Gdzie znaleźć 15 mld złotych

aktualizacja: 15.11.2013, 09:41

Rząd nie posiada żadnego alternatywnego planu, dlatego tak prze ku zmianom w systemie emerytalnym – zauważa ekonomista, członek zarządu Deloitte.

W dyskusji nad rządowymi propozycjami zmian w OFE zaczyna coraz częściej pojawiać się argument „wyższej konieczności" zarówno w kwestiach ekonomiczno-finansowych, jak i konstytucyjno-prawnych. Jednak alternatywa: albo nacjonalizacja aktywów OFE, albo katastrofa finansów publicznych jest z gruntu fałszywa i niebezpieczna dla funkcjonowania demokratycznego państwa.

Strachy na Lachy!

Zacznę od kwestii ekonomiczno-finansowych, czyli alternatywy albo nacjonalizacja co najmniej połowy aktywów finansowych zgromadzonych w OFE, albo przekroczenie progów ostrożnościowych w finansach publicznych i konieczność znaczących podwyżek podatków.
Pojawiające się opinie ze strony przedstawicieli Ministerstwa Finansów, Narodowego Banku Polskiego, Sejmowej Komisji Finansów Publicznych i wielu innych zwolenników rządowych zmian w OFE straszą koniecznością podwyżki podatków dla zbilansowania deficytu, a w rezultacie osłabieniem dynamiki wzrostu gospodarczego i utratą zaufania przez inwestorów finansowych, co powiększałoby koszty finansowania długu na rynku prowadząc do jeszcze wyższej podwyżki podatków.
Takie błędne koło finansowanie-dług-deficyt-podatki miałoby zakończyć się kryzysem niewypłacalności państwa jak w Argentynie czy bliższej nam geograficznie i kulturowo Grecji. Perspektywa zatem przerażająca i mająca prowadzić do wyboru mniejszego zła, czyli II rozbioru OFE. Pozwoliłem sobie kiedyś takim mianem określić rządowe propozycje zmian w ustawie o OFE, bo pierwszy rozbiór OFE miał miejsce w 2011 r., gdy zmniejszono wysokość składki przekazywanej do OFE, a rozwiązanie to miało być tymczasowe oraz prowadzić do zreformowania OFE pod kątem większej efektywności.
Tymczasem „reforma" skończyła się obecnymi rządowymi propozycjami, które faktycznie doprowadzą do likwidacji OFE. Kolejny III rozbiór OFE będzie już więc tylko formalnością. Analogie historyczne są zatem usprawiedliwione. Ale jaka jest alternatywa?
Warunkiem nieprzekroczenia kolejnego progu ostrożnościowego (ale którego progu, o tym później) długu sektora finansów publicznych jest znalezienie w budżecie kilkunastu miliardów złotych rocznie – przyjmijmy, że chodzi o kwotę minimum 15 miliardów złotych, która to po stronie dochodów podatkowych odpowiada na przykład podwyżce (efektywnej) stawki podatku VAT o około 3 pkt procentowe.
W przypadku stawki bazowej VAT oznaczałoby wzrost do 26 proc. z obecnego poziomu 23 proc. Po stronie wydatków kwota ta byłaby porównywalna z wysokością dotacji budżetu centralnego do KRUS. Obie te propozycje z ekonomicznego i politycznego punktu widzenia są nierealne. Gdzie zatem można znaleźć 15 miliardów złotych w polskich finansach publicznych?
W analogicznej sytuacji każdy podmiot gospodarczy, czy to firma, czy gospodarstwo domowe zaczyna od siebie, czyli najprostszych kosztów funkcjonowania, a więc administracji. W roku 2012 zatrudnienie w administracji publicznej, tzw. sekcja „O" (bez żołnierzy i funkcjonariuszy) wyniosło 636,3 tys. pracowników ze średnim wynagrodzeniem na poziomie 6009 złotych brutto, co daje jednostkowy koszt roczny na poziomie ponad 72 tys. złotych. Zatem łączne wydatki budżetowe na wynagrodzenia w szeroko pojętej administracji publicznej i służbie cywilnej stanowią minimum 46 miliardów złotych – licząc tylko wydatki bieżące, bo na pewno uzbiera się jeszcze sporo wydatków majątkowych administracji publicznej, które generuje jej statystyczny pracownik.
W porównaniu z 2005 r. wzrost zatrudnienia w administracji publicznej wyniósł ponad 14 proc., a wynagrodzeń ponad 9 proc., czyli sporo biorąc pod uwagę permanentnie złą sytuację finansów publicznych Polski. Obniżając albo zatrudnienie, albo wynagrodzenia w administracji publicznej o 1/3 można uzyskać w finansach publicznych oszczędność rzędu 15 miliardów złotych rocznie. W praktyce, w pierwszym roku oszczędności te byłyby mniejsze z uwagi na konieczność wypłaty odpraw.

Gdzie szukać rezerw

Ktoś może zapytać, a dlaczego ciąć koszty administracji publicznej aż o 1/3? Tak się w Polsce składa, że wynagrodzenia w administracji publicznej są właśnie o około 1/3 wyższe niż w sektorze prywatnym, zatem obniżka nominalnych wynagrodzeń albo zatrudnienia o tę wielkość nie jest podyktowana jakąś teorią, a konstatacją faktu, że wydajność pracy administracji publicznej nie jest na poziomie sektora prywatnego, więc tak wysoki poziom płac biurokracji nie jest usprawiedliwiony ekonomicznie i moralnie.
Po drugie, mamy już przykład podobnej rekomendacji, która choć z politycznymi oporami, ale jest wdrażana. W Grecji, kredytodawcy, czyli tzw. trojka (Unia Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) zażądała od rządu redukcji administracji publicznej o 50 tys. pracowników. Grecja ludnościowo jest 3,5-krotnie mniejsza od Polski, więc redukcja aparatu administracyjnego w Polsce o około 200 tys. pracowników jest analogiczna do realizowanej obecnie redukcji administracji w Grecji.

Atrakcyjne cenowo grunty

Kolejnym obszarem publicznym, który posiada znaczny potencjał rezerw prostych, są dochody z majątku Skarbu Państwa i bynajmniej nie mam na myśli prywatyzacji przedsiębiorstw. Znacznie bardziej atrakcyjnym aktywem są grunty Skarbu Państwa. Na koniec 2011 r. Agencja Nieruchomości Rolnych dzierżawiła rolnikom 1465,4 tys. hektarów gruntów rolnych, co przy średniej cenie 24 tys. złotych za hektar ziemi rolnej (od 19 tys. do 29 tys. złotych za hektar w zależności od klasy) stanowi wartość ponad 35 miliardów złotych.
Wystarczyłoby więc zaproponować rolnikom wykupienie dzierżawionych gruntów przy wykorzystaniu kredytu bankowego na warunkach rynkowych, który to kredyt banki udzielą bardzo chętnie biorąc pod zastaw tak atrakcyjne aktywa i tak dobre perspektywy produkcji rolnej w Polsce – od wejścia Polski do UE eksport produktów rolnych wyrażony w euro wzrósł ponaddwukrotnie, czyli dynamika roczna wzrostu jest dwucyfrowa. Zakładając, że sprzedaż dzierżawionych gruntów zajęłaby dwa lata, daje to budżetowi centralnemu dochód rzędu 17 miliardów złotych rocznie.
Warunkiem nieprzekroczenia kolejnego progu ostrożnościowego długu sektora finansów publicznych jest znalezienie w budżecie kilkunastu miliardów złotych rocznie
Ale to nie koniec możliwości. Jeszcze ciekawszym aktywem są rodzinne ogrody działkowe, czyli tzw. działki. Rząd wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego zobowiązany jest do końca stycznia 2014 r. albo uchwalić nową ustawę de facto uwłaszczającą działkowców, albo grunty wrócą do właściciela, gdy art. 14 ustawy o rodzinnych ogrodach działkowych stanowi, że zakładane są one na gruntach stanowiących własność Skarbu Państwa i odpowiednich jednostek samorządu terytorialnego.
Zgodnie z danymi zawartymi w raporcie Najwyższej Izby Kontroli o funkcjonowaniu rodzinnych ogrodów działkowy z 43,6 tys. hektarów działek aż 33,7 tys. hektarów działek znajduje się na gruntach miejskich. Przyjmując bardzo skromną wycenę gruntu w mieście na poziomie 300 złotych za metr kwadratowy daje to majątek rzędu minimum 100 miliardów złotych.
Pomysł przekazania wąskiej grupie osób majątku publicznego o takiej wartości jest nie tylko niemoralny, ale może stanowić przykład nomenklaturowej prywatyzacji na skalę niespotykaną w Polsce, ale porównywalną z prywatyzacją w niektórych krajach d. ZSRR. Zakładając natomiast, że grunty te wracają do jednostek samorządu terytorialnego, rząd miałby podstawy do czasowego wstrzymania dotacji ogólnej do samorządów. W 2012 r. dotacja ogólna do samorządów wynosiła 24 miliardów złotych, zatem zamiana finansowania z budżetu na aktywa (działki) zmusiłaby samorządy do sprzedaży gruntów z korzyścią dla zwartego zagospodarowania przestrzennego miast, spadek cen mieszkań i rozwój budownictwa mieszkaniowego, szczególnie dla osób młodych. Zakładając, że proces spieniężania gruntów z działek zająłby 5 lat, oznaczałoby to dla rządu zmniejszenie finansowania samorządów o około 20 miliardów rocznie.

Koniec w Trybunale

Czy biorąc pod uwagę tak znaczące rezerwy proste sektora finansów publicznych należy sięgać po aktywa zgromadzone na indywidualnych kontach w OFE przez 16 milionów Polaków? Czy zatem sytuacja finansów publicznych jest faktycznie aż tak krytyczna, że rząd i zwolennicy II rozbioru OFE sugerować mogą odwoływanie się do „wyższej konieczności" w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego?
Wiele bowiem wskazuje na to, że bój rządu o aktywa OFE skończy się w Trybunale Konstytucyjnym. Wikłanie Trybunału Konstytucyjnego w kwestie finansów publicznych jest złym rozwiązaniem. Polskie sądy i sędziowie generalnie nie wykazują się biegłością w kwestiach gospodarczych i finansowych, czego najlepszym dowodem jest przewlekłość procesów w Polsce w porównaniu z innymi krajami.
Przykład głośnych piramid finansowych w USA i w Polsce dobitnie obrazuje różnice – zebranie materiału dowodowego, proces i wyrok 150 lat więzienia dla Bernarda Madoffa za oszustwa na kwotę 35 mld dolarów zajął amerykańskim sądom pół roku(!), gdy relatywnie podobna pod względem skomplikowania i skali sprawa Amber Gold toczy się od ponad roku jeszcze na poziomie postępowania prokuratorskiego i pewnie kilka lat jeszcze upłynie zanim zapadnie prawomocny wyrok.
Obszarem, który posiada znaczny potencjał rezerw prostych, są dochody z majątku Skarbu Państwa
Przykłady przewlekłości sądownictwa w sprawach gospodarczych w Polsce można mnożyć, gdyż sędziowie tak na poziomie Trybunału, jak i sądów niższej instancji nie posiadają jeszcze biegłości sędziów na przykład amerykańskich. Po drugie, w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego coraz częściej zaczynają się pojawiać uzasadnienia odwołujące się do bezpieczeństwa czy złej sytuacji finansów publicznych. Ale jeśli biegłość sędziów w sprawach finansowych czy to na poziomie firm, czy poziomie państwa jest dyskusyjna, to na jakiej podstawie można zakładać, że merytoryczna ocena sytuacji finansów publicznych przez Trybunał Konstytucyjny będzie rzetelna? Czy dlatego, że tak stwierdzi Ministerstwo Finansów będące stroną procesu?
Wykorzystanie powyższych rezerw w finansach publicznych na pokrycie ewentualnego deficytu wynikającego z odrzucenia rządowego projektu nacjonalizacji środków zgromadzonych w OFE jest kupowaniem czasu. Ale można tego czasu wciąż jeszcze kupić wystarczająco dużo, żeby nie nacjonalizować aktywów OFE, ale zreformować system emerytalny i rzetelnie przygotować inne reformy sektora publicznego po stronie wydatków, a nie podatków, jak to się zwykle w Polsce dzieje.
Restrukturyzacja administracji publicznej powinna być zaledwie wstępem do systematycznej poprawy wydajności sektora publicznego, to słaba jakość i koszt sektora publicznego stanowią bowiem największy problem dla sektora prywatnego i odbudowy dynamiki wzrostu gospodarczego.
Opinia zaprezentowana przez autora nie jest opinią instytucji, którą reprezentuje
Komentarz dnia

#RZECZoEKONOMII: Problemy energii słonecznej w Polsce

Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE