Publicystyka

Wolność żądna krwi

Artur Ilgner
materiały własne, Artur Barbarowski Artur Barbarowski
Są dwa podstawowe warunki, byśmy mieli gwarancję, że system demokratyczny działa sprawnie: należy strzec wolności jednostki i stabilności konstytucji ?– pisze publicysta.
Dla kogoś, kto się w niej rodzi, wydaje się czymś równie naturalnym jak powietrze, którym oddycha, dla zniewolonych jest marzeniem, dla tych, którzy ją wywalczyli, staje się świętością. Czym dla nas jest wolność?

Dzikie zwierzę

Na pozór prosta odpowiedź na to pytanie okazuje się równie meandryczna jak historia ludzkości. Greccy filozofowie, którzy ukształtowali nasz sposób myślenia, dawali różne definicje i wcale nie przeszkadzało im, że w trakcie rozmyślań nad wolnością i demokracją usługiwali im niewolnicy. Wolność jest równie trudna do opisania jak czas; niby wiemy, czym on jest, nie potrafimy go jednak zdefiniować. Znana odpowiedź św. Augustyna („Wiem, dopóki mnie o to nie pytają") znakomicie to ilustruje, a mnogość traktatów, opracowań (do których każdy może dotrzeć, rozchylając choćby gałęzie internetu) jedynie to potwierdza. Pominę zatem takie aspekty wolności, jak: wolna wola człowieka, powiązanie jej z atrybutami boskości, uwarunkowania intelektualne predestynujące – lub nie – do świadomego przeżywania własnego życia, czy też behawioralne – historyczne uwarunkowania kreujące naszą świadomość. Pominę arcyciekawe zagadnienie wpływu wolności jednostki na wolność innych.
Pozostanę przy wydestylowanym jej aspekcie: wolności obywateli tworzących państwo rozumiane najprościej: jako scalona przez historię zorganizowana wspólnota. Warto (choćby pod wpływem ostatnich wydarzeń na Ukrainie) rozważyć ten aspekt wolności i, pominąwszy wszystkie uczone rozprawy, tak „zwyczajnie" nad tym się zastanowić. Albowiem nasz układ ze światem tylko z pozoru wydaje się prosty. Gdy nie dzieją się rzeczy zatrważające (wojna, zagrożenie życia), redukujemy go najczęściej do spraw codziennych: dbałości o egzystencję, zaspokajania pragnień, potrzeb i ambicji. I mało kto myśli o tym, jak dalece nasze życie zależne jest od podstawowego uwarunkowania – wolności, definiowanej tutaj jako wolność wyboru życiowej drogi, wolność zgromadzeń, wyznania, przemieszczania się, realizowania celów społecznych  czy uczestnictwa w polityce państwa. Brak tych atrybutów we współczesnym świecie (w kręgu kultury europejskiej, do której w tych refleksjach się odwołuję) odczuwany jest powszechnie jako odebranie przynależnego nam prawa do wolności. Tak przynajmniej postrzegają to narody, które wolność i równouprawnienie obywateli wywalczyły. Bo wolność nie jest metafizycznym cukierkiem, który można ssać bez końca; wolność ma cechę dzikiego zwierzęcia i jest żądna krwi. Musi jej wiele wychłeptać, zanim stanie się podstawą sprawiedliwości społecznej – cokołem demokracji. Tak było, jest, najprawdopodobniej tak będzie. Historia naucza, że proces to skomplikowany, pod nieustanną groźbą wypaczenia. Wiele demokracji lokowało na szczytach władzy ludzi, którzy po jakimś czasie wprowadzali rządy autorytarne, co z kolei prowadziło do dewastacji systemu, za pomocą którego sięgnęli po władzę;  na powrót odbierano podstawowe prawa jednostce, zniewalając własny, a często też inne narody.

Kto będzie pieścił dziecię

Wszelkie ideologie, które nie szanowały wolności człowieka, ulegały wypaczeniu, generując zło. I znowu potrzebna jest krew (jak na Majdanie), by rozerwać zaciskające się jarzmo tyranii. Jakże zatem ważna jest wolność obywatela w państwie i co tak naprawdę to oznacza? Jest oczywiste, że wolność nie może być nieograniczona. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że skoro nie może kraść, gwałcić, mordować, bo to jest prawem zabronione, to jest zniewolony, że karą za czyny przestępcze odbiera mu się wolność i niezależność. Jednocześnie państwo nie może marginalizować lub ograniczać poczynań jednostek czy grup, które uważają, że jest źle rządzone, niesprawiedliwe, krzywdzące swoich obywateli. Z kolei obywatele nie mogą nadużywać prawa do wolności, wymuszać ustępstw, zachowywać się bezkarnie. Co w takim razie określa status wolności? Odpowiedzią jest konstytucja. Konsensus umowy społecznej w formie nadrzędnego prawa, na które większość obywateli (poprzez swoich reprezentantów) się zgodziła i które stanowi kodeks praw, obowiązków i przywilejów obywateli. To do konstytucji najczęściej odwołują się demokracje, choć sprytni politycy i nią potrafią manipulować. Należy zatem postawić pytanie: czy jest jakikolwiek sposób, by demokracja, która ma tendencję pożerania siebie od ogona, nie służyła utajnionym, często zbrodniczym, zamiarom zdegenerowanej władzy? Nie tylko dyktatorów, ale też skorumpowanych rządów i grona ich popleczników? By demokracja nie gwałciła wolności? Wydaje się, że są dwa podstawowe warunki, byśmy mieli gwarancję, że system demokratyczny działa sprawnie: należy strzec wolności jednostki i stabilności konstytucji. Każdy przejaw odstępstwa od tej zasady jest sygnałem, że zachodzą procesy, które mogą zachwiać podstawami demokratycznej państwowości. Chrońmy zatem dobro, jakim jest wolność. W świetle naszej, polskiej, historii – oseska. Bo kto, jak nie my, będzie pieścił to dziecię?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL