Plus Minus

Władca kibicowskich pięści

NEWSPIX
Zanim kibole Legii rzucili się na fanów Jagiellonii, atmosferę mocno podgrzał ?Wojciech Hadaj, spiker klubu ?z Łazienkowskiej. ?– Jestem normalnym facetem, który na hasło „Legia" ?zaczyna reagować trochę inaczej – tłumaczy się dziś.
Stadionowy spiker ma jasno określone zadanie. To przedstawiciel klubu, który powinien uważać na to, co mówi. Podaje skład, zachęca do dopingu, intonuje podziękowania po zdobytej bramce, wyczytuje komunikaty. Ale niektórzy z owych spikerów – nazywanych czasem zapiewajłami – lubią odgrywać większą rolę, być wodzirejami kibiców, władcami ich serc, a czasem i pięści. Potrafią rozgrzewać emocje lub je schładzać, w zależności od potrzeb lub swojego własnego nastroju. Chcą łączyć niebo z ziemią, trybuny z boiskiem, ogień z wodą, grać razem z zawodnikami i szaleć razem z publicznością. Czasem posuwają się za daleko –  drażniąc kibiców gości lub podjudzając przeciw nim fanów własnej drużyny.

Nie ma jednej ogólnoświatowej recepty na to, jak być dobrym spikerem stadionowym. W Anglii króluje powściągliwość, Włosi lubią więcej emocji. Pomiędzy tymi dwoma biegunami jest cały wachlarz stylów, którymi można się posługiwać. Ale Wojciech Hadaj, spiker stadionowy Legii Warszawa, nie uznaje półśrodków, chce żyć meczem. Trybuny mają płonąć, a on będzie je rozpalał. Czasem niestety dosłownie.

Nie będziecie mistrzem...

Najbardziej fanatyczni kibice Legii będą mówili, że to Hadaj tworzy niesamowitą atmosferę na Łazienkowskiej, reżyseruje spektakl, którego nigdzie indziej w Polsce nie da się zobaczyć. Ale ci, którzy potrafią chłodnym okiem spojrzeć na spikera warszawskiego klubu, zarzucają mu nie tylko niepotrzebne podgrzewanie atmosfery, ale też styl wiejsko-weselny, dyskotekowość, która nie przystoi klubowi zmierzającemu do Europy. Nie przystoi zwłaszcza, od kiedy jest bardzo nowoczesny stadion z lożami VIP, a kiełbaski z grilla zostały zastąpione bufetami z prawdziwego zdarzenia. Spiker Legii nie umie się do nowych czasów dostosować. Mówi, że nie chce zapowiadać na stadionie pociągów, ale grać razem z drużyną. Jeśli oni mogą na boisku, a kibice na trybunach, to on może z mikrofonem. Wszystko, żeby tylko jego ukochana Legia wygrała. Za wszelką cenę.
Uważa, że nie musi być obiektywny, nie musi ukrywać emocji. Kiedy przyjeżdża zapiekły wróg Legii, to nie ma przebacz. Wy nam tak, to ja wam jeszcze mocniej, a że mam mikrofon, to zawsze krzyknę głośniej i przyłożę mocniej. Potem echo rozejdzie się po mediach, zwłaszcza jeśli na stadionie wybuchnie bijatyka. Tak było niedawno podczas meczu z Jagiellonią. Hadaj podgrzewał atmosferę, wrzasnął do gości: „Nigdy nie będziecie mistrzem!". Tamci zareagowali agresywnymi okrzykami, a wtedy kibice Legii wyłamali metalowe bramki i rzucili się na kibiców Jagiellonii. – Gdybym się ugryzł w język, tobym nie był sobą. Oni obrażali Legię, a ja ich prosiłem więcej razy niż zazwyczaj, bo takie sytuacje zdarzają się praktycznie na każdym meczu. Zazwyczaj po pewnym czasie milkną. A tutaj było szczególne pasmo wulgaryzmów, których nie dało się ugasić, więc pomyślałem, że trzeba im jakoś szczególnie dać do zrozumienia, że niepotrzebnie się napinają. Po co się napinacie? Nigdy nie będziecie mistrzem – tłumaczy się Hadaj. Może gdyby nie wybuchła później na stadionie bijatyka, to nikt by dziś o tych słowach nie pamiętał. Rozróba jednak była i ktoś zwrócił uwagę, że to spiker podgrzał i tak już gorącą atmosferę. To nie był pierwszy wybryk klubowego „zapiewajły" i nawet prezes Bogusław Leśnodorski, który sam od lat należy do najwierniejszych kibiców Legii, tym razem musiał zareagować. – Kwestia spikera zostanie w najbliższym czasie rozwiązana – zapowiedział. Mirosław Żukowski, szef działu sportowego „Rzeczpospolitej", uważa, że Legia, zatrudniając Hadaja, naraża się na to, że co jakiś czas z powodu jego działalności będzie miała kłopoty. – To człowiek, który jest skrajnie nieobiektywny, balansuje na krawędzi, a często granicę przekracza. Jego stosunek do piłkarzy i kibiców drużyn przyjezdnych jest karygodny – twierdzi. Rozmowa spikera z prezesem podobno nie należała do łatwych i przyjemnych, ale Hadaj i tak nazywa Leśnodorskiego najlepszym prezesem w ostatnich latach. – Niepotrzebnie to zdanie powiedziałem, po prostu niepotrzebnie. Chciałem kibicom Jagiellonii dopiec i pokazać, że są śmieszni. Dzisiaj bym tego nie powiedział. Zdarzają się sytuacje, że coś chlapnę. Mnie to potem uwiera, ale słowo rzucone nie wraca. Następnym razem, jeśli będę spikerem, to będę bardziej ważył słowa. Nie chcę sprawiać problemów klubowi i dawać nieprzychylnym dziennikarzom pożywki. Nie jestem kretynem, tylko normalnym facetem, który na hasło „Legia" zaczyna trochę inaczej reagować – opowiada.

Byłem wyszczekany

Rzeczywiście, często reaguje „trochę inaczej". Zdanie wykrzyczane przez Hadaja w stronę kibiców Jagiellonii nie należy bowiem do najbardziej niegrzecznych, jakie wyszły z jego ust. Dwie kolejki wcześniej spiker obraził kierownika drużyny Korony Kielce Łukasza Tomczyka. Najpierw Korona dostała na rozgrzewkę niedopompowane piłki, a potem na część boiska zajmowaną przez truchtających gości wbiegły cheerleaderki Legii i goście zaprotestowali. Ich pretensji wysłuchał Hadaj, a rozmowę zakończył kombinacją słów „k...a" oraz czasownika zaczynającego się na „sp...", którym odsyłał gościa daleko od stadionu Legii. Czy to koniec Hadaja w Legii? Jego zwolennicy są przekonani, że nawet jeśli odejdzie, to kiedyś znowu wróci, bo przecież już kilka razy był usuwany z Łazienkowskiej, a potem powracał. Hadaj to już cała epoka, ponad 18 lat z niewielkimi przerwami. W tym czasie były i mistrzostwa Polski, i niszczona przez kibiców Starówka, i gra w Lidze Mistrzów, potem w Lidze Europejskiej, i różni właściciele, i Daewoo, i Pol-Mot, i ITI. Był stary i nowy stadion. Były rozróby w Wilnie, Wiedniu czy Utrechcie. Był konflikt kierownictwa klubu z kibicami, potem rozejmy, wreszcie pokój. Praktycznie wszystko, co ważnego spotkało Legię w XXI wieku, działo się z Wojciechem Hadajem w tle. Dorosło już całe pokolenie kibiców, którzy nie pamiętają Legii bez tego spikera. Dla wielu jest głosem klubu. Dawno, dawno temu Legia podobno też istniała, zanim pojawił się na Łazienkowskiej. Podobno odnosiła nawet sukcesy. Podobno są na to dowody, jakieś zdjęcia, puchary, żyjący świadkowie. Dla młodych kibiców to już może być prehistoria, ważne jest to, co dzisiaj, co pamiętają z telewizji, co słyszą od swojego „zapiewajły" na stadionie. Wojciech Hadaj pojawił się na Łazienkowskiej jesienią 1995 roku. To data bardzo ważna, bo Legia właśnie przygotowywała się do pierwszego w historii meczu w Lidze Mistrzów z Rosenborgiem Trondheim. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale poprzedni spiker stracił pracę, bo był podobno... zbyt ekspresyjny. Trzeba było szybko znaleźć następcę, a profesjonalnie nikt się tym nie zajmował, więc najlepiej było sięgnąć po kogoś, kto pracuje z mikrofonem, zajmuje się piłką nożną, a przede wszystkim jest zagorzałym kibicem Legii. To były inne czasy, inna epoka. Na Legii, specjalnie na Ligę Mistrzów, montowano mocniejsze jupitery, co grubsze zacieki zamalowywano, a przed ćwierćfinałem z Panathinaikosem Ateny boisko trzeba było posypywać solą, żeby wyciągnąć wilgoć i żeby dało się w ogóle grać w piłkę.  W takich okolicznościach na Łazienkowską przyszedł Wojciech Hadaj. – Dostałem propozycję, bo wcześniej dałem się poznać jako dziennikarz sportowy, który jest bardzo ostry i bezkompromisowy. Byłem wygadany, wyszczekany, zaczepny i jeden z szefów tamtej Legii, pan Andrzej Szymański, powiedział: „Musimy zwolnić spikera, który nam sprawia kłopoty, i może pan by się tym zajął" – wspomina. Wcześniej pracował w „Sztandarze Młodych", w „Piłce Nożnej", w telewizji NTW. Razem z Grzegorzem Kalinowskim (dzisiaj w nc+) robił sportowe talk-show, ale sam nazywa te programy śmiesznymi i niezbyt profesjonalnymi. Spikerka na Łazienkowskiej była początkowo zajęciem dorywczym, z którego nie sposób było się utrzymać, ale dla Wojciecha Hadaja to było i tak jak prezent od losu.

Obrażony konferansjer

Był kibicem Legii od zawsze, wymarzył sobie wielką karierę. Miał być najpierw gwiazdą na Łazienkowskiej, później w reprezentacji Polski, a wreszcie wielkim trenerem, takim polskim Jose Mourinho, zanim Portugalczyk pojawił się w świecie futbolu. Nie udało się zostać piłkarzem, nie dostał się do drużyn młodzieżowych Legii, odpadł w trakcie naboru. Twierdzi, mrugając przy tym okiem, że się na nim nie poznano, bo talent miał wielki, tylko głęboko ukryty. Może tak, może nie? Każdy sam niech oceni, czy dobrze się stało, ale sam Hadaj chyba nie może na los narzekać. Ma to, co zawsze go najbardziej interesowało: jest w centrum uwagi, pracuje w klubie, który kocha, i jeszcze mu za to płacą. Dziś to on wyznacza standardy stadionowej spikerki w Polsce i jest dla innych punktem odniesienia. Podobno, gdy zatrudniano nowego konferansjera w Lechii Gdańsk, człowiek ten otrzymał zadanie, żeby był jak Hadaj. Sam zainteresowany utrzymuje, że ilekroć ma kłopoty, otrzymuje wyrazy wsparcia od kolegów po fachu, i to – jak przekonuje – niekoniecznie z klubów zaprzyjaźnionych z Legią. Jeśli ktoś kojarzy jakiegokolwiek spikera w Polsce, to tego z Legii, z charakterystycznym, nienaturalnie wysokim głosem i okrzykami: „Kto dziś wygra?", „Ile goli ma Legia?". Fanatyczni kibice wiedzą, co odpowiadać. Łatwo na początku nie było, bo do tak ekspresyjnych spikerów nikt nie był przyzwyczajony, a fani Legii są skłonni do szyderstwa i nieufni wobec kibicowskich nowinek. – Po dwóch, trzech meczach miałem ochotę zrezygnować. Publiczność mnie nie znała i kiedy próbowałem powiedzieć coś innego, zmienić konwencję, to od razu nadziewałem się na szyderę, trochę śmiechu – wspomina Hadaj. Przełom nastąpił podobno w trakcie meczu z Panathinaikosem. Wiosną Legia odpadła z tą drużyną w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, a w następnym sezonie spotkała się w Pucharze UEFA. W Atenach polska drużyna przegrała 2:4 i to był niezły wynik, bo Panathinaikos był wtedy jedną z najsilniejszych drużyn w Europie, a Legia wpadła w kłopoty finansowe i straciła wielu czołowych zawodników. Uważa, że nie musi być obiektywny, nie musi ukrywać emocji. Kiedy przyjeżdża zapiekły wróg Legii, to nie ma przebacz. Wy nam tak, to ja wam jeszcze mocniej, a że mam mikrofon, to zawsze krzyknę głośniej i przyłożę mocniej Od początku spotkania trwała pogoń za uciekającym awansem, ale piłka nie chciała wpaść do siatki greckiego zespołu. Wreszcie, w 53. minucie, bramkę udało się strzelić i na trybunach zapanowała euforia. Do awansu brakowało jeszcze jednego gola, a do końca meczu zostało dużo czasu. Piłkarze atakowali, kibice dopingowali, spiker zagrzewał. Nadeszła 90. minuta spotkania, gospodarze mieli rzut rożny. Hadaj krzyknął: „Kto dziś wygra?". Kibice odpowiedzieli: „Legia!", i za chwilę padła bramka. – Wtedy zostałem zaakceptowany. Ja intonowałem, kibice odpowiadali – twierdzi spiker. Ale nie jest tak, że później było już tylko różowo. Niektórzy prezesi klubu nie akceptowali stylu Hadaja, nie zgadzali się na krytykowanie własnej drużyny, ale też na prowokowanie i obrażanie kibiców gości. Na przykład Leszek Miklas. A Marek Jóźwiak, piłkarska legenda klubu z Łazienkowskiej, będąc już skautem Legii, wręcz rzucił się na Hadaja z pięściami. Poszło podobno o – mówiąc oględnie – niezbyt grzeczną reakcję spikera na słabą grę Legii ze Stalą Sanok w Pucharze Polski. Konferansjer zażądał ukarania Jóźwiaka, władze klubu zlekceważyły to żądanie i obrażony Hadaj zrezygnował z funkcji.

Kaski i kamienie

Wrócił na nowy stadion Legii. Ale – wbrew oczekiwaniom najbardziej fanatycznych kibiców Legii – nie ma prawa do prowadzenia wszystkich meczów. Na przykład nie jest dopuszczany do konferansjerki podczas meczów Ligi Europejskiej, bo także UEFA zauważyła (i przesłała w tej sprawie oficjalne pismo na Łazienkowską), że Wojciech Hadaj jest osobą nieodpowiednią do prowadzenia dopingu, gdyż nie zachowuje się obiektywnie. Przez dziennikarzy sportowych był nazywany weselnym didżejem, dlatego, że ma zwyczaj intonowaniaprzyśpiewek w stylu „a teraz klaszczemy wszyscy razem". Mirosław Żukowski określił go kiedyś jako „kogucika z mikrofonem". – Napisałem tak, bo pan Hadaj nie ma odpowiednich narzędzi, by być spikerem stadionowym. Jeśli muzyk chce występować, to musi umieć grać. Jeśli malarz chce mieć wystawy, to musi umieć malować. Spiker powinien mieć odpowiedni głos. Pan Hadaj tego nie ma, krzyczy falsetem – mówi Żukowski. Zwracano uwagę, że mylą mu się role, staje się kibolem i niepotrzebnie podgrzewa atmosferę, która na trybunach końca lat 90. i tak była gorąca. – Krytykowali mnie szczególnie dziennikarskie mądrale, których nigdy nie brakuje i które wiedzą wszystko najlepiej. Z niektórymi dziennikarzami mam od początku pod górkę. Są też tacy, którzy prywatnie mnie popierają, ale nie mogą tego oficjalnie powiedzieć, bo linia pisma im na to nie pozwala – twierdzi Hadaj, ale nazwisk swoich zwolenników, rzecz jasna, nie wymienia. Dariusz Wołowski w „Gazecie Wyborczej" oskarżył spikera Legii, iż zachęcał on kibiców do wzięcia kamieni na mecz z Widzewem Łódź. Hadaj oczywiście zaprzecza tym oskarżeniom, twierdzi, że było odwrotnie, że przestrzegał fanów z Warszawy przed łodzianami, którzy zazwyczaj obrzucali sektor gości kamieniami podczas meczów z Legią. Twierdzi, że wołał: „Weźcie kaski". Wołowski jednak słyszał wyraźnie okrzyk „Weźcie kamienie". „Wyborcza" zresztą najczęściej zwracała uwagę na wybryki Hadaja. On sam czuje się zaszczuty – tym razem bez oporów wymienia z nazwiska kolejnych dziennikarzy „GW", którzy pisali o nim krytycznie. Broni się, że nie może być obiektywny w czasie meczów, bo dziennikarze też nie są, każdy wspiera drużynę ze swojego miasta i tylko udaje obiektywizm, więc dlaczego on ma być zimny i bezstronny, skoro jest spikerem Legii, a nie innego klubu w Polsce. Jego idolem jest spiker Napoli Daniele „Decibel" Bellini, chyba najbardziej znany w tym fachu w Europie, który podobno krzyczy jeszcze głośniej od Hadaja. Nie wiadomo, czy wszyscy w Neapolu kochają Belliniego, ale wiadomo, że nie wszyscy w Warszawie kochają Hadaja. Choć trudno w to uwierzyć, ma swoich przeciwników nawet wśród najzagorzalszych fanów Legii. Drogi kibiców i spikera zaczęły się rozchodzić w trakcie konfliktu na linii ITI – kibice. Kibice twierdzą, że wtedy spiker – mający wcześniej dobry kontakt z ich środowiskiem – z przyczyn koniunkturalnych i finansowych poparł koncern. Hadaj miał wtedy się odciąć od fanatycznej części trybun i prowadził konferansjerkę w stylu meczów „aktorzy kontra dziennikarze". A gdy doszło do ugody kibiców z klubem, zmienił postawę o 180 stopni i znów nieudolnie próbował nakręcać trybuny, bardziej nawet niż „gniazdowy" (prowadzący doping na trybunach przedstawiciel kibiców) na „żylecie"  (czyli w sektorze, gdzie zasiadają najwierniejsi kibice Legii). Te oskarżenia Wojciecha Hadaja spowodowały, że miał – jak przekonywał w rozmowie z serwisem weszlo.com – „przez moment kiepski humor". I dziś wspomina, że go to „mocno zabolało". – O kibicach naszego klubu zawsze miałem jak najlepsze zdanie. Zawsze stałem po ich stronie, choć może niektórzy z nich myśleli, że jest inaczej. Zawsze ich broniłem i rozumiałem, nawet jak komuś się wyrwało kilka przekleństw na trybunach. Przecież to nie teatr ani kościół, więc sól i pieprz muszą być w czasie dopingu - tłumaczy Hadaj. Na Stefanie Szczepłku, dziennikarzu sportowym „Rzeczpospolitej" od lat z sympatią śledzącym losy Legii, tłumaczenia spikera klubu nie robią jednak wrażenia. Szczepłek karierę konferansjera z Łazienkowskiej podsumowuje krótko: – Wojciech Hadaj to   jest szkodnik i takich ludzi trzeba tępić. Więcej na ten temat nie będę mówić.
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL