Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Teatr

Wielki traktat moralny

„Milczenie o Hiobie”
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
„Milczenie o Hiobie" Piotra Cieplaka, spektakl o Bogu, wierze i współczesnej sztuce, to wydarzenie.
Na pytanie, kim jest Piotr Cieplak, są co najmniej dwie odpowiedzi. Dla jednych jest reżyserem, który ustąpił miejsca Grzegorzowi Jarzynie w Rozmaitościach. Dla drugich – współtwórcą Rozmaitości, który odszedł i pozostał twórcą niezależnym. Czerpiącym z chrześcijaństwa i opowiadającym w fascynujący sposób teatralną bajkę o człowieku. Obie odpowiedzi są niepełne. Cieplak nie mieści się w żadnych ramach, przekonuje o tym premiera w Narodowym. Bileterki kierują nas na dużą scenę, gdzie ustawiono widownię i zaaranżowano przestrzeń gry, jakby wystawiano „Tęczową Trybunę 2012" Strzępki/Demirskiego. Ale można się też poczuć jak u Warlikowskiego albo w teatralnych bebechach świata Lupy. Na scenie stoją plastikowe stoliki, niczym na próbie, i niedbale porzucone butelki. Jest estetycznie, transparentnie, trendy. Wtedy przykrywa wszystko swoją obecnością Cezary Kosiński. Rozsiadł się w menedżerskim fotelu i rządzi: zagrał jedną z najlepszych ról. Wielokrotnie uwierała go na scenie cierniowa korona idealistów, nadwrażliwców i ofiar losu. Teraz opowiada o największym z nich, a twarz ma rozświetloną chyba przez samego Ducha Świętego. Optymizm Kosińskiego nie gaśnie nawet w obliczu niewyczerpanej listy wszystkich zmarłych w rodzinie Hioba.
Językowy i aktorski cud zawdzięczamy również przekładom ks. Wujka oraz Miłosza, osadzonym mocno w poetyckiej staropolszczyźnie, a jednocześnie krwistym i skromnym. Zwłaszcza na tle dzisiejszych dramaturgicznych improwizacji. Bo Cieplak stworzył spektakl, który można oglądać jak ironiczny komentarz do współczesnej kultury i nowych stereotypów, jakie młodzi aktywiści sztuki proponują pod hasłem walki ze starymi. Aktorzy ubrani są jak bohaterowie hipsterskiego performance'u. Mamy, tyle znaczące, co już spowszedniałe cytaty z kanonu współczesności. Miażdżący odgłos zbliżającej się kosmicznej katastrofy z „Melancholii" von Triera. Karol Pocheć jest rozwibrowanym tancerzem, podobnym do tych, którzy wzmacniają dziś zespoły topowych reżyserów. Błyskają stroboskopy. Efekty wizualne są efektowne, ale puste. Pokazują, jak mami się nasze oczy. Widzowie przećwiczeni przez zwolenników genderowych teorii muszą zwątpić w inteligencję Hioba i sens spektaklu o nim. Nie trzeba być wojującą feministką, by pomyśleć: to oburzające, że Biblia nie wspomina o kobietach. Chcesz – masz, zdaje się mówić Cieplak, i daje pokaz chwytów współczesnego teatru: improwizacje, przepisywanie klasyki, cytowanie mediów. Świetna Wiktoria Gorodeckaja powołuje się na artykuł Pawła Śpiewaka z „Tygodnika Powszechnego", który rozwijał wątek żony Hioba w oparciu o utwory apokryficzne. A jak apokryfy, to nie może zabraknąć kultury masowej. Oglądamy Marię Magdalenę z obrazu Georgesa de la Toura z czaszką na kolanach – Jezusa, z którym, jak przekonuje wielu, w tym Dan Brown, żyła w Galii po wyjeździe z Palestyny. Modnych dziś antybohaterów pokazuje Jerzy Łapiński. Marudzi o zaginięciu kota, a jego dramatu zestawionego z hiobowym, lekceważyć nie można, bo jest to niezgodne z polityczną poprawnością. Postać Tomasza Sapryka występuje w tej samej kategorii: śpi nerwowo, miotając się konwulsyjnie przed spotkaniem z zagraniczną delegacją. Zbigniew Zamachowski parodiuje polskiego kabotyna. Pohukując raz o bocianach, raz o naszej krzepie, ośmiesza ważny segment narodowej rozrywki, jakim stał się kabaret. Zbiorowa kreacja, jak to we współczesnym teatrze bywa, oparta jest na solówkach i monologach, a budowania dramaturgii na dialogu i scenach zbiorowych nie uświadczymy – chyba że w bajce o czapli, która nie dała się przewrócić. Wszystkie te motywy i podejścia do tematu Hioba są marginalne, jak mozaikowa i dygresyjna bywa dzisiaj sceniczna proza. Nawet Dominika Kluźniak w roli aktorki nagrywającej w radiu dziennik z powstania w getcie jest postdramatycznie rozhuśtana. Płonie getto, a ona musi wyjść na papierosa. Ciężar jedynego poważnego tematu bierze na siebie Karol Pocheć, cytując rozmowę z Andrzejem Stasiukiem o tym, jak Polacy odbierają Holokaust. Ale i ona jest groteskowa, ponieważ współczesne media i teatr, starając się w popularny sposób zrozumieć oraz przedstawiać dobro i zło – infantylizują tajemnicę bytu, losu, Boga. Niedający się podrobić wysoki ton powraca dopiero w finale wraz z wersetami Biblii. Resztę trzeba wziąć w nawias ironii. Dopiero gdy Hiob dochodzi do głosu, czas zamiera. Dosłownie. Przestajemy patrzeć na elektroniczny zegar w kulisach. Żelazna kurtyna dużej sceny unosi się i przenosimy się w inny wymiar. Oglądamy obraz godny najlepszych spektakli Grzegorzewskiego: teatr świata, a może sąd ostateczny. Lampiony przygasły. Z pustej widowni płynie mistyczna muzyka, chóralne śpiewy i głos wypowiadający ustępy Biblii przypisane Bogu: człowieku, a co ty właściwie wiesz i rozumiesz, wszystko co pod niebem moje. Głos przerażający. Ale teatr wielki.
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL