Wygrać z Kartą nauczyciela

aktualizacja: 10.01.2014, 23:00

Gminy coraz sprawniej omijają kosztowne przywileje pedagogów. Okazuje się, że może być nie tylko taniej, ale też lepiej.

REDAKCJA POLECA
19.07.2016
Nauczyciele przedszkolni: ustawodawca nie określił pensum, zrobią to radni
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne
– Z Kartą nauczyciela mieliśmy dwa problemy. Pierwszy, najbardziej oczywisty, to koszty, jakie generowały jej przepisy, mocno bijące w nasz budżet – opowiada wójt jednej z gmin. Ale od razu zwraca uwagę na drugi problem natury społecznej. – W gminie mam 25-proc. bezrobocie. W sytuacji, gdy co czwarty mieszkaniec pozostaje bez pracy, nauczyciele obowiązki zawodowe kończyli o godzinie 13. Nie było to najlepiej odbierane – opowiada nasz rozmówca.

Połowa budżetu ?idzie na szkoły

Z podobnym problemem zmagają się setki polskich gmin. Dlaczego? Karta nauczyciela drobiazgowo reguluje system pracy pedagogów, nie pozostawiając gminom dużego marginesu na kreowanie własnej polityki oświatowej. Decyduje o tym, ile zajęć dydaktycznych tygodniowo ma wypracować nauczyciel w zależności od rodzaju placówki oświatowej, w której pracuje.
Pensum nauczycieli w podstawówce czy gimnazjum wynosi 18 godzin lekcyjnych, do tego kolejne dwie w tygodniu mają poświęcić na  pracę z uczniem, np. w ramach opieki świetlicowej. To oznacza, że dziennie w szkole nauczyciel musi spędzić zaledwie 4 godziny lekcyjne, czyli trzy zegarowe.
Gminy nie mają także wpływu na wysokość pensji wypłacanej pedagogom, bo o tym decyduje resort edukacji, określając poziom ich zasadniczego oraz średniego wynagrodzenia. Jeżeli pensje wypłacane przez samorząd nie osiągną poziomu średniego wynagrodzenia, nauczycielowi należy się dodatek uzupełniający, który ma zniwelować tę różnicę. To oznacza, że wysokość nauczycielskich pensji jest regulowana centralnie i nie ma na nią wpływu jakość pracy.
Oczywiście, jeżeli samorząd ma dużo pieniędzy i chce dodatkowo wynagrodzić pedagogów, może to zrobić.
Problem polega na tym, że gminy muszą wykładać ogromne środki z własnych budżetów, by utrzymać minimum wynikające z Karty. Według danych GUS w 2012 wydatki na oświatę osiągnęły pułap blisko 62 mld zł, z budżetu państwa na ten cel wyasygnowano ok. 41 mld zł. Kolejne 21 mld zł, a więc niemal jedna trzecia łącznych wydatków na oświatę, pochodziło z kas samorządów.
W niektórych gminach wydatki na edukację pochłaniają nawet połowę ich rocznych budżetów.

Modelowe rozwiązanie

Tak było np. w gminie Hanna na Lubelszczyźnie, której wójtem w 2006 r. została Grażyna Kowalik. Z przeprowadzonego przez nią wtedy audytu wynikało, że subwencja oświatowa pokrywa jedynie połowę gminnych wydatków na oświatę. Rok później Kowalik zabrała się do wprowadzania zmian.
– Miałam dwie możliwości. Zamknąć kilka małych szkół wiejskich i wszystkie dzieci skierować do jednej placówki albo uwolnić szkoły spod reżimu Karty i obniżyć koszty ich funkcjonowania – opowiada „Rz" Kowalik.
Aby to osiągnąć, przekazała szkoły w prywatne ręce. Placówki zachowały publiczny charakter (nauka w nich jest bezpłatna), ale prowadzące je stowarzyszenia czy fundacje nie miały obowiązku zatrudniać nauczycieli na podstawie Karty. Dzięki temu mogły zaoferować warunki pracy nieprzekraczające możliwości finansowych gminy (bo ta nadal pokrywa koszty funkcjonowania szkoły).
Reforma w Hannie zakończyła się we wrześniu ubiegłego roku, kiedy wszystkie znajdujące się na tym terenie szkoły trafiły w ręce stowarzyszeń. Poczynione przez Kowalik zmiany nie tylko pozwoliły, dzięki oszczędnościom, utrzymać dawną sieć szkół, ale pomogły też podnieść jakość edukacji.
Poszerzyła się oferta zajęć pozalekcyjnych, pojawiły się nowe pomoce dydaktyczne i wyposażenie. Wyniki sprawdzianu szóstoklasistów w gminie Hanna zdecydowanie przekraczają wojewódzkie średnie.
Co więcej, przy szkołach powstały  punkty przedszkolne, które są darmowe. Dzięki temu 85 proc. dzieci w wieku 3–5 lat z tej wiejskiej gminy jest objętych edukacją przedszkolną. To o wiele wyższy odsetek niż w wielu polskich miastach. Samorząd stać także na dofinansowywanie szkolnych obiadów.
Reformę Kowalik natychmiast skrytykował Związek Nauczycielstwa Polskiego. Twierdził, że wprowadzone tam zmiany są niezgodne z konstytucją, która gwarantuje równy dostęp do szkół publicznych. Zdaniem Związku szkoły prowadzone przez stowarzyszenie takimi placówkami nie są.
W sukurs Hannie przyszło Ministerstwo Edukacji, które w swojej interpretacji prawnej stwierdza, że przekazane szkoły nadal są ogólnodostępnymi, bezpłatnymi dla ucznia placówkami. MEN zaznaczyło także, że prawo nie zabrania gminom przekazywania w ręce stowarzyszeń wszystkich działających szkół, pod warunkiem że liczba uczniów w żadnej z placówek nie przekracza 70.
– Uważam, że to, co zrobiła gmina Hanna, to modelowe rozwiązanie, dzięki któremu nie tylko udało się zachować szkolną sieć, ale także na jej bazie rozwinąć opiekę przedszkolną. Będę wspierać takie rozwiązania – deklaruje w rozmowie z „Rz" minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska.

Przedszkolny cud ?w Murowanej Goślinie

Teresa Dutkiewicz, która kieruje biurem ds. oświaty w Murowanej Goślinie (wielkopolskie), nie ukrywa satysfakcji z opieki przedszkolnej, jaką oferuje gmina. Liczba miejsc w przedszkolach odpowiada liczbie zameldowanych tam dzieci. I jest tak, chociaż gmina należy do tych samorządów, których dochody określa się jako niskie.
– Mamy w przedszkolach ponad 80 proc. dzieci w wieku 3–5 lat, choć musieliśmy znaleźć miejsca w „zerówkach" dla prawie całego rocznika sześciolatków, bo rodzice nie zdecydowali się ich posłać do szkół – opowiada Dutkiewicz. Średnia dla Polski w tej grupie wiekowej to niespełna 70 proc.
W latach 2009–2012 liczba trzylatków objętych edukacją przedszkolną w tej gminie wzrosła z 37 do 71 proc., średnia dla Polski (według GUS) w 2012 r. wynosiła dla tej grupy wiekowej 52 proc.
Murowana Goślina także postanowiła wyjść z reżimu Karty nauczyciela i przekazywała kolejne przedszkola w ręce stowarzyszeń i fundacji. Gdy zaczynała reformę, do przedszkoli uczęszczało ok. 30 proc. dzieci. Dziś jest tam pięć takich placówek publicznych, cztery niepubliczne oraz jeden punkt przedszkolny. Koszty opieki są o 30 proc. niższe niż średnia dla miast poniżej 20 tys. mieszkańców.
Będę wspierała działania gmin – mówi minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska
Swoją reformą gmina zasłużyła na wyróżnienie w konkursie Samorządowy Lider Zarządzania.
Ten sam laur w innej edycji konkursu trafił w ręce wójta Sępólna Krajeńskiego (kujawsko-pomorskie). Ta gmina postanowiła w niekonwencjonalny sposób rozwiązać problem nauczycielskich dodatków uzupełniających, czyli opisanej wyżej różnicy pomiędzy osiągniętymi przez nich dochodami a średnią pensją wynikającą z wytycznych MEN.
Władze Sępólna stwierdziły, że nie będą wypłacać pedagogom pieniędzy tylko dlatego, że zmusza je do tego ustawa. ?Zaproponowały im  prowadzenie dodatkowych zajęć lekcyjnych, za które nauczyciele otrzymują dodatkowe wynagrodzenie.  Dzięki temu ich płace osiągają średnie, a gmina nie musi wypłacać dodatku uzupełniającego. Oszczędza na tym ok.  300 tys. zł rocznie.
Przede wszystkim wygrywają jednak uczniowie. Każdego roku w Sępólnie około setki nauczycieli prowadzi ponad 5 tys. godzin zajęć dodatkowych. Szkoły pracują w weekendy, przerwy świąteczne, ferie czy wakacje.

Co z tą jakością

Szkoły w prywatne ręce już od 2003 r. przekazuje Jarocin, który wcześnie zareagował na zagrożenia związane z rosnącymi kosztami edukacji. Na to nakładały się problemy np. z brakiem sal gimnastycznych oraz niskimi wskaźnikami dotyczącymi opieki przedszkolnej. W miejskich przedszkolach było 34 proc. dzieci w wieku od trzech do pięciu lat, a w wiejskich 25 proc. W gminnej kasie brakowało pieniędzy, by ten stan rzeczy zmienić.
Przekształcenia szkół, których władze nie chciały likwidować, trwały kilka lat przy dużym oporze społecznym, ale już po dwóch latach w budżecie pojawiły się wolne środki, które miasto mogło zainwestować w oświatę. Do 2012 r. wybudowano tam  sześć nowych sal gimnastycznych, wszystkie dzieciaki mają darmowe lekcje pływania i dostęp do  mobilnych pracowni komputerowych. Do przedszkoli uczęszcza 84 proc. dzieci w wieku od trzech do pięciu lat.
Związek Nauczycielstwa Polskiego, broniąc Karty, jak mantrę powtarza, że ta ustawa gwarantująca bezpieczeństwo pracy nauczycieli decyduje o jakości edukacji. Przykłady wielu gmin, które zdecydowały się ominąć jej przepisy, pokazują, że jeszcze lepszą oświatę da się zbudować bez Karty.

POLECAMY

KOMENTARZE