Modne ciuchy na cudzy rachunek

aktualizacja: 08.12.2013, 12:00

Przybywa osób, które kupują ubrania tylko po to, by raz lub dwa się w nich pokazać i zwrócić do sklepu.

Celebryci korzystają z wypożyczalni, często za darmo – a czasem nawet płacą im za to, żeby pokazali się w ciuchu tego, a nie innego projektanta. Zwykli śmiertelnicy „wypożyczają" modne ubrania w sklepach. Jednym ani drugim nie przeszkadza, że noszą ubrania z metkami.
Showman Kuba Wojewódzki miesiąc temu został oblany jakimś płynem na warszawskiej Pradze, gdy zmierzał na poranny program. Dopiero po kilku godzinach powiadomił o napaści policję, a ubrania do badań oddał po kilku dniach. Przy swetrze była metka. – To z wypożyczalni – powiedział zdziwionym policjantom.
– Wypożyczanie ubrań przez gwiazdy nie jest niczym dziwnym. To powszechne zjawisko, od lat znane na świecie i w Polsce – tłumaczy znana stylistka Joanna Horodyńska. Dodaje, że znane osoby chcą się pokazać na „ściance", czyli w tym miejscu na każdej imprezie, w którym pokazane są logo sponsorów. Po co to robią? To najprostszy sposób lansowania się. Wiadomo, że takie zdjęcia bardzo szybko trafią do popularnych serwisów plotkarskich, a rozentuzjazmowane internautki będą komentować, co gwiazdy na sobie miały.
– Poza tym polskie gwiazdy oszczędzają na ubraniach, ich szafy są raczej puste niż pełne, więc korzystają z wypożyczalni – wyjaśnia Horodyńska.
Gdzie celebryci mogą dostać ubranie za darmo? – Najczęściej w show roomach, ale też w sklepach, od projektantów czy przedstawicieli firm handlowych. Część z nich nawet płaci gwiazdom za pokazanie się w danej rzeczy, bo jest to transakcja wiązana. Firma wykłada pieniądze za zabranie na „ściankę" jej rzeczy, bo w zamian ma reklamę  – wyjaśnia Horodyńska.
Kupują drogie spodnie, bluzki, koszule, marynarki. Zestawy w sam raz na imprezy
Stylistka zastrzega, że nie wszystkie gwiazdy korzystają z wypożyczalni ubrań. Jej zdaniem jeśli ktoś chce być oryginalny i podkreślić ubraniem swój charakter, to nie będzie korzystał z wypożyczonych ubrań, lecz kupował wyszukane przez siebie lub stylistę.
Ale nie tylko celebryci  wypożyczają sobie ciuchy. Robią tak też zwykli ludzie. Po prostu kupują ubrania, by zwrócić je po jednorazowym, maksymalnie dwukrotnym użyciu.
40-letnia Małgorzata była na pogrzebie ojca kolegi w nowej markowej marynarce. Podczas uroczystości na cmentarzu zza kołnierza wysunęła jej się metka. Ktoś ze znajomych zwrócił jej uwagę.
– To nowa marynarka. Kupiłam ją tylko na tę okazję. Po pogrzebie od razu zwracam – tłumaczyła się znajomym.
Agata jest tzw. opiekunem klienta w sklepie jednej ze znanych sieci w centrum Warszawy.
– Dopóki nie zaczęłam pracy w sklepie, nie wiedziałam, że „wypożyczanie" ubrań to nagminne zjawisko. Czasem słyszałam, że ktoś zwrócił jakiś ciuch, bo w domu przestał mu się podobać, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że można coś kupić w piątek, iść na imprezę w sobotę, a w poniedziałek oddać to sklepu – mówi.
Z jej obserwacji wynika, że jest spora grupa klientów, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, którzy tak robią.
– Po paru miesiącach pracy zaczynam już ich poznawać. To wciąż te same osoby. Kupują drogie spodnie, bluzki, koszule i marynarki. Zestawy w sam raz na imprezy – mówi Agata.
Opowiada, że wśród klientek jest kobieta w średnim wieku, która zawsze kupuje jednorazowo ubrania za kilka tysięcy złotych. Potem je wszystkie, co do jednego, zwraca. – Dziewczyny mówią, że to stylistka, która pracuje w telewizji przy jakimś serialu i ubiera aktorów. Po większości zwróconych ubrań widać, że były noszone – twierdzi Agata.
Zdradza, że kierownictwo sklepu każe pracownikom przymykać na to oko. Nie chce bowiem stracić klientów. Trudno przecież założyć, że któraś klientka nie zechce jednak zostawić w swojej szafie ubrania na dłużej.
Jest też bardziej prozaiczna przyczyna – wiele sprzedawczyń jest premiowanych za obroty w danym dniu czy na zmianie. Zwroty nie mają wpływu na zarobki.
Agata mówi, że nie znosi poniedziałkowych zmian. Dlaczego? – Brzydzę się dotykać te ubrania i kiedy tylko mogę, biegam myć ręce. Od kiedy pracuję w sklepie, jeszcze nie zdarzyło mi się założyć jakiegoś nowego ciucha bez prania.
Wspomina, że kiedyś jej koleżanka nagle zachorowała na świerzb i wszyscy się zastanawiali, co było tego przyczyną.
Jak same sieci podchodzą do tego zjawiska? – Wszystkie należące do nas marki, m.in. Zara, akceptują wymianę lub zwrot  towaru w ciągu 30 dni od daty sprzedaży, o ile nie noszą jakichkolwiek śladów użytkowania – napisała nam firma Inditex. Podkreśliła, że to jest jedyne kryterium, które muszą spełniać produkty zwracane do sklepu. Firma nie chciała zdradzić skali zwrotów.
Hanna Wilgała z firmy LPP, do której należą m.in. marki Reserved, House, Mohito i Cropp, przyznaje, że zwroty zdarzają się często, można oddać wszystko poza bielizną. –  Klienci kupują towar bez mierzenia lub na prezent i to powoduje dużą liczbę zwrotów – tłumaczy.
Przyznaje, że najwięcej zwrotów jest w poniedziałki, w dużych miastach. – Sieć nie przyjmie rzeczy bez metek lub też takiej, po której widać, że była używana – zaznacza Wilgała.
Zjawisko kupowania, noszenia i zwrotu ciuchów znane jest od lat, ale ostatnio przybiera na sile. Naukowcy nadali mu nawet nazwę wardrobing od angielskiego słowa wardrobe oznaczającego garderobę.
Z badań przeprowadzonych na zlecenie brytyjskiego serwisu VoucherCodes.co.uk wynika, że jedna na sześć kobiet przyznaje się, iż zdarza jej się zwracać zakupione wcześniej ubrania, a co dziesiąta zdradza, że zwracanie ubrań to nawyk, wręcz element zakupów.
Co najczęściej klientki oddają z powrotem do sklepów? Ubrania okazyjne kupowane na ślub czy rozmowę o pracę. Oddawane są też rzeczy drogie. Niemal co szósta badana stwierdziła, że kupuje ubrania bez zastanowienia, bo wie, że może je zwrócić.
Zdaniem Anny Kędzierskiej, psychologa i trenerki umiejętności psychospołecznych, wardrobing to zachowanie w stylu „zjeść ciastko i mieć ciastko". – Zdradza niedojrzałość emocjonalną. W pewnym sensie stawia też pod znakiem zapytania moralność osoby, która kupuje z zamiarem jednokrotnego użycia ubrania i oddania go do sklepu – przekonuje psycholog. – To tak jakby kazać się obwieźć taksówką po mieście, wrócić do punktu, z którego zaczynaliśmy podróż, i za nią nie zapłacić – bo przecież ciągle jesteśmy w tym samym miejscu! Czy można to uznać za rodzaj kradzieży? Myślę, że tak – mówi.

POLECAMY

KOMENTARZE