Fotografie Vivian Maier

aktualizacja: 04.05.2014, 17:53
Self Portrait Round Mirror; ;fot. Vivian Maier - Maloof Collection; ©R...
Self Portrait Round Mirror; ;fot. Vivian Maier - Maloof Collection; ©Ravine Pictures, LLC 2013
Foto: Gutek Film

Historia Vivian Maier – niani i piekielnie zdolnej fotografki od 9 maja w kinach. Tego samego dnia odbędzie się wernisaż wystawy jej zdjęć w warszawskiej Leica Gallery.

- Fotografie Vivian są po prostu do zakochania – mówi Joanna Kinowska, kuratorka wystawy. - Dokładnie pamiętam kiedy obejrzałam je po raz pierwszy. Było to w 2009 roku, gdy John Maloof, reżyser filmu „Szukając Vivian Maier" opublikował jej pierwsze zdjęcia w Internecie. To była zbiorowa euforia, wszyscy bardzo entuzjastycznie się wypowiadali i czekali na więcej. To są świetne kadry, znakomicie przyłapane chwile, fantastyczne kompozycje i mnóstwo emocji, pasji. W całej jej twórczości najbardziej uderza mnie niesamowita konsekwencja. Wykształciła swój styl, wiadomo co przykuwało jej uwagę. Taką konsekwencję zwykło się zdobywać oglądając zdjęcia mistrzów lub ucząc się na warsztatach, w szkołach. Tymczasem ona dochodziła do tego sama i tylko sama. Te zdjęcia mają ogromną siłę, energię, po prostu zachwycają. Zobacz galerię zdjęć
A jaka była ich autorka?
W ogromnych butach i płaszczu wyglądała jak Mary Poppins, tylko zamiast parasola nosiła ze sobą aparat fotograficzny. Robiła nim tysiące zdjęć, którymi nie interesował się nikt. I zapewne pozostałyby niezauważane, gdyby nie to, że dwa lata przed jej śmiercią, w 2007 r. John Maloof kupił na jednej z garażowych wyprzedaży, za 389 dolarów, pudełko z negatywami. Okazało się, że było w nim 100 tys. czarno-białych zdjęć zrobionych w latach 50. i 60. na ulicach Nowego Jorku i Chicago. Maloof  zachwycił się tymi fotografiami i postanowił odnaleźć ich autorkę. Przy okazji, wspólnie Charlie Siskelem nakręcił wciągający od pierwszych minut  dokument „Szukając Vivian Maier".

„A nie mówiłam!"

Ekscentryczna – tak najczęściej określali Vivian  Maier jej znajomi - rodzice dzieci, którymi jako niania się opiekowała i dorośli już podopieczni. Bliskich nie miała. Losy jej rodziny osnute są tajemnicą. Ślady w dokumentach wskazują na to, że w przeszłości musiało się zdarzyć coś przykrego.
Vivian Maier nie interesowało to, co dla wielu jest synonimem szczęścia – miłość, rodzina i sława. Nikt nigdy nie słyszał, by kiedykolwiek była zakochana - żyła samotnie, a swoją kobiecość skrzętnie skrywała pod za dużymi ubraniami. Nie chwaliła się też swoją twórczością, choć znała jej wartość. W liście do właściciela zakładu fotograficznego napisała, że chciałaby u niego wywołać serię dobrych zdjęć i dodała, że skoro „ona uważa, że są dobre, to powinien uwierzyć, że naprawdę są". Mimo tej świadomości nie dbała o poklask. Chciała mieć przede wszystkim święty spokój.
Miała go dzięki swojej pracy - rodzice dzieci, którymi się opiekowała zapewniali jej dach nad głową i niezbędne finansowe minimum. Podopiecznych zabierała na długie spacery po mieście, w czasie których mogła bez przeszkód fotografować. Gdy coś szło nie po jej myśli, po prostu odchodziła.
Dorosłe już osoby wspominają w filmie, że potrafiła być złośliwa i okrutna. Zastanawia ich również jej stosunek do ludzi - podobno gdy znajdowała na pierwszej stronie gazet informacje o zbrodni, z satysfakcją powtarzała „A nie mówiłam!". Mimo wszystko w bohaterach swoich zdjęć potrafiła uchwycić coś pozytywnego, czasami nawet widać w ich oczach błysk porozumienia z fotografką.
Podobnie jak Henri Cartier-Bresson była bardzo spostrzegawcza, umiała znaleźć coś, co warto utrwalić w kadrze nawet w koszu na śmieci. O dziwo ze skromnej pensji niani zdołała odłożyć trochę pieniędzy i tak jak francuski mistrz zwiedziła kawał świata. Oszczędziła na kilkumiesięczną podróż, w czasie której udało jej się odwiedzić również rodzinny dom we Francji.

Absolutnie wolna

Dzięki opowieści Johna Maloofa poznajemy wolną, w pełni niezależną artystkę. Nie pokazywała swoich prac, więc nie martwiła się o to, czy się komuś spodobają, czy nie. Nie interesowało ją też, czy na nich zarobi. Nie przeżywała rozczarowania takiego, jak choćby niedoceniany za życia Vincent Van Gogh lub Mark Rothko, który choć w końcu zdobył uznanie, cierpiał na depresję i popełnił samobójstwo.
Poza tym, czy to, że nie pokazywała nikomu swoich fotografii, jest rzeczywiście tak bardzo dziwne? Przecież w dobie cyfrowych aparatów miliony ludzi na całym świecie produkują niezliczoną liczbę zdjęć, w ogóle nie myśląc o sławie. A przecież mogą, tak jak niania z Chicago, robić doskonałe zdjęcia, których nikt nie zobaczy. Z drugiej strony, bywa też tak, że docenione arcydzieła chowane są przed światem w sejfach bogatych amatorów sztuki.
- Coraz częściej kolekcjonerzy interesują się twórczością Vivian. Przez ostatnie kilka lat jest bardzo promowana, choć ciągle trwają prace nad jej archiwum i nie znamy jeszcze całości tego zbioru. Poszukiwania zdjęć, które mogłyby przyjechać do Warszawy trwały prawie dwa lata. Udało się pozyskać fotografie wedle naszego wyboru z kolekcji Jeffreya Goldsteina, która jest zdecydowanie mniejsza od kolekcji Johna Maloofa, za to ze świetną reprezentacją twórczości Vivan - są i martwe natury, są zabawy światłem i kompozycją, są ludzie "pomnikowi" na ulicach, są scenki zabawne z targów i są autoportrety fotografki. Nam zależało żeby po swojemu skomponować wystawę, która przedstawi Vivian polskiej publiczności – opowiada Joanna Kinowska i dodaje - To dobry moment na zakup, bo o Vivian robi się z roku na rok coraz głośniej, a to oznacza, że ceny jej prac idą ciągle w górę.
Czy ten szum spodobałoby się Vivian Maier? Ci, którzy ją znali mówią, że nie. Nie goniła za ułudą jaką jest sława. Była artystką absolutną, która odnalazła szczęście w tworzeniu dla samego tworzenia, tylko los spłatał jej figla i przyznał horacjański laur.
Wystawa "Vivian Maier Amatorka" w Leica Gallery od 9 maja do 23 czerwca.
leica-camera.pl
www.vivianmaier.com
KOMENTARZ DNIA
Żródło: rp.pl

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE