Marian i Stasio. Żywoty przez parę chwil równoległe

aktualizacja: 25.04.2014, 22:04
Stanisław Drabich  w Alejach Jerozolimskich
Stanisław Drabich w Alejach Jerozolimskich
Foto: Ze zbiorów rodziny Drabichów

Po 70 latach drugie i trzecie pokolenie ocalonych z wojennej hekatomby Żydów i Polaków wciąż odkrywa nieznane karty swojej domowej historii.

O świcie pod dom na peryferiach Warszawy zajechał samochód. Wysiadło zeń trzech mężczyzn. Znaczki w klapach płaszczów zdradzały funkcjonariuszy gestapo.

Wolska 107, ?wiosna 1943 roku

W mieszkaniu na parterze rozległo się pukanie.

– Pan Stanisław Drabich? – gospodarz przytaknął, nie okazując zdenerwowania pytaniem. – Czy jest tu ktoś jeszcze?

– Marian, otwórz – zawołał w stronę sypialni, wpuszczając Niemców do środka. Do pokoju wszedł zaspany krępy blondynek o błękitnych oczach.

– Kim jesteś? – spytał po polsku gestapowiec.

– To syn moich przyjaciół – odpowiedział gospodarz.

– Niech się ubierze – padł rozkaz.

Wyszli z budynku, za którym długim wąskim pasem ciągnęły się zagony cebuli. Tajniacy prowadzili Drabicha pod ręce, chłopak szedł z tyłu. Wepchnęli aresztowanego do auta.

Marian obszedł wóz, jakby chciał wsiąść z drugiej strony. Wyostrzonymi ze strachu zmysłami ogarniał całą scenę. Jezdnię, tory, nadjeżdżający tramwaj. Instynktownie rzucił się w jego stronę. Zanim tajniacy się zorientowali, był na tylnym podeście mknącego wagonu. Dwie siedzące kobiety spojrzały po sobie, ich twarze wykrzywił grymas: „Żyd".

Wyskoczył już na pierwszym przystanku, nim konduktor odkrył pasażera na gapę. Nie miał przy sobie ani grosza. Puścił się biegiem w stronę miasta. Wspomniał wczorajszy dzień. Niedzielną wizytę w cukierni ze Stasiem, jak go nazywał, a potem wyprawę do kuzynów Drabicha na Pragę. Dom na przeciwnym krańcu miasta wydał mu się jedyną szansą.

Zwolnił, wyrównał krok. Miał przed sobą dwie godziny marszu przez Śródmieście pełne okupantów, szpicli i czujnych oczu donosicieli. Nie mógł zwracać na siebie uwagi. W kieszeni miał wprawdzie fałszywą metrykę chrztu, którą zaprzyjaźniony z Drabichem ksiądz wystawił na nazwisko Mariana Rudzkiego. Przy dokładniejszej rewizji odkryto by jednak także głęboko ukrytą kartę meldunkową Mosze Icchoka Rozenbluma z Dzielnej 31 w getcie. Zdjęcie na niej było dlań wyrokiem śmierci.

Burakowska 20, koniec lutego 1867 roku

Mistrz bednarski Jan Drabich umarł w wieku 53 lat, pozostawiając ciężarną żonę i gromadkę pociech. Syn ubogiego krawca i przekupki handlującej owocami doszedł do niejakiej pozycji i majątku, w czym pomocny był ustosunkowany szwagier Antoni Radziński, cieszący się wówczas sławą muzyk, uczeń Elsnera, przez blisko pół wieku organista u Świętego Krzyża. Na kilka lat przed śmiercią Drabich sprzedał swój dom przy ulicy Ogrodowej i nabył sporą posesję w Powązkach. Co prawda niebawem uszczupliły ją władze carskie, zabierając część ziemi pod esplanadę Cytadeli, ale i tak osieroceni bliscy mieli zapewniony byt.

Dwa miesiące później przyszło na świat ostatnie dziecko. Pogrobowiec Roman miał dwóch znacznie starszych braci: rzeźnika Jana oraz Marcelego, który prowadził rodzinne gospodarstwo przy Burakowskiej. Kiedy w 1893 roku zmarła ich matka, a zaraz po niej najstarszy Jan, dwaj pozostali podzielili schedę. Marceli osiadł na Nowym Mieście, a jego potomkowie mieszkali w kamieniczkach przy Kościelnej 16 i Zakroczymskiej 4 aż do powstania.

Roman wybrał zaś Wolę, wieś szybko się rozrastającą, choć nadal jeszcze leżącą za rogatkami, gdzie coraz to większe fabryki kontrastowały z wiekowymi dworkami i chatami krytymi strzechą. Przez ożenek z Apolonią Dutkowską wszedł w krąg tamtejszych ogrodników ze znanych miejscowych rodzin: Grabowskich, Kaszyńskich, Szczecińskich, Rząców.

Long Island, zima 2008 roku

Dla Susan Rostan Europa to już zamierzchła przeszłość. Jej rodzina wyemigrowała z Galicji do Ameryki sto lat temu. Ale jej mąż Robert należy do drugiego pokolenia ocalonych z Holokaustu. Właśnie zostali dziadkami, co w Susan obudziło typową przy takich okazjach chęć, by wyrysować drzewo przodków wnuczki. Kłopot w tym, że Robert, urodzony już po wojnie we Francji, o losach swoich bliskich w czasach Zagłady i wcześniej nie wie prawie nic.

Jego zmarła w 2000 roku matka Elżbieta Rozenblum nigdy mu o tym nie opowiadała. Wojenna trauma uczyniła miniony horror tematem zakazanym. Dzieciom nie wolno było pytać, a dorośli milczeli. Kilkakrotne zmiany nazwisk i krajów osiedlenia skutecznie zatarły większość śladów. Jeszcze chwila, a historia ich życia w Polsce na zawsze pogrążyłaby się w niepamięci. Ostatnim jej depozytariuszem jest dobiegający osiemdziesiątki wuj Roberta, Marian. Susan delikatnie, lecz z determinacją zaczyna więc drążyć otwór w murze, który oddzielił ich życie w Nowym Jorku od tego, co wydarzyło się po drugiej stronie oceanu.

Praga, lato 1943 roku

Na poddaszu swego praskiego domu gospodarze trzymali kozę. Dzisiaj może to wydać się śmieszne, za okupacji miało ogromne znaczenie. Kuzynostwu Drabicha koza dawała jednak nie tylko mleko dla ich córeczki. Stanowiła też alibi wobec co bardziej wścibskich sąsiadów, usprawiedliwiając większe niż zazwyczaj zakupy żywności.

Oprócz kozy na ich poddaszu mieszkał bowiem potajemnie Jakub Rozenfarb z synem Józefem i córką Danką oraz bratem jej przyjaciółki Elżbiety, Marianem Rozenblumem. Uciekłszy gestapowcom na Woli, spędził w tych warunkach blisko rok. Dni ciągnęły się bezczynnie, ale rozmawiali niewiele. Dla młodego chłopca lekarstwem na strach i apatię okazała się lektura „Pana Tadeusza".

Czasem odwiedzała ich Elżbieta, która się nie ukrywała. Miała „dobry" wygląd i mocne papiery na nazwisko Rajewska, pracowała jako pielęgniarka. Zimą 1943 roku na pewien czas zamieszkała nawet razem z bratem w Alejach Jerozolimskich, co nieomal skończyło się tragicznie. Kobieta, która wynajęła im pokój, chyba się domyślała, że są Żydami, ale nie miała zastrzeżeń. Ktoś inny musiał ich wydać. Uciekli przed gestapowcami tylnymi, kuchennymi schodami i wpadli do gabinetu lekarskiego w drugiej klatce kamienicy. Doktor kazał im usiąść w poczekalni i udawać pacjentów. Niewiele by to pomogło, skoro Elżbieta miała na sobie zaśnieżony szlafrok. Niemcy tu jednak nie przyszli, a Marian wkrótce wrócił na Pragę.

Wolska 107, ?marzec 1930 roku

U Drabichów prym wiodą synowie nieżyjącego od dwóch lat Romana. Starszy, Józef, kończy aplikację adwokacką. Niedługo rozpocznie własną praktykę, ale jego los naznaczy ciągła obecność śmierci. Pierwsza, ukochana żona, bliska krewna Maria Krajewska, umrze na cukrzycę parę lat po ślubie. Z drugą, Marią Traczyńską, będzie miał kilkoro dzieci, ale tylko jedno przeżyje okres niemowlęcy. A potem przyjdzie wojna, z której ocaleje jedynie sam z synem. Na razie jednak nic nie zwiastuje katastrofy.

Młodszy z braci, Stanisław, rocznik 1907, prowadzi rodzinne gospodarstwo i aktywnie działa w Towarzystwie Przyjaciół Woli. Nadzoruje remonty ulic, budowę kanałów, urządzanie parku Sowińskiego. Józef jest radcą prawnym TPW, należy też do Stronnictwa Ludowego. Afiliacja nietypowa wśród mieszczan, ciążących wtedy ku endecji, o którą i on się otarł, kiedy studiując na Uniwersytecie Warszawskim, należał do korporacji Aquilonia. Ale ludowej opcji politycznej pozostanie wierny aż do końca życia. W latach 30. przeciwdziała infiltracji SL przez komunistów, broni chłopów w procesach wytaczanych za udział w strajkach.

Jednym z lokatorów ich domu jest krawiec Izrael Rozenblum. Mieszka na piętrze z żoną Rywką i szóstką dzieci. Właśnie urodzili mu się dwaj najmłodsi synowie, bliźniacy Mosze i Menachem. Rozenblumom robi się tu coraz ciaśniej. Izrael ma zmysł do interesów, ale brak mu kapitału. Decyduje się zatem poprosić Stanisława o pożyczkę. Czy Drabich zgodził się jej udzielić ze względu na sympatię do pięknej córki Rozenblumów, Elżbiety? Pewnie nigdy już się nie dowiemy, czy to jej dotyczy legenda rodzinna Drabichów, mówiąca o związku uczuciowym Stanisława z Żydówką.

Izrael szybko rozkręca handel ubraniami. Pod koniec międzywojnia jest już zamożnym człowiekiem. Rozenblumowie mieszkają wtedy przy Ptasiej 4, nieopodal Gościnnego Dworu, gdzie znajdują się dwa należące do Izraela sklepy. Posiada jeszcze jeden, dla lepszej klienteli, w którymś z pryncypalnych miejsc Warszawy, ale sam się w nim nigdy nie pojawia. Prowadzi go Polak i nic ma nie zdradzać, że nie jest to „handel chrześcijański".

Najstarsi z rodzeństwa, Adam i Leon, pomagają ojcu, a Elżbieta pracuje w składzie przyborów dentystycznych Dentorex znanych w tej branży Szmuela i Frejdy Mańskich. Tuż przed wojną właściciele wyemigrowali do Stanów, a Izrael kupił od nich firmę dla narzeczonego córki, Beniamina Rutmana. Elżbieta prowadziła ją potem również w getcie, przy Solnej 18. Interesy idą tak dobrze, że Rozenblum myśli o kupnie studebakera i rozwinięciu usług spedycyjnych. Nadszedł jednak 1 września 1939 roku i plany te nigdy nie doszły do skutku.

Przekonany, że Niemcy będą prześladować tylko przedsiębiorców żydowskich, Izrael z pierworodnym synem Adamem oraz zięciem Rutmanem ucieka na zajętą przez Sowietów Białostocczyznę. Wiosną 1940 roku bieżeńców NKWD deportowało do obwodu archangielskiego. Uwolnieni z zesłania po traktacie Sikorski-Majski, resztę wojny spędzą w Bucharze w republice uzbeckiej. Do Polski wrócą w ramach repatriacji w roku 1946.

World Wide Web, 2013 rok

Minęło pięć lat, odkąd zostałem ojcem. Przez ten czas, wiedziony podobnym instynktem co Susan Rostan, systematycznie badałem dzieje swojej rodziny. Przez internetowy portal genealogiczny nawiązałem kontakt z potomkami dwóch linii Drabichów: wywodzących się od Marcelego, za którego wyszła siostra mojego prapradziadka, i od Romana. Ich współczesne informacje dopełniły wielopokoleniowego wywodu. Razem wiedzieliśmy już bardzo dużo. Wkrótce miało się jednak okazać, że dalece nie wszystko.

Pod koniec marca napisała do mnie Susan Rostan. Od lat poszukiwała informacji o członku tej rodziny, którymi akurat dysponowałem. Upewniwszy się, że to nie pomyłka, napisała: „Bardzo uradowałeś mojego wuja. Stanisław Drabich ocalił życie jemu, mojej teściowej, jak też teściowi i jego rodzinie oraz licznym znajomym. Dlatego musi być upamiętniony. Napisałam o tym książkę". To było jak grom z jasnego nieba. Stanisław nigdy się nie ożenił, zmarł bezpotomnie. Dzieci i wnuki jego brata o tej karcie z życia stryja nie miały aż dotąd pojęcia.

Kazimierzowska 85, powstanie '44

Modernistyczna kamienica na rogu Rakowieckiej, bezpośrednio sąsiadująca z więzieniem, tylko w pierwszych godzinach walki była w zasięgu powstańców. Od 2 sierpnia tę okolicę kontrolowali Niemcy. Stąd wyprowadzali ataki w głąb powstańczego Mokotowa i tu wracali, by odpocząć na terenie pobliskich, jeszcze carskich koszar. Gardłowe głosy żołdaków i krzyki rozstrzeliwanych przenikały nawet grube mury.

Stanisław Kudelski ich nie słyszał. W konspiracji podoficer Kedywu, walczył w tym czasie w Śródmieściu w Batalionie Kiliński. Ale w jego mieszkaniu pozostali dwaj goście. Marian Rozenblum mieszkał tu od marca wraz z Józefem Rozenfarbem. Kiedy po wybuchu powstania Niemcy nakazali opuścić budynek, Józef bał się wyjść, żeby nie rozpoznano w nim Żyda. Obaj schronili się więc w przygotowanej uprzednio skrytce w piwnicy. Pod nosem prześladowców przetrwali aż do 17 stycznia 1945 roku. Ocaleni z obydwu rodzin mieszkali u Kudelskiego jeszcze przez kilka powojennych miesięcy.

Marian do dzisiaj wspomina Drabicha z czułością: „Stasio był jedyną osobą poza gettem, która nam pomogła, a której nie płaciliśmy". Podkreśla wyjątkową bezinteresowność wybawcy i swoją wdzięczność wobec niego, co wywołuje sprzeciw spisującej jego relację Susan Rostan: „Zastanawiam się, czy to rzeczywiście coś zmienia. Pieniądze nie mogły być wystarczającą motywacją, żeby ryzykować życie". „To byli naprawdę dobrzy ludzie" – dodaje polubownie Rozenblum.

Złote carskie ruble, popularnie zwane świnkami, poróżniły towarzyszy niedoli. Józef zakopał je w mokotowskiej kryjówce, ale już później nie mógł ich odnaleźć. Podejrzewał, że Marian je wykradł. Po dłuższych poszukiwaniach skarb udało się wreszcie wykopać, ale fałszywe oskarżenie zaciążyło na ich późniejszych relacjach. Wspólnota dramatycznych doświadczeń nie budowała wzajemnego zaufania ani nie łagodziła niszczącego wpływu na prześladowanych, co pokazały najbliższe powojenne lata. Nitki ich losów i łączące ich więzi będą się rwać raz po raz.

Wolska 107, ?4 sierpnia 1944 roku

Wojna rok po roku wyludniała dom Józefa Drabicha. Pierwszej okupacyjnej zimy zmarła matka. Po kolejnym porodzie śmierć zabrała jego drugą żonę, a rok wcześniej gestapo zabrało brata.

Opowiada jego wnuczka Aleksandra Komska: „Czwartego dnia powstania dziadka razem z moim tatą, niespełna trzyletnim, dwumiesięczną córką, teściową i innymi mieszkańcami zabrano na miejsce egzekucji. Niemcy rozdzielili mężczyzn od kobiet i dzieci. Początkowo dziadek miał nadzieję, że będą zabijać tylko mężczyzn. Gdy zorientował się, że się myli, uznał, że nie ma nic do stracenia. Nastąpiło jakieś zamieszanie, ktoś ważny przyjechał. Ludzie leżeli wtedy na ziemi. Dziadek zdołał pokazać mojemu tacie, żeby się doń przyczołgał. Inni byli wściekli, że cokolwiek próbuje robić. Nie mógł pojąć, dlaczego wszyscy nie próbowali uciec. Dysproporcja między liczbą ofiar i oprawców była tak duża, że wielu udałoby się uratować. Gdy mój tata był już blisko, dziadek po prostu wstał, złapał go i rzucił się do ucieczki. Opowiadał, że był tam wysoki mur, około trzymetrowy. Przerzucił nad nim dziecko i sam jakoś przeskoczył. Gdy poszedł tam po wojnie, nie mógł uwierzyć, że zdołał to zrobić. Tego dnia oprócz nich uratowała się jeszcze tylko jedna lub dwie osoby, które przeżyły strzał".

Rzeź pochłonęła większość wolskich krewnych i sąsiadów Drabichów. Ich domy spalono, a ruiny rozebrano. Po wojnie nie było tu do czego wracać, zwłaszcza dawnym właścicielom posesji, odebranych dekretem Bieruta.

„Dziadek z tatą trafili do dulagu w Pruszkowie, ale nie byli tam długo. Uratowała ich perfekcyjna znajomość niemieckiego dziadka i typowo »aryjska« uroda ojca. Lekarz wystawił zaświadczenie, że tata ma tyfus, i wyrzucili ich z obozu. Resztę wojny spędzili u rodziny, tułając się. Na Wolę nigdy nie wrócili – mówi Komska. – Dziadek nie wspominał czasów wojny. Radził sobie z ciężkimi wspomnieniami, wypierając je z pamięci. Mój tata dopiero jako dorosły człowiek dowiedział się, jak przeżyli powstanie".

Neuilly, 7 marca 1949 roku

Elżbieta urodziła Roberta już pod Paryżem. Jej mąż Józef przekształcił dotychczasowe nazwisko Rozenfarb na Rostan, żeby upamiętnić swego brata Stanisława, zmarłego w dzieciństwie na białaczkę, oraz by ich pochodzenie było trudniej rozpoznawalne. Wprawdzie władze francuskie pozwalały polskim Żydom osiedlać się nad Sekwaną, ale nie byli oni tam mile widziani, a ich prawa pozostawały ograniczone.

Józef i Elżbieta pobrali się jeszcze w Polsce, gdy wyszło na jaw, że jej pierwszy mąż Beniamin Rutman nie wrócił z ZSRR do kraju, lecz trafił do Afryki. Widziała go jeszcze tylko raz, wiele lat później, w Ameryce. Zanim wyjechali do Francji, Rostanowie adoptowali osieroconą żydowską dziewczynkę. W Paryżu któregoś dnia porwali ją ze szkoły jej krewni i wywieźli do Izraela, gdzie odtąd się wychowywała. Z Elżbietą mogła się ponownie spotkać dopiero w 1960 roku, po osiągnięciu pełnoletności. Małżeństwo Rostanów nie przetrwało tej kolejnej traumy. Kiedy się rozeszli, Józef wyjechał do Kanady.

Polskę postanowili zaś opuścić po pogromie kieleckim. Choć ich samych nie dotknął powojenny antysemityzm, nie mogli dłużej żyć w kraju, w którym stracili większość swoich bliskich. Marian już przedtem z żydowskiego sierocińca w Zatrzebiu koło Falenicy trafił do szkoły syjonistycznej w Anglii. Stamtąd jako pierwszy popłynie za ocean.

Natomiast starszy brat Elżbiety, Adam, wybrał Francję, gdzie zmienił nazwisko na Rodier. Jego śladem poszła siostra z ich ojcem oraz swoimi – jeszcze – mężem Józefem i przybraną córką. W Paryżu musieli zaczynać wszystko od nowa. Jak 20 lat wcześniej, Izrael Rozenblum znów szył spodnie. I znów musiał prosić innych o pomoc, bo jako cudzoziemiec nie miał prawa posiadać własnego zakładu. Jego chałupniczą działalność oficjalnie firmowała pewna Francuzka. Umarł w 1952 roku, na jego paryskim nagrobku widnieją też imiona żony i trzech synów – ofiar Zagłady.

Cztery lata później Elżbieta i mały Robert na zawsze wyjechali z Europy. W Nowym Świecie wszyscy rozpoczęli nowe życie, mocno zatrzaskując drzwi za dawnym.

Pawiak, 16 lipca 1943 roku

Mężczyzn wyprowadzano na podwórze, układano warstwami na leżąco w budach i wywożono po kilkudziesięciu. Egzekucja trwała 1 godz. 50 minut" – zapisano w raporcie podziemia. Niemcy rozstrzeliwali więźniów w zrujnowanych po likwidacji getta domach przy Gęsiej. Rozplakatowane wieczorem niemieckie obwieszczenia tłumaczyły, że był to odwet za atak gwardzistów PPR na kolumnę SA.

Zginęło ponad 130 więźniów Pawiaka. Na liście zamordowanych, sporządzonej przez więzienną konspirację, Stanisław Drabich figuruje pod przeinaczonym nazwiskiem: Drabicki. Może udało mu się zataić swą prawdziwą tożsamość i dzięki temu ocalić resztę rodziny? Faktem pozostaje, że wbrew praktyce hitlerowców nie objęły jej represje.

Od chwili aresztowania Józef Drabich starał się uratować brata od niechybnej zguby. Gestapo miało mocne dowody przeciw Stanisławowi: fałszywe dokumenty jego żydowskiej lokatorki Nory Goldman. Żona bankowca i poliglotka nie umiała żyć w ciągłym ukryciu. Pracowała jako tłumaczka na mieście i niemiecki szef ją zdemaskował. Niewiele brakowało, by mecenas Drabich dzięki swoim szerokim kontaktom – sięgającym władz tajnego SL „Roch" i Departamentu Sprawiedliwości Delegatury Rządu na Kraj – wykupił brata z aresztu. Był już ponoć umówiony z jakimś konfidentem gestapo, lecz w ostatniej chwili okazało się, że jest za późno. Stanisław został stracony. Przed śmiercią zapewne przeszedł śledztwo w alei Szucha, jednak nikogo nie wydał, skoro Niemcy nie trafili na trop jego kuzynów na Pradze i ukrywających się tam Rozenfarbów.

Getto, lato 1942 roku

Podczas wielkiej akcji likwidacyjnej Niemcy wywieźli matkę Mariana Rozenbluma, Rywkę Wilde, i jego brata bliźniaka Menachema. Najpewniej oboje zostali zagazowani w Treblince. Dwaj inni bracia, Leon i Hil, podzielili ten los wiosną 1943 roku, jeszcze przed wybuchem powstania w getcie.

W czasie akcji zginęła także Etel Rozenfarb, matka Józefa i Danki. Stała podczas ulicznej selekcji razem z córką. Dankę uratowała jej uroda, na którą zwrócił uwagę oficer SS. Kiedy na jego gromkie „Raus!" uciekała stamtąd co sił w nogach, matka po raz ostatni odprowadzała ją wzrokiem. Tę historię, która prześladowała Dankę do końca życia, wnuki Etel poznały dopiero 68 lat później.

Mariana z tej samej selekcji wyreklamowała niemiecka Żydówka, kierująca biurem w szopie Schultza, gdzie był gońcem. Opuścił getto 18 stycznia 1943 roku dzięki elektrykowi, który wychodząc do pracy za murami, wziął go ze sobą jako rzekomego pomocnika. Prosto stamtąd chłopak udał się pod wskazany mu przez siostrę adres: na Wolską 107.

* * *

W lipcu 2013 roku Stanisław Drabich został oficjalnie zaliczony w poczet Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Warszawska ambasada Izraela wkrótce ma wręczyć jego rodzinie pamiątkowy medal i dyplom. Marian Rozenblum złożył w Yad Vashem relacje także o zasługach pozostałych swoich wybawców: małżeństwa z Pragi i Stanisława Kudelskiego, który tytuł Sprawiedliwego otrzymał na wniosek innych ocalonych już w 1986 roku. ?

Personalia „kuzynostwa z Pragi" nie zostały ujawnione na życzenie ich potomków.

Autor jest krytykiem literackim, varsavianistą i genealogiem

POLECAMY

KOMENTARZE