Magister na wózku widłowym

aktualizacja: 22.11.2013, 20:06
Foto: Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski

Absolwenci wyższych uczelni wracają do szkół średnich
czy pomaturalnych. Po co? By wyrwać się z bezrobocia.

Zbyt dobre wykształcenie utrudnia znalezienie pracy. Młodzi ludzie ukrywają więc czasem fakt ukończenia studiów, kończą kursy przeznaczone dla osób bez kwalifikacji albo wręcz wracają do szkoły średniej.
– Zdarzają się już absolwenci wyższych uczelni, którzy nie mogąc znaleźć pracy zgodnej z ukończonym, najczęściej humanistycznym kierunkiem, proszą nas o skierowanie na kurs np. operatora wózka widłowego z programem komputerowym pozwalającym podejmować pracę w dużych, podwarszawskich centrach logistycznych. Albo zdobywają zawód kierowcy miejskiego autobusu czy kosmetyczki – opowiada Lech Antkowiak, wicedyrektor Urzędu Pracy m.st. Warszawy.
Tak zrobił Paweł z Warszawy, który od kilku miesięcy pracuje na budowie.
– Pracę dostałem po kursie na operatora maszyn budowlanych, na który wysłał mnie urząd pracy. Gdyby nie to, nie wiem, jak by wyglądała moja sytuacja – opowiada.
Rodzice nie mogą łożyć na jego utrzymanie, więc sam musi zarabiać. Plany i marzenia miał jednak zupełnie inne niż praca na budowie.
Najpierw studiował prawo kanoniczne, a potem przeniósł się na historię.  – W tym czasie pracowałem dorywczo, a okazało się, że mogę dostać etat na budowie, jeśli skończę odpowiedni kurs. Przerwałem studia, by mieć pracę. Dyplom uczelni nie jest mi do tego potrzebny – tłumaczy Paweł.
Mówi, że nie wie, czy wróci na uczelnię. – Z tych studiów niewiele dla mnie wynika – tłumaczy. A na budowie z uprawnieniami może zarabiać nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Liczy się fach w ręku

Zdaniem dyr. Antkowiaka młodzi Polacy powoli zaczynają rozumieć, że dyplomy, zwłaszcza te uzyskane na słabej uczelni i kiepskim kierunku, nic im nie dają.
– Chcą mieć konkretny zawód, bo wiedzą, że inaczej nie będą w stanie utrzymać rodziny. A pracodawcy  chętnie zatrudniają pracowników z konkretnymi umiejętnościami – tłumaczy.
Najlepiej, jeśli tych umiejętności jest wiele.  Z takiego założenia wyszedł Artur Niezabitowski, który  kończy studia na Politechnice Śląskiej na kierunku mechanika i budowa maszyn. Rok temu zdecydował, by – wciąż studiując, wrócić do technikum informatycznego.
– Łatwiej będzie mi po tym kierunku znaleźć pracę, a potem w niej awansować – tłumaczy. Tak zresztą doradzali mu lokalni pracodawcy.
Zastanawiał się, czy nie wybrać jeszcze jednego kierunku w technikum – geodeta bądź leśnictwo.
– Z jednej strony mnie to interesuje, a z drugiej będę miał jeszcze większe uprawnienia – tłumaczy. Podkreśla, że dziś im więcej „papierów", tym większe szanse na rynku pracy.
Niezabitowski na wybór podobnej drogi namówił kuzynkę,  która w tym roku ukończyła fizykę medyczną. – Pracy nie ma. Chodziła dodatkowo do technikum o podobnej specjalności jak studia, ale z większymi uprawnieniami niż po uczelni – tłumaczy.
Adam  Stawicki z Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie zauważa większe zainteresowanie zdobywaniem uprawnień do prowadzenia autobusów przez studentów. Młodzi ludzie, skierowani do MZA na kursy przez urzędy pracy, robią prawo jazdy na autobus, a potem uzyskują uprawnienia do wożenia ludzi. Wtedy mogą już kierować miejskimi solarisami czy neoplanami. – Wielu z nich to miłośnicy komunikacji – opowiada.
Aby jednak pójść na taki kurs, trzeba się zarejestrować w pośredniaku i wyprosić w nim skierowanie. Osoba, która nie ma pracy, raczej sama nie zgłosi się do firmy, by zdobyć kwalifikacje kierowcy. Ich zdobycie (kurs prawa jazdy oraz kwalifikacja wstępna) kosztuje 12 tys. zł.

Przedłużenie liceum

Zdaniem dyr. Antkowiaka zdobywanie dodatkowych kwalifikacji jeszcze w czasie studiów lub zaraz po nich to bardzo pozytywne zjawisko.
– Niech Polacy studiują to, co ich interesuje. Ale niech też wiedzą, że równocześnie muszą zdobywać konkretne umiejętności – tłumaczy. Jest przekonany, że ten trend będzie się pogłębiał, bo o pracę dla osób o nieokreślonych kwalifikacjach coraz trudniej.
Podobnego zdania jest psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński. – Na taki krok powinni decydować się zwłaszcza ci, którzy zakończyli naukę na poziomie licencjata. Badania pokazują, że zwrot z inwestycji w takie wykształcenie jest żaden, więc lepiej od razu szukać innego zajęcia i nie myśleć o tym, że przeczytało się kilka książek więcej niż ci, którzy na takich studiach nie byli – tłumaczy.
Autor Diagnozy Społecznej uważa, że w najbliższych latach znacznie zmniejszy się liczba kierunków licencjackich,  które absolwentom nie dają żadnych umiejętności. – To będzie naturalna selekcja – uważa.
Podkreśla, że studia licencjackie, zwłaszcza część kierunków humanistycznych, to nic innego jak przedłużanie szkoły średniej. – Wszyscy idą na studia, ale przecież nie wszyscy muszą je kończyć – podsumowuje.

Frytki po SGH

Zupełnie inne zdanie na ten temat ma prof. Elżbieta Kryńska, ekonomistka z Uniwersytetu Łódzkiego. – W Polsce można zaobserwować niekorzystne zjawisko. Młodzi ludzie zbyt łatwo godzą się na wykonywanie pracy, do której nie trzeba skończyć studiów – tłumaczy, choć zastrzega, że zdarza się to we wszystkich wysoko rozwiniętych krajach.
Młodzi ludzie tłumaczą, że sytuacja na rynku pracy jest tak trudna, że nie mają wyjścia. 28-letni Mateusz, absolwent zarządzania i ekonomii w Szkole Głównej Handlowej, kilka miesięcy temu wystarał się o pracę w jednej z warszawskich restauracji McDonald's. Mając ukończone studia, wydaje klientom hamburgery, frytki i kawę.
– Przez blisko rok szukałem jakiegokolwiek zajęcia. Wydawało mi się, że mam dobre wykształcenie i nie powinno być z tym problemu – opowiada. – Wierzyłem, że moja wiedza pozwoli mi znaleźć pracę. Dziesiątki wysyłanych CV nic nie dawały. Po kilku miesiącach zacząłem wręcz ukrywać, że mam studia, bo liczyłem, że dzięki temu znajdę robotę – wspomina.
W McDonald's dostał pracę podczas tzw. castingu. – Sprawdzano na nim osobowość i predyspozycje. O studia nikt mnie tutaj nie pytał, bo do tego, co robię, nie są one potrzebne – tłumaczy Mateusz. Zarabia 12 zł za godzinę.
Umowę ma jeszcze na miesiąc, ale wierzy, że firma  ją przedłuży. – W tych trudnych czasach jestem zadowolony z tego, co mam – mówi. Dodaje, że gdyby po raz kolejny przyszło mu szukać nowej pracy, na pewno nie ujawni już pełnego wykształcenia. – Chyba że sytuacja na rynku poprawi się na tyle, że znów będzie się ono liczyć dla pracodawców – tłumaczy.
Eksperci zwracają uwagę, że takich historii byłoby mniej, gdyby młodzi ludzie przed wyborem drogi życiowej korzystali z pomocy doradców zawodowych. Tych jednak jest w urzędach pracy tak mało, że nie są w stanie obsłużyć tych, którzy już mają problemy ze znalezieniem pracy i chcą się przekwalifikować. O organizowaniu indywidualnych spotkań w szkołach praktycznie się nie myśli.
– A tymczasem jeśli nie chcemy mieć problemów z bezrobociem absolwentów, powinniśmy starać się dotrzeć do młodych ludzi już na etapie gimnazjum, a najpóźniej liceum – uważa prof. Kryńska.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE