Zwycięstwo innej Platformy

aktualizacja: 28.05.2014, 01:18
Sześć lat później na zdjęciu stał z najbliższą grupą z PO, m.in.  Grze...
Sześć lat później na zdjęciu stał z najbliższą grupą z PO, m.in. Grzegorzem Schetyną, Mirosławem Drzewieckim czy Zbigniewem Chlebowskim.
Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek

Dopiero wybory samorządowe pokażą, w jakiej kondycji jest PO.

Najwięcej mówią zdjęcia. Najlepiej te z wieczorów wyborczych PO. Zdjęcie z roku 2001 – ugrupowanie ledwo co powstało, a już wchodzi do Sejmu jako największa partia opozycyjna wobec obejmującego władzę SLD. Są Donald Tusk, Andrzej Olechowski i Maciej Płażyński, a w tle ten czwarty ojciec założyciel PO – Paweł Piskorski.
Rok 2005 – za Tuskiem stoją tylko Grzegorz Schetyna i Mirosław Drzewiecki.
Rok 2007 – dołącza do nich Zbigniew Chlebowski. Rok 2011 – tuż obok Tuska stoi osamotniony Schetyna. Miniona niedziela – na tle Tuska migają ostatni przyboczni, Ewa Kopacz i Paweł Graś.
I masa platformianych neofitów – polityków, którzy pojawili się przy Platformie, dopiero gdy partia objęła władzę.
Taka jest dziś PO. To partia należąca do Donalda Tuska, który z wyborów na wybory prowadzi ją coraz twardszą ręką. I jednocześnie partia przyciągająca neofitów bez poparcia i zaplecza, bo tacy ludzie są dla Tuska łatwiej sterowalni i nie stanowią zagrożenia dla jego pozycji. Ale chociaż to partia inna, to wciąż zwycięska.

Bez tuskobusu

Punkt wyjścia premier miał niełatwy. Rok temu – po niemal sześciu latach przerwy – PiS na stałe się rozgościło na czele sondaży. Wyglądało na to, że poczwórny maraton wyborczy w latach 2014–2015 będzie dla premiera bolesny.
O ile zwycięstwa w swych wyborach może być pewien Bronisław Komorowski, o tyle premier w wyborach europejskich, samorządowych i wreszcie parlamentarnych nawet przez sporą część polityków PO skazywany był na porażkę. Zachodni dyplomaci słali do swych krajów raporty, że Tusk jest już wypalony i nadchodzi jego zmierzch, natomiast politycy PiS zaczęli być częściej zapraszani na przyjęcia do ambasad.
Teraz, po ogłoszeniu wyników wyborów europejskich, w PO czuć wyraźną ulgę, że jeszcze nie wszystko stracone.
– Platforma odetchnęła. I sama jest zdziwiona, że Tuskowi znów się udało – mówi nam jeden z twórców kampanii.
W tych wyborach nie było tuskobusu. Pojazd ów został odstawiony na parking tuż po wygranych przez premiera wyborach parlamentarnych w 2011 r. i do tej pory – mimo kilkakrotnych zapowiedzi – nie wrócił na trasę. Nie zmienia to faktu, że ponownie to Tusk był jedyną twarzą Platformy podczas tych wyborów. I dlatego na zdjęciu z 2014 r. liczy się tylko on.
– Premier i jego otoczenie są przekonani, że znów te wybory wygrał jednoosobowo. Tyle że inaczej być nie mogło. Taka jest logika sporu Platformy z PiS: Tusk kontra Kaczyński – przyznaje jeden ze sztabowców. Wbrew pomysłom sztabu wyborczego ścisłe otoczenie premiera – z jego nadwornym specem od propagandy Igorem Ostachowiczem na czele – nie zaakceptowało oparcia kampanii także na liderach list PO w poszczególnych regionach.
W ostatnich dniach kampanii, kiedy według wewnętrznych szacunków PO widać już było, że o wyniku zdecyduje kilkadziesiąt tysięcy głosów, to właśnie Tusk wziął na siebie finisz: zaczął intensywnie jeździć w teren i udzielać wywiadów ze starannie dobranymi przez sztab tezami – wypomniał choćby Jarosławowi Kaczyńskiemu posmoleńskie posłanie „Do przyjaciół Rosjan", co miało zdezorientować mocno antyrosyjski elektorat PiS.

Gra na remis

Ale wbrew pozorom Tusk w tej kampanii torpedował większość pomysłów sztabu PO dotyczących bezpośredniego ataku na PiS. Sztabowcy chcieli m.in. zastawić pułapkę na Jarosława Kaczyńskiego w sprawie unii energetycznej.
Pomysł zacieśnienia współpracy między krajami UE przez m.in. wspólne zakupy gazu z Rosji zrodził się w polskim rządzie kilka miesięcy temu. Ale podczas kampanii został wykorzystany, by zaprezentować Tuska jako męża stanu, który w tak kluczowej kwestii słuchany jest przez wszystkich najważniejszych polityków Unii.
Według pomysłu sztabowców Platforma miała zgłosić w Sejmie uchwałę w sprawie poparcia dla Tuska w jego negocjacjach z liderami UE. A Kaczyński i PiS – niechętni unii energetycznej – mieli zagłosować przeciw, co dałoby Tuskowi okazję do ataku. Premier zablokował ten pomysł. – W tej kampanii Tusk nie chciał konfrontacji. Grał na remis – opowiada jeden ze sztabowców.
W ciągu niespełna pół roku partii udało się odrobić wyraźną, kilkuprocentową stratę do PiS i nieznacznie wygrać wybory. Taki pozytywny przekaz – i poczucie triumfu – dominuje dziś w otoczeniu premiera.

Bój o sejmiki

Ale Donald Tusk nie może spać spokojnie. Prawdziwym testem będą jesienne wybory samorządowe, zwłaszcza na poziomie sejmików wojewódzkich i prezydentów miast. – Jeśli przegramy wybory do sejmików, to nie będziemy w stanie rządzić w regionalnych koalicjach z PSL, tak jak to jest w tej chwili. A to może się odbić kłopotami na poziomie rządu – twierdzi nasz rozmówca, wpływowy parlamentarzysta PO.
Inni polityk Platformy, członek zarządu partii, dodaje: – Prawdziwe problemy pojawią się tam, gdzie trzeba będzie rozmawiać o koalicjach z PiS, bo inaczej nie będzie można stworzyć większości.
W tej chwili Platforma rządzi niemal we wszystkich sejmikach wojewódzkich. To efekt wyborów sprzed czterech lat, w których otrzymała prawie ?31 proc. poparcia, natomiast PiS – 23 proc.
– O takim wyniku możemy zapomnieć – przyznaje członek sztabu PO w wyborach europejskich. – Eurowybory pokazały, że jest remis, więc także w wyborach samorządowych rezultaty PO i PiS będą wyrównane. Ale to znaczy, że Platforma znacząco straci wpływy w terenie – przyznaje.
Wyniki eurowyborów pokazują wyraźnie, że – mimo zwycięstwa – Platforma znacząco straciła poparcie zarówno w stosunku do wyborów parlamentarnych 2011 r., jak i eurowyborów 2009 r. W 2009 r. zagłosowało na nią 3,3 mln wyborców, w 2011 r. – 5,6 mln, a w ostatnią niedzielę – 2,3 mln ludzi.

Zużyci władzą

Jak sygnał ostrzegawczy odbierane są w partii wyniki eurowyborów w dużych miastach, które do tej pory stanowiły bastion PO. Platforma tam co prawda wygrała – co zapewniło jej kruchą przewagę nad PiS w skali całego kraju – ale liderzy list PO osiągnęli wyraźnie słabsze wyniki niż pięć lat temu. Popularny na Śląsku były premier Jerzy Buzek uzyskał niemal 140 tys. głosów mniej, startująca z Warszawy była unijna komisarz Danuta Hübner – prawie 90 tys. głosów mniej, po ok. 30 tys. głosów stracili Jacek Saryusz-Wolski w Łodzi i Róża Thun w Krakowie. W sumie PO będzie miała 19 europosłów, czyli straciła sześć mandatów.
– Widać wyraźnie, że władza nas zużywa. Nasze badania pokazały, że wielu dotychczasowych wyborców PO jest zniechęconych do Tuska albo nim rozczarowanych. Uważają, że to fajny gość, ale nie realizuje wielu obietnic, które im złożył przez lata – przyznaje członek sztabu PO. – Oni po prostu zostali w domach, stąd słabsze wyniki takich kandydatów, jak Buzek czy Hübner.
Jednocześnie zmienia się elektorat Platformy. W tych wyborach partia świadomie postawiła na pozyskanie starszych wyborców i części elektoratu socjalnego. To do nich wysyłane były komunikaty, że Tusk gwarantuje „bezpieczeństwo", i przypominano społeczne działania rządu, premier zaś przyznał dodatkowe pieniądze protestującym rodzicom dzieci niepełnosprawnych.
– 20-latków nie ma co straszyć wojną na Ukrainie, bo wybuchną śmiechem. A 50- czy 60-latki znają wojnę z opowieści rodziców, więc są gotowe głosować na „bezpieczeństwo", czyli Tuska – opowiada jeden ze strategów kampanii.
Dlatego też premier mówił, że to są wybory dotyczące tego, czy 1 września dzieci pójdą do szkoły.
Teraz Platforma liczy, że ci starsi, bardziej dojrzali, zostaną przy niej na dłużej.

Psychologiczna przewaga

Z praktycznego punktu widzenia wybory europejskie nie mają większego znaczenia. To, czy jedno ugrupowanie wyśle do europarlamentu więcej, a inne mniej posłów, niewiele zmieni. Dotyczy to zwłaszcza wyścigu PO i PiS, bo europosłowie obu tych partii bardzo często głosują w Parlamencie Europejskim w ten sam sposób. Zresztą większy wpływ na unijne sprawy ma dobrze wybrany i wyposażony w odpowiednią tekę narodowy komisarz, a nie pół setki sowicie opłacanych europosłów, którzy nie mają okazji podejmować zbyt wielu kluczowych dla UE decyzji.
Tyle że wybory europejskie są ważne na krajowym podwórku, nie tylko zresztą polskim. Dla opozycji to kolejna dobra okazja, aby uderzyć we władzę i potrenować przed znacznie istotniejszymi wyborami parlamentarnymi. Wszak dopiero taka wygrana daje szansę na objęcie władzy – czyli prawdziwy cel polityki.
A zatem wygrana w wyborach europejskich, bez względu na to, jak mikra, daje zwycięzcy psychologiczną przewagę. Dziś psychologiczną przewagę ma właśnie premier Tusk.

POLECAMY

KOMENTARZE