Publicystyka

Broda, Marsjanie i spódniczki

Irena Lipowicz
PAP
Zachęcamy rzecznika praw obywatelskich Irenę Lipowicz, by w ramach krzewienia równości płci sama dała odważny przykład i zaczęła przychodzić do pracy z przyklejonymi wąsami i brodą – piszą publicyści.
Na wstępie uprzedzamy jednak ewentualne zarzuty. Nie, nie próbujemy obrazić prof. Lipowicz. W świetle stanowiska, które sformułowała jako rzecznik praw obywatelskich w sprawie programu „Równościowe przedszkole", postulat przyklejania sobie zarostu przestaje przecież być obraźliwy. Jest raczej logicznym rozwinięciem myśli, że należy bezkrytycznie chwalić wszystko, co służy idei walki ze stereotypami płciowymi.
Idei, która – jak się okazuje – jest dla pani rzecznik nadrzędna wobec praw rodziców i praw dziecka, czyli nadrzędna wobec praw obywateli. Ważniejsza również od potrzeby zapewnienia elementarnych standardów pedagogicznych w edukacji. Skoro przykładowy Staś z Pcimia Dolnego może być w przedszkolu zmuszany do zakładania peruki i spódniczki, szczytny cel równości płci wymaga tym większych ofiar od rzecznika praw obywatelskich.

Płeć nie ogranicza mnie...

Swoiście pojmowaną odwagą prof. Lipowicz już się zresztą wykazała, twórczo reinterpretując zadania swojego urzędu. Trzeba mieć sporo śmiałości, a może raczej tupetu, żeby zamiast bronić konstytucyjnych praw obywateli, do czego zostało się powołanym, aktywnie je ograniczać. W liście do ministra edukacji narodowej, będącym reakcją na nasz protest w sprawie programu „Równościowe przedszkole", RPO ochoczo pozbawia rodziców ich praw, pisząc, że owszem, mogą wychowywać swoje dzieci, ale... popołudniami i w weekendy.
Pięcioletni chłopcy ubierani w ramach równościowych zajęć w spódniczki są pozbawiani tożsamości płciowej, wbrew woli swojej i swoich rodziców Prof. Lipowicz powołuje się m.in. na wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Można znaleźć inne ciekawe wyroki. Na przykład w Niemczech rodzice lądują w więzieniu za odmowę posłania dziecka na lekcje edukacji seksualnej. Ostatnio taki los spotkał nawet rodziców, których córka na takich zajęciach źle się poczuła i nie chciała wrócić do klasy. Czy tego rodzaju wyroki będą inspiracją i punktem odniesienia do interpretacji polskiej konstytucji? Czy na tej podstawie instytucje publiczne powinny wyznaczać granice gwarantowanych nam przez ustawę zasadniczą praw? Czytając stanowisko w sprawach równościowych przedszkoli, można dojść do konstatacji, że głównym sensem istnienia urzędu RPO jest walka ze stereotypami. W pierwszej kolejności prof. Lipowicz najwidoczniej postanowiła zająć się stereotypem niesłusznie zakładającym, iż rzecznik praw obywatelskich zajmuje się ochroną praw obywateli. W ramach walki z tym stereotypowym podejściem postanowiła być rzecznikiem prymatu państwa nad obywatelem. Nie przeszkadza jej nawet to, że analizowany program wprost namawia nauczycieli do wdrażania jego zaleceń bez wiedzy rodziców (bo przecież ci drudzy „sami również kierują się stereotypami"). Prawa rodziców to jedno, niestety, nie po raz pierwszy doświadczamy ich lekceważenia. A co z prawami dziecka? Pięcioletni chłopcy ubierani w ramach równościowych zajęć w spódniczki są pozbawiani tożsamości płciowej, wbrew woli swojej i swoich rodziców. Dzieci to też obywatele, z prawem do poszanowania ich godności. W ich obronie nie stanął, niestety, rzecznik praw dziecka, który nie podjął żadnych działań po naszej interwencji. Czy pani rzecznik praw obywatelskich prawa najmłodszych także nie interesują? Najwidoczniej nie, bo panią rzecznik interesuje tylko równość. Nie chodzi tu bynajmniej o zrównanie praw, które już nastąpiło, czego najlepszym dowodem jest fakt, iż pani Irena Lipowicz jest profesorką i rzeczniczką, a nie szwaczką lub co najwyżej telegrafistką na poczcie, do czego musiałaby się ograniczyć jeszcze 100 lat temu. Równość w programie ,,Równościowe przedszkole" jest rozumiana jako zamazywanie różnic. Wolność od płci, zgodnie z zalecanym wierszykiem: „Bawię się, z kim chcę, robię to, co chcę, płeć nie ogranicza mnie". Istnienie różnic na poziomie psychicznym czy behawioralnym, a wynikających „z natury", jest przez współpracujące z Feminoteką autorki kwestionowane. Według nich widoczne zróżnicowania wynikają – a jakże! – z zastosowanych wcześniej stereotypów w wychowaniu.

Równi z Marsjanami

Szkoda, że pani rzecznik entuzjastycznie przyklaskuje takiemu rozumieniu równości. Pochwala program za przekonywanie dzieci, że bez względu na to, czy urodziły się dziewczynką, czy chłopcem, mają w życiu takie same możliwości i szanse. Dokładnie takie same? To przecież absurd i oszukiwanie dzieci, bo każda z płci ma swoje uwarunkowania i ograniczenia oraz biologiczne cele. Chłopcom nie powiemy, że urodzą kiedyś dziecko i będą je karmić piersią, a dziewczynkom, że zapuszczą brodę i przegonią w wyścigach każdego chłopca. To samo dotyczy sfery psychicznej. Każdy, kto ma do czynienia z dziećmi, zauważy chociażby większą koncentrację dziewczynek na relacjach międzyludzkich, a chłopców na przedmiotach. Czy tak trudno zrozumieć, że prawdziwe poszanowanie odmiennej płci opiera się na akceptacji różnic, a nie na ich negowaniu? Rzeczniczkom równości najwidoczniej trudno, bo zamiast dać przestrzeń do rozwoju naturalnych zainteresowań, wolą trenować kilkuletnich chłopców w malowaniu paznokci swoim nauczycielkom. Oczywiście w ramach przygotowania do zawodu kosmetyczki (kosmetyka?). Dziewczynkom za to rozszerzają horyzonty, zakładając czołówkę i malując buzie na czarno – na wypadek, gdyby same nie wpadły na to, by zostać kiedyś „górniczkami". Według prof. Lipowicz takie podejście wcale nie oznacza kwestionowania lub relatywizacji tożsamości płciowej dzieci. Jeśli nakazywanie dzieciom odgrywania odmiennych ról płciowych z użyciem takich rekwizytów jak peruki czy spódniczki nie jest kwestionowaniem i relatywizacją płci, to co by nimi było? Zabrakło nam wyobraźni, prosimy o przykłady. Zauważyliśmy już, że pani rzecznik nie darzy zbyt wielkim szacunkiem rodziców. Szkoda jednak, że nie uwzględniła nawet zdania profesorów pedagogiki. Naukowcy Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN ostro skrytykowali bowiem „Równościowe przedszkole" właśnie za propagowanie wychowania apłciowego, „wysadzanie dziecka z jego biologicznej płci i kształtowanie niechętnego stosunku do niej". Pani rzecznik pisze, że „ustalanie i planowanie programu nauczania należy co do zasady do kompetencji państwa". Nie zauważyła, że „Równościowe przedszkole" nie jest programem napisanym przez instytucję państwową, lecz stanowi propozycję dodatkową stworzoną w ramach jednego z projektów unijnych. Autorki nie tylko nie realizują w nim podstawy programowej wychowania przedszkolnego (określonej w rozporządzeniu Ministerstwa Edukacji), ale wręcz krytycznie się do niej odnoszą. I to właśnie dlatego poprosiliśmy o interwencję i zainteresowanie różne instytucje publiczne od MEN po RPO mające czuwać nad tym, żeby dzieci nie były uczone głupot przez ludzi z ulicy, bez wykształcenia pedagogicznego. Może za chwilę wejdzie do przedszkoli Fundacja im. Ericha von Dänikena, która będzie przebierać dzieci za małe zielone ludziki i kazać im wydeptywać kręgi w zbożu? Jeśli podeprą się jakąś szczytną ideą, np. równości Marsjanek i Marsjan, to czy pani rzecznik też konsekwentnie uzna, że rodzice nie mają prawa się niepokoić? Chyba że będzie nas przekonywać, podobnie jak robi to w przypadku „Równościowego przedszkola", że są to „obiektywne informacje lub treści". Poszukując źródeł tego obiektywizmu, prosiliśmy m.in. ministerstwo edukacji o dokonanie oceny podstawy naukowej programu „Równościowe przedszkole". Nie znalazł się tam, niestety, żaden tak odważny urzędnik. Zamiast tego czytaliśmy kolejne odpowiedzi mówiące w dużym skrócie: to nie nasza sprawa.

Wywłaszczanie rodziców

I tu zabawny paradoks: MEN zrzeka się odpowiedzialności za jakość programów nauczania i umywa ręce, zasłaniając się decentralizacją systemu oświaty. Tymczasem RPO grzmi, że państwo ustala programy i obywatelom wara od tego (mają przecież popołudnia i weekendy). W tym błędnym kole ideologii i zaniechań rodzice mogą odnieść wrażenie, że urzędnicy bawią się z nimi w kotka i myszkę. Instytucje państwowe ze szczególnym uwzględnieniem Ministerstwa Edukacji nauczyły rodziców w ostatnich latach, że nie powinni się po nich spodziewać niczego dobrego. Dlatego teraz nie pozwolimy sobie wmówić, że ideologiczne eksperymenty na dzieciach mają cokolwiek wspólnego z troską o równouprawnienie kobiet. Stłamszenie rodzicielskiej inicjatywy referendum w sprawie edukacji uświadomiło nam, że gra toczy się o coś więcej niż tylko o reformę forsowaną przez rząd. Obecne stanowisko rzecznika praw obywatelskich w sprawie „Równościowego przedszkola" potwierdza, że państwo konsekwentnie chce wywłaszczyć rodziców z prawa do decydowania o edukacji. Ale prędzej pani rzecznik broda wyrośnie, niż my zrezygnujemy z walki o nasze dzieci. Autorzy kierują Fundacją ?Rzecznik Praw Rodziców
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL