Publicystyka

Jestem ofiarą, mam władzę - esej Jarosława Makowskiego

By używać przemocy, za którą nie ponosi się odpowiedzialności, nie trzeba być tyranem ?czy dyktatorem. Wystarczy się przyoblec ?w szaty ofiary – pisze publicysta.
Na pierwszy rzut oka nie ma nic, co mogłoby łączyć w Polsce lewicowca i prawicowca, postępowca i tradycjonalistę. Dzieli ich wszystko, od znaczenia historii i pamięci w społecznej świadomości przez rolę państwa do sporów kulturowych.

Dyktat Kościoła ?nie do zniesienia

Prawica, szczególnie ta religijna (innej w Polsce raczej ze świecą szukać), krzyczy na swoich portalach i pisze w swoich gazetach, że jest prześladowana przez laicką lewicę i postępowych ideologów. Prawicowym poglądom, wciąż słyszymy, odbiera się prawo obywatelstwa w dyskursie publicznym. Katolików, szczególnie tych z politycznym zacięciem, spycha się ponoć do zakrystii, odmawiając im prawa do publicznego manifestowania religijnych przekonań w miejscu pracy – szpitalu, szkole czy urzędzie... Dochodzi wręcz, jeśli posłuchać kościelnych i prawicowych publicystów, do prześladowania za wiarę. Kościół zaś, według hierarchów, jest w liberalnej demokracji bardziej prześladowany niż za PRL.
Tak więc nasza prawica i Kościół nie przestają głosić, że są ofiarami lewicowej tyranii. Że padły ofiarą postępowej ideologii, której najdobitniejszym przejawem jest – schodząca już pod strzechy i zatruwająca zdrową polską tradycję rodzinną – „cywilizacja śmierci". Gdy jednak zmienisz portale i zaczynasz czytać nieprawicowe gazety, nagle okazuje się, że radykalnie zmienia się także optyka. Szybko się dowiadujesz, że w Polsce mamy do czynienia z katotalibanem, który zagraża wolności słowa. Chce cenzurować artystów, kontrolować przez swoich fundamentalistycznych reprezentantów szpitale i sądy. Kościół i jego zbrojne ramię w postaci prawicowych partii kawałek po kawałku przejmuje przestrzeń publiczną, wprowadzając „konserwatywny i katolicki dyktat". Katoliccy lekarze odmawiają pomocy medycznej, zasłaniając się „klauzulą sumienia". Nauczyciele są zachęcani do składania deklaracji wiary, by w ten sposób zobowiązać swoje sumienia przed Bogiem i narodem, że będą przekazywać uczniom jedynie słuszne poglądy. Kościół domaga się, krzyczą postępowcy, aby w końcu jego doktryna stała się obowiązującą wykładnią i praktyką – od szkół poczynając, a na publicznych instytucjach kończąc. A to oznacza, mówi lewica, jedno: zamach na neutralność światopoglądową państwa. Tak czy inaczej, postępowcy nie otwierają ust, jeśli nie głoszą, że padają w Polsce ofiarą pełzającej katolicyzacji i klerykalizacji życia publicznego. Że życie publiczne w kraju nad Wisłą pod dyktatem Kościoła staje się nie do zniesienia, o czym ma świadczyć fakt, że coraz więcej osób kochających wolność i tolerancję myśli o wyjeździe z kraju. I marzy o państwie, w którym rządzą politycy, a nie biskupi.

Ciężar ?męczeństwa

Czy nie jest więc zadaniem karkołomnym szukanie punktu, który łączyłby dziś, nazwijmy to umownie, lewicowca i prawicowca? Konserwatywnego chrześcijanina i niewierzącego? Otóż okazuje się, że ludzie zarówno z jednej strony barykady, jak i z drugiej chcą być postrzegani przez społeczeństwo jako ofiary. Nie idzie tu, rzecz jasna, o realne bycie ofiarą. Aż na takie ryzyko, ba, na choćby minimalny ból związany z tym, że człowiek jest ofiarą rzeczywistą, żaden ideologiczny bojownik się nie godzi. Zbyt ceni sobie życie w tej konformistycznej i konsumpcyjnej kulturze europejskiej, która stała się także naszym udziałem i w której czujemy się jak ryba w wodzie. Tu gra idzie o symboliczne bycie ofiarą. O symboliczne bycie prześladowanym. O symboliczne pokazywanie ran, jakie zadaje nam druga strona ideologicznego sporu. Istnieje więc w sercach owych bojowników przemożna chęć bycia ofiarą, ale bez bólu. Przemożna chęć bycia męczennikiem, ale bez odczuwania rzeczywistego cierpienia. Prawica, szczególnie ta religijna (innej w Polsce raczej ze świecą szukać), krzyczy na swoich portalach i pisze w swoich gazetach, że jest prześladowana przez laicką lewicę i postępowych ideologów Cóż się kryje za tą powszechną, wręcz obsesyjną dziś kulturą wiktymizacji, która przenika naszą debatę publiczną? Dlaczego każdy w sferze publicznej chce być postrzegany jako ofiara i uznany za ofiarę? I, co kluczowe: jaką korzyść osiąga, gdy uda mu się przekonać ludzi, że został skrzywdzony? To nie przypadek, że tak zaciekły bój o to, kto zostanie w przestrzeni publicznej uznany za ofiarę, toczy się właśnie w Polsce. Jest tak, co dobrze wiedzą ideologiczni bojownicy, gdyż w naszej świadomości, do szpiku kości religijnej, ofiara ma status świętego. Co to znaczy? Ano to, że prawda pisana zawsze przez wielkie „P" jest po stronie ofiary. Gdy ofiara mówi, wszyscy milkną. Krótko: ten, komu uda się pokazać, że jest ofiarą strony przeciwnej, że jest prześladowany, że ponosi ciężar męczeństwa za swoje przekonania i że z tego powodu cierpi – zdobywa serca (i poparcie polityczne, i głosy wyborców, i w końcu także władzę) społeczeństwa. Co się kryje w ofiarniczej strategii, że jest tak skuteczna politycznie?

Posłuch, solidarność ?i współczucie

Po pierwsze, z ofiarą się nie dyskutuje, ofiary się słucha. Status ofiary, prawdziwy czy nie – to nie ma znaczenia – daje przywilej przemawiania ex cathedra. Bo jeśli ma się pozycję ofiary, z definicji ma się rację. Nie trzeba swoich sądów uzasadniać. Nie trzeba niczego udowadniać. Można mówić, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Wystarczy, że się mówi. I to, co się mówi, to już „czysta prawda". Jeśli więc prawicy uda się przekonać Polki i Polaków, że jest prześladowana przez „lewaków", to może bez przeszkód głosić, że jej ciemiężycielami są zastępy nienawistnych feministek. Że gender w szkołach oznacza deprawację ich dzieci. Że Kościołowi odbiera się prawo głosu w debacie publicznej, zamykając biskupów w zakrystii... Po drugie, ofiary się nie odtrąca, z ofiarą się solidaryzuje. Gdy ktoś ma status ofiary, natychmiast budzi naturalną i głęboką solidarność. Bycie ofiarą przypomina sytuację z Nowego Testamentu, gdzie zmasakrowany przez zbójców człowiek leży przy drodze, czekając na pomocną dłoń. Dlatego, jak uczy nas Ewangelia, nie można przejść obojętnie, jeśli się widzi, że ktoś jest ofiarą czyichś niecnych działań. Należy okazać, niemalże w duchu kantowskiego imperatywu, solidarność. Solidarność znaczy w tym przypadku, że staje się przy ofierze, nigdy przeciw. Podobnie gdy postępowcom uda się przekonać Polki i Polaków, że padają ofiarą „klerykalnej kultury", mogą natychmiast liczyć na solidarność. Solidarność w tym przypadku znaczy, że z ofiarą dzieli się los, na dobre i na złe, według zasady: masz nosić brzemię ofiary. Po trzecie, ofiary się nie ocenia, ofierze się współczuje. Zyskując status ofiary, z definicji staje się poza jakąkolwiek krytyką. Krytyka ofiary się nie ima, gdyż ofiara budzi w nas jeno współczucie. Bycie ofiarą sprawia, że nawet najwięksi sceptycy naturalne skłonności krytyczne chowają do kieszeni. Pozostaje tylko wejść w skórę ofiary, razem z nią współodczuwać, by poznać rozmiar ofiarnego bólu i cierpienia. Gdy zatem katolickim lekarzom uda się wejść w buty ofiary, która ponosi koszty wyrzucenia z pracy za swoje niezłomne przekonania, natychmiast współczują mu biskupi, prawicowi politycy i publicyści. Krytyka lekarza, który w imię czystości sumienia łamie prawo, nie ma prawa obywatelstwa. To, co jest, co może zrobić każdy przyzwoity człowiek, to współodczuwać ból, jaki dotyka tych nowych męczenników liberalnej demokracji. Jak widać, symboliczny status ofiary w przestrzeni publicznej daje pozycję, o której marzy każdy działacz społeczny czy polityk. Zyskuje się posłuch, solidarność i współczucie, a te mogą się okazać niezastąpionym orężem w politycznej walce. I dać upragnione zwycięstwo.

Zadać cios każdemu

Ale bój o symboliczne bycie ofiarą w naszej przestrzeni publicznej nie jest niewinny. Nie jest to przecież ofiara, która cierpi realnie. Status ofiary jest tak atrakcyjny, gdyż daje monopol na symboliczną... przemoc. Jeśli z ofiarą się nie dyskutuje, ofiary się nie krytykuje, jej bólu nie podaje się w wątpliwość, to ofiara może – bez żadnych konsekwencji – zrobić wszystko. Zadać cios każdemu. Wygłosić każdy sąd. Oto racja, dla której wszyscy chcą być ofiarami – chcą nimi być, by zadawać przemoc. Przemoc, jaką w tej sytuacji stosuje ofiara, choć jest jawna i brutalna, nie jest traktowana jak atak, ale jak uzasadniona obrona. Kościołowi, gdy udaje mu się wmówić rodakom, że pada ofiarą „cywilizacji śmierci", bez konsekwencji zadaje ból, przykładowo, osobom urodzonym dzięki metodzie in vitro, głosząc, że są owocem „zachcianek rodziców". I że urodziły się w wyniku łamania „świętego prawa naturalnego". Status ofiary sprawia, że przemoc, której się używa, nie jest przez ludzi postrzegana jako przemoc. Dziś, jak wszystko na to wskazuje, rzeczywista wojna w Polsce toczy się o to, kto zyska w oczach Polek i Polaków status ofiary. Pozycję świętego męczennika za swoje poglądy. Status, który w ideologicznych bojach, od klauzuli sumienia poczynając, a na in vitro kończąc, staje się niezastąpionym narzędziem walki politycznej. Tak więc, by zadawać ciosy, za które nie ponosi się odpowiedzialności, nie trzeba być tyranem czy dyktatorem. Wystarczy się przyoblec w szaty ofiary. Autor jest filozofem i publicystą, redaktorem naczelnym kwartalnika „Instytut Idei" i szefem Instytutu Obywatelskiego, think tanku ?związanego z PO
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL