Kubki smakowe jako ideologiczna wyrocznia

aktualizacja: 03.01.2014, 18:57
Szymon Hołownia
Szymon Hołownia
Foto: Fotorzepa, Maciej Kaczanowski Maciej Kaczanowski

W poprzednim „Plusie-Minusie" Dominik Zdort u progu karnawału (czyli „mięsopustu") potępił „lewackie wegetarianizmy i weganizmy" oraz zalecił miłość do tradycyjnej (i prawicowej) golonki, flaków, kiszeczek, ozorów oraz innych pozostałości martwych zwierząt, którymi lubi się zajadać.

Ja nie lubię. Nie lubię też tego tekstu Dominika. I bardzo chciałbym wyjaśnić Dominikowi (którego bardzo lubię), dlaczego. Po pierwsze więc, nie po drodze mi z sugestią, że dziś należy jeść mięso, bo ludzie kiedyś jedli mięso. Taki dogmatyczny tradycjonalizm bywa formą reakcji na zidiocenie tych, co utożsamiają postęp z rozwojem (postąpienie o krok, gdy się stoi nad przepaścią, z rozwojem nie ma przecież nic wspólnego). Mędrzec nie będzie jednak przecież budował swoich postaw na prostym odreagowaniu.
Lepiej posłuchać rady Pisma: mieć w swoim skarbcu zarówno rzeczy stare, jak i nowe. Dziś wiemy już, że znacznej części z nas do życia wystarczą rośliny (wbrew temu, co głosi branża mięsna i jej eksperci). Zadawanie stworzeniu śmierci tylko dla przyjemności smakowania uważam więc za dewiację i nie chcę w nią popadać. Nie pytam ?o prawa zwierząt, ale o moje obowiązki. Nie zadawać cierpienia stworzeniu, jeśli mój żywotny interes tego nie wymaga. A tu gdzie żyję, w czasach, w których żyję ?– zwykle nie wymaga. To proste.
Taka postawa stałej (i trudnej) rezygnacji z tego, co niekonieczne, wydaje mi się bardziej „postna" niż duchowy efekt jojo: przez sześć dni kąpać się w woni wędzonki, by w piątek mocniej cierpieć, jej sobie odmawiając. Post nie jest po to, bym wyostrzył sobie smak, ale żebym odzyskał wolność i mógł zaspokajać głód u innych. Jeśli moje udręki na piątkowej parówkowej pustyni nie czynią świata lepszym, to psu na budę cały taki post.
I na moment wróćmy jeszcze do tradycji. Moje unikanie mięsa nie jest „lewackie". Autorytetem dla mnie nie jest Peter Singer, są nim natomiast Ojcowie Pustyni. Oni mięsa nie jedli w ogóle. Ich spadkobiercy (mnisi kartuscy, mnisi prawosławni) też go nie jedzą.
Dla moich prapradziadków „mięsopust" był rzadką okazją do pożywienia się rarytasem oraz spożycia świątecznych zapasów (bo nie było lodówek). Mięso w obsesyjnych ilościach pojawiło się na naszych stołach dopiero z nadejściem patologii, jaką jest chów przemysłowy. To ona doprowadziła do wykreowania nieistniejących potrzeb, „przebiałkowania" ludności i – co powinno ukłuć serce tradycjonalisty – odcięcia nas od kulinarnych zwyczajów naszych przodków.
Dla nich nie schabowy był podstawą diety, oni wyczarowywali cuda z ziemniaków, kapusty, fasoli, ziół. Muzą felietonu Dominika jest jego wysoce mięsożerna (a więc prawicowa) koleżanka. Czy pozwoli, bym zaprosił kiedyś ową damę na wegetariański obiad nie po to, by zbrukać jej katolicyzm albo prawicowość, ale by wykazać, że oba nie mają związku z mięsożernością? Nie jestem wege-misjonarzem, odczepię się od każdego, kto mi powie: „a ja chcę jeść mięso, bo lubię i basta". Nie chciałbym jednak, by ktoś taki zbyt łatwo odczucia swoich kubków smakowych podnosił do rangi dogmatu.
Autor jest twórcą portalu stacja7.pl
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE