Jestem ofiarš, mam władzę - esej Jarosława Makowskiego

By używać przemocy, za którš nie ponosi się odpowiedzialnoœci, nie trzeba być tyranem ?czy dyktatorem. Wystarczy się przyoblec ?w szaty ofiary – pisze publicysta.
Na pierwszy rzut oka nie ma nic, co mogłoby łšczyć w Polsce lewicowca i prawicowca, postępowca i tradycjonalistę. Dzieli ich wszystko, od znaczenia historii i pamięci w społecznej œwiadomoœci przez rolę państwa do sporów kulturowych.

Dyktat Koœcioła ?nie do zniesienia

Prawica, szczególnie ta religijna (innej w Polsce raczej ze œwiecš szukać), krzyczy na swoich portalach i pisze w swoich gazetach, że jest przeœladowana przez laickš lewicę i postępowych ideologów. Prawicowym poglšdom, wcišż słyszymy, odbiera się prawo obywatelstwa w dyskursie publicznym. Katolików, szczególnie tych z politycznym zacięciem, spycha się ponoć do zakrystii, odmawiajšc im prawa do publicznego manifestowania religijnych przekonań w miejscu pracy – szpitalu, szkole czy urzędzie... Dochodzi wręcz, jeœli posłuchać koœcielnych i prawicowych publicystów, do przeœladowania za wiarę. Koœciół zaœ, według hierarchów, jest w liberalnej demokracji bardziej przeœladowany niż za PRL.
Tak więc nasza prawica i Koœciół nie przestajš głosić, że sš ofiarami lewicowej tyranii. Że padły ofiarš postępowej ideologii, której najdobitniejszym przejawem jest – schodzšca już pod strzechy i zatruwajšca zdrowš polskš tradycję rodzinnš – „cywilizacja œmierci". Gdy jednak zmienisz portale i zaczynasz czytać nieprawicowe gazety, nagle okazuje się, że radykalnie zmienia się także optyka. Szybko się dowiadujesz, że w Polsce mamy do czynienia z katotalibanem, który zagraża wolnoœci słowa. Chce cenzurować artystów, kontrolować przez swoich fundamentalistycznych reprezentantów szpitale i sšdy. Koœciół i jego zbrojne ramię w postaci prawicowych partii kawałek po kawałku przejmuje przestrzeń publicznš, wprowadzajšc „konserwatywny i katolicki dyktat". Katoliccy lekarze odmawiajš pomocy medycznej, zasłaniajšc się „klauzulš sumienia". Nauczyciele sš zachęcani do składania deklaracji wiary, by w ten sposób zobowišzać swoje sumienia przed Bogiem i narodem, że będš przekazywać uczniom jedynie słuszne poglšdy. Koœciół domaga się, krzyczš postępowcy, aby w końcu jego doktryna stała się obowišzujšcš wykładniš i praktykš – od szkół poczynajšc, a na publicznych instytucjach kończšc. A to oznacza, mówi lewica, jedno: zamach na neutralnoœć œwiatopoglšdowš państwa. Tak czy inaczej, postępowcy nie otwierajš ust, jeœli nie głoszš, że padajš w Polsce ofiarš pełzajšcej katolicyzacji i klerykalizacji życia publicznego. Że życie publiczne w kraju nad Wisłš pod dyktatem Koœcioła staje się nie do zniesienia, o czym ma œwiadczyć fakt, że coraz więcej osób kochajšcych wolnoœć i tolerancję myœli o wyjeŸdzie z kraju. I marzy o państwie, w którym rzšdzš politycy, a nie biskupi.

Ciężar ?męczeństwa

Czy nie jest więc zadaniem karkołomnym szukanie punktu, który łšczyłby dziœ, nazwijmy to umownie, lewicowca i prawicowca? Konserwatywnego chrzeœcijanina i niewierzšcego? Otóż okazuje się, że ludzie zarówno z jednej strony barykady, jak i z drugiej chcš być postrzegani przez społeczeństwo jako ofiary. Nie idzie tu, rzecz jasna, o realne bycie ofiarš. Aż na takie ryzyko, ba, na choćby minimalny ból zwišzany z tym, że człowiek jest ofiarš rzeczywistš, żaden ideologiczny bojownik się nie godzi. Zbyt ceni sobie życie w tej konformistycznej i konsumpcyjnej kulturze europejskiej, która stała się także naszym udziałem i w której czujemy się jak ryba w wodzie. Tu gra idzie o symboliczne bycie ofiarš. O symboliczne bycie przeœladowanym. O symboliczne pokazywanie ran, jakie zadaje nam druga strona ideologicznego sporu. Istnieje więc w sercach owych bojowników przemożna chęć bycia ofiarš, ale bez bólu. Przemożna chęć bycia męczennikiem, ale bez odczuwania rzeczywistego cierpienia. Prawica, szczególnie ta religijna (innej w Polsce raczej ze œwiecš szukać), krzyczy na swoich portalach i pisze w swoich gazetach, że jest przeœladowana przez laickš lewicę i postępowych ideologów Cóż się kryje za tš powszechnš, wręcz obsesyjnš dziœ kulturš wiktymizacji, która przenika naszš debatę publicznš? Dlaczego każdy w sferze publicznej chce być postrzegany jako ofiara i uznany za ofiarę? I, co kluczowe: jakš korzyœć osišga, gdy uda mu się przekonać ludzi, że został skrzywdzony? To nie przypadek, że tak zaciekły bój o to, kto zostanie w przestrzeni publicznej uznany za ofiarę, toczy się właœnie w Polsce. Jest tak, co dobrze wiedzš ideologiczni bojownicy, gdyż w naszej œwiadomoœci, do szpiku koœci religijnej, ofiara ma status œwiętego. Co to znaczy? Ano to, że prawda pisana zawsze przez wielkie „P" jest po stronie ofiary. Gdy ofiara mówi, wszyscy milknš. Krótko: ten, komu uda się pokazać, że jest ofiarš strony przeciwnej, że jest przeœladowany, że ponosi ciężar męczeństwa za swoje przekonania i że z tego powodu cierpi – zdobywa serca (i poparcie polityczne, i głosy wyborców, i w końcu także władzę) społeczeństwa. Co się kryje w ofiarniczej strategii, że jest tak skuteczna politycznie?

Posłuch, solidarnoœć ?i współczucie

Po pierwsze, z ofiarš się nie dyskutuje, ofiary się słucha. Status ofiary, prawdziwy czy nie – to nie ma znaczenia – daje przywilej przemawiania ex cathedra. Bo jeœli ma się pozycję ofiary, z definicji ma się rację. Nie trzeba swoich sšdów uzasadniać. Nie trzeba niczego udowadniać. Można mówić, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Wystarczy, że się mówi. I to, co się mówi, to już „czysta prawda". Jeœli więc prawicy uda się przekonać Polki i Polaków, że jest przeœladowana przez „lewaków", to może bez przeszkód głosić, że jej ciemiężycielami sš zastępy nienawistnych feministek. Że gender w szkołach oznacza deprawację ich dzieci. Że Koœciołowi odbiera się prawo głosu w debacie publicznej, zamykajšc biskupów w zakrystii... Po drugie, ofiary się nie odtršca, z ofiarš się solidaryzuje. Gdy ktoœ ma status ofiary, natychmiast budzi naturalnš i głębokš solidarnoœć. Bycie ofiarš przypomina sytuację z Nowego Testamentu, gdzie zmasakrowany przez zbójców człowiek leży przy drodze, czekajšc na pomocnš dłoń. Dlatego, jak uczy nas Ewangelia, nie można przejœć obojętnie, jeœli się widzi, że ktoœ jest ofiarš czyichœ niecnych działań. Należy okazać, niemalże w duchu kantowskiego imperatywu, solidarnoœć. Solidarnoœć znaczy w tym przypadku, że staje się przy ofierze, nigdy przeciw. Podobnie gdy postępowcom uda się przekonać Polki i Polaków, że padajš ofiarš „klerykalnej kultury", mogš natychmiast liczyć na solidarnoœć. Solidarnoœć w tym przypadku znaczy, że z ofiarš dzieli się los, na dobre i na złe, według zasady: masz nosić brzemię ofiary. Po trzecie, ofiary się nie ocenia, ofierze się współczuje. Zyskujšc status ofiary, z definicji staje się poza jakškolwiek krytykš. Krytyka ofiary się nie ima, gdyż ofiara budzi w nas jeno współczucie. Bycie ofiarš sprawia, że nawet najwięksi sceptycy naturalne skłonnoœci krytyczne chowajš do kieszeni. Pozostaje tylko wejœć w skórę ofiary, razem z niš współodczuwać, by poznać rozmiar ofiarnego bólu i cierpienia. Gdy zatem katolickim lekarzom uda się wejœć w buty ofiary, która ponosi koszty wyrzucenia z pracy za swoje niezłomne przekonania, natychmiast współczujš mu biskupi, prawicowi politycy i publicyœci. Krytyka lekarza, który w imię czystoœci sumienia łamie prawo, nie ma prawa obywatelstwa. To, co jest, co może zrobić każdy przyzwoity człowiek, to współodczuwać ból, jaki dotyka tych nowych męczenników liberalnej demokracji. Jak widać, symboliczny status ofiary w przestrzeni publicznej daje pozycję, o której marzy każdy działacz społeczny czy polityk. Zyskuje się posłuch, solidarnoœć i współczucie, a te mogš się okazać niezastšpionym orężem w politycznej walce. I dać upragnione zwycięstwo.

Zadać cios każdemu

Ale bój o symboliczne bycie ofiarš w naszej przestrzeni publicznej nie jest niewinny. Nie jest to przecież ofiara, która cierpi realnie. Status ofiary jest tak atrakcyjny, gdyż daje monopol na symbolicznš... przemoc. Jeœli z ofiarš się nie dyskutuje, ofiary się nie krytykuje, jej bólu nie podaje się w wštpliwoœć, to ofiara może – bez żadnych konsekwencji – zrobić wszystko. Zadać cios każdemu. Wygłosić każdy sšd. Oto racja, dla której wszyscy chcš być ofiarami – chcš nimi być, by zadawać przemoc. Przemoc, jakš w tej sytuacji stosuje ofiara, choć jest jawna i brutalna, nie jest traktowana jak atak, ale jak uzasadniona obrona. Koœciołowi, gdy udaje mu się wmówić rodakom, że pada ofiarš „cywilizacji œmierci", bez konsekwencji zadaje ból, przykładowo, osobom urodzonym dzięki metodzie in vitro, głoszšc, że sš owocem „zachcianek rodziców". I że urodziły się w wyniku łamania „œwiętego prawa naturalnego". Status ofiary sprawia, że przemoc, której się używa, nie jest przez ludzi postrzegana jako przemoc. Dziœ, jak wszystko na to wskazuje, rzeczywista wojna w Polsce toczy się o to, kto zyska w oczach Polek i Polaków status ofiary. Pozycję œwiętego męczennika za swoje poglšdy. Status, który w ideologicznych bojach, od klauzuli sumienia poczynajšc, a na in vitro kończšc, staje się niezastšpionym narzędziem walki politycznej. Tak więc, by zadawać ciosy, za które nie ponosi się odpowiedzialnoœci, nie trzeba być tyranem czy dyktatorem. Wystarczy się przyoblec w szaty ofiary. Autor jest filozofem i publicystš, redaktorem naczelnym kwartalnika „Instytut Idei" i szefem Instytutu Obywatelskiego, think tanku ?zwišzanego z PO
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL