Matura polityczna. Czy egzamin dojrzałości jest obiektywny

aktualizacja: 26.06.2014, 18:00
Artur Grabek
Artur Grabek
Foto: Fotorzepa, Franek Mazur Franek Mazur

Eksperci coraz głośniej krytykują egzaminy, narzekają na ingerencje w system oceniania prac maturzystów

W piątek poznamy wyniki tegorocznych matur. Według nieoficjalnych informacji, nawet jedna trzecia zdających napisała je tak źle, że nie powinna otrzymać świadectwa dojrzałości.
Z wiadomości, które dotarły do „Rz", wynika, że najsłabiej maturzyści poradzili sobie z matematyką oraz angielskim. Język polski, matematyka oraz egzamin z języka obcego (angielski jest najczęściej wybierany przez uczniów) stanowią  kanon obowiązkowy i aby zdać maturę, uczeń musi z każdego z nich na poziomie podstawowym otrzymać co najmniej 30 proc. punktów.
Choć się plotkuje, że uczniowie fatalnie napisali maturę, nie oznacza to, że oficjalne wyniki będą to odzwierciedlać. Matura od lat jest wykorzystywana w polityce i każdy kolejny minister edukacji dba o to, aby jej wyniki były jak najlepsze (co nie jest tożsame  z dbałością o jakość edukacji). Ułatwia to system egzaminów zewnętrznych, który podporządkował Centralną Komisję Egzaminacyjną (CKE) resortowi edukacji.

Wyniki do poprawy

Jak to się robi w praktyce? Kulisy odsłonił Dariusz Chętkowski, polonista w jednym z łódzkich liceów i bloger portalu polityka.pl. Na początku czerwca umieścił w nim wpis następującej treści: „Do szkół dochodzą informacje, że maturę zdało zaledwie 67 proc. młodzieży (a powinno ok. 80 proc.). Takie wieści przekazują egzaminatorzy współpracujący z OKE (Okręgowa Komisja Egzaminacyjna – red.). Dane z poszczególnych komisji spływają do Warszawy i wywołują panikę". Na ten wpis natychmiast zareagowała Centralna Komisja Egzaminacyjna. Dr Marcin Smolik, p.o. dyrektora, na zarzuty Chętkowskiego odpowiedział: „Wyniki majowej sesji egzaminu maturalnego 2014 r. nie są jeszcze znane, ponieważ nie zakończył się proces sprawdzania prac zdających".
Komunikat nie jest nieprawdziwy, ale też nie mówi całej prawdy. Aby to zrozumieć, trzeba ponownie sięgnąć do wpisu  Chętkowskiego. „Całe szczęście, jest jeszcze prawie miesiąc do ogłoszenia wyników, więc sytuację można naprawić. Wystarczy przekonać egzaminatorów, aby jeszcze raz sprawdzili prace progowe, czyli takie, którym trochę zabrakło do uzyskania upragnionych 30 procent" – zdradził.
W dalszej części wpisu zwracał uwagę, że  pierwotnie za pracę progową wartą „podciągnięcia" uznawano taką, której zabrakło 1–2 punktów, później – kilku, a jeszcze później – nawet ok. 10 proc. „W tym roku chyba wystarczy mieć więcej niż zero, aby egzaminator musiał wykroić z tego wymagane 30 procent. Matury niby sprawdzone, ale to nie koniec roboty. Teraz wszystko w rękach egzaminatorów specjalizujących się w uzdatnianiu prac progowych. Nie wiem, jak oni to zrobią, ale spodziewam się maturalnego cudu nad Wisłą" – kontynuował.
Temat w mediach wkrótce ucichł, jednak informacje przekazywane nam przez dyrektorów szkół ponadgimnazjalnych oraz nauczycieli-egzaminatorów potwierdzały te, o których napisał Chętkowski. Mówiło się także o nadzwyczaj częstych wizytach pracowników Centralnej Komisji Egzaminacyjnej w siedzibie MEN, choć zapytana o to minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska zaprzeczyła.

System zawodzi

Bardzo niski poziom tegorocznych prac maturalnych potwierdziło „Rz" źródło zbliżone do CKE. Według naszego informatora najsłabiej wypadły matematyka oraz język angielski. – To nie jest oczywiście wina uczniów ani nauczycieli, po prostu CKE źle bądź niedbale wystandaryzowało testy – opowiada nasz rozmówca.
Na czym polega standaryzacja? To prowadzony co roku, najczęściej jesienią, proces, w którym testuje się poziom trudności pytań maturalnych. Uczniowie rozwiązują je najczęściej podczas klasówek, nie wiedząc, że cokolwiek testują.
Potem CKE układa egzamin tak, aby zdało go 80–85 proc. uczniów. Takie założenia przyjęto kilkanaście lat temu, na początku prac nad systemem egzaminów zewnętrznych.
– Chodzi oczywiście o wynik globalny. Choć przeważnie próg zdawalności z języka polskiego ustalony jest w okolicach 95 proc., bo trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego większy odsetek uczniów nie poradził sobie z egzaminem z języka ojczystego na poziomie podstawowym – dodaje nasz informator.
Jak ustawić poziom trudności? Dajmy przykład egzaminu z historii. Na maturze musi paść pytanie o II wojnę światową. Tyle że można zapytać np. o datę lądowania w Normandii, którą zna ogromna większość uczniów, albo o lądowanie pod Anzio, czyli o wydarzenie znane mniejszości.
Według nieoficjalnych informacji  w tym roku maturzyści słabo radzili sobie z matematyką i angielskim
To, jak podciąga się wyniki egzaminów, co roku doskonale widać na wykresie osiągnięć maturzystów. Odsetek zdających, którzy otrzymali progowe 30 proc. punktów, zdecydowanie wychyla się ponad krzywą tzw. rozkładu normalnego, a procent tych, którym zabrakło kilku punktów do zaliczenia egzaminu, jest zdecydowanie niższy niż wynikałoby to ze statystyki.
– Te statystyczne cuda kompromitują system egzaminów zewnętrznych, który w mojej ocenie powinien zostać wyłączony spod nadzoru MEN i być przekazany np. pod kuratelę Sejmu – mówi nasze źródło.
Nie jest to odosobniony pogląd. W tym samym tonie wypowiada się wieloletni kurator oświaty dr Jerzy Lackowski. – Problemem jest to, że w Polsce polityka objęła wszystkie obszary życia. W sytuacji, kiedy edukacja powinna być obszarem ponadpartyjnego kompromisu, każda opcja polityczna stara się ją wykorzystać – mówi.
Przykładów nie brakuje. W 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej w kampanii wyborczej grał nową maturą. Obiecywał przeniesienie terminu jej wejścia w życie, co zresztą po wygranych wyborach ówczesna minister edukacji Krystyna Łybacka zrobiła.
Także ona zrezygnowała z przywrócenia do obligatoryjnego kanonu maturalnego egzaminu z matematyki, choć zapowiadał to poprzedni gabinet kierowany przez premiera Jerzego Buzka.
W 2006 r. Roman Giertych, minister edukacji w rządzie PiS, Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony, wprowadził tzw. amnestię maturalną, do czego zresztą namówił go Marek Legutko, który wtedy kierował Centralną Komisja Egzaminacyjną. Można było zdobyć zero punktów na egzaminie z jednego lub dwóch przedmiotów, ale w tamtym roku, wyjątkowo o zdaniu matury decydowała średnia ze wszystkich egzaminów, która musiała wynieść 30 proc. Wystarczyło więc zaliczyć dobrze jeden przedmiot.
Dzięki temu posunięciu Giertycha świadectwa maturalne otrzymali uczniowie, którzy tak naprawdę nie zdali egzaminu.
Wprowadzone przez tego ministra zmiany Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z konstytucją, zbuntowały się też uczelnie, które tak przygotowały terminarz rekrutacyjny, aby maturzyści objęci amnestią nie mogli  wziąć udziału w rekrutacji.

Co roku inaczej

– Zmiany w oświacie to proces długofalowy. Nie rozumiem, dlaczego rząd chwali się dobrymi wynikami badania PISA, skoro to zapewne efekt zmian wprowadzonych wiele lat wcześniej – mówi dr Lackowski. Dodaje, że niestety, działa to też w drugą stronę. W obawie przed krytyką ze strony opozycji czy niezadowoleniem społecznym „podkręca się" dane świadczące o tym, że coś niedobrego dzieje się w systemie. – To prowadzi do tego, że nie jesteśmy w stanie w odpowiednim czasie postawić odpowiedniej diagnozy – wskazuje były kurator.
Nasze źródło zbliżone do CKE wskazuje na jeszcze jeden problem dotyczący systemu egzaminów zewnętrznych. – Proszę zwrócić uwagę, że ich poziom trudności co roku jest różny. Nie jest prawdą, że nie da się zrobić egzaminu, którego poziom z roku na rok jest porównywalny – mówi informator „Rz".
Jego zdaniem jest to wygodne dla polityków. Minister edukacji w przypadku słabego wyniku może zawsze powiedzieć, że w tym roku egzamin był trudniejszy niż w latach ubiegłych, dlatego wyniki są gorsze. – Tyle że przez to nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy poziom kształcenia w polskich szkołach się podnosi czy też obniża – dodaje.
Wiele jednak wskazuje na to, że dla polityków jest to drugorzędne pytanie.

Statystyczny cud maturalny

Tak wyglądał rozkład wyników z języka polskiego na poziomie podstawowym na maturze w ubiegłym roku. Na wykresie wybija się odsetek uczniów, który otrzymali 30 proc. punktów, czyli liczbę wymaganą, by zdać egzamin dojrzałości. Widać też, jakiej części uczniów osoby sprawdzające prace podciągnęły wynik, tak by sięgnął koniecznego do zdania minimum. Prawdopodobnie co roku ratuje się w ten sposób skórę co najmniej kilkunastu tysiącom maturzystów
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE