Plus Minus

Pomoc przychodzi

Plus Minus, Marcin Żurawicz Marcin Żurawicz
Rozmowa z Zygmuntem „Muńkiem” Staszczykiem, liderem zespołu T.Love
5 listopada skończy pan 50 lat. Zrobił pan sobie przerwę w tym roku w karierze, zniknął pan, wyjechał. Ale teraz czekają pana koncerty, znowu trzeba się będzie odezwać...

Zygmunt "Muniek" Staszczyk, muzyk: Coraz bardziej uważam co i komu mówię. Wydaje mi się, że przez ostatnią dekadę bardzo wszystko schamiało, stabloidyzowało się, stało się agresywne. Kilkakrotnie byłem potraktowany przez poważne tytuły, które nie są tabloidami w sposób tabloidowy. Ja zawsze teksty autoryzuję, ale było tak, że coś celowo wybito. Zrobili ze mnie na przykład w ciągu dwóch tygodni najpierw totalnego fana PiS-u, a potem facet z PiS-u wziął bezprawnie naszą piosenkę do kampanii wyborczej. Nie dałbym żadnemu politykowi swojej piosenki, czy to PiS, czy PO, czy cokolwiek innego, więc zagroziłem mu sądem. Podchwyciła to „Wyborcza" i inne portale. Zaraz się znaleźli prawnicy, którzy chcieli za duże pieniądze pójść ze mną do sądu i w ciągu dwóch tygodni zostałem zwolennikiem Tuska. Nie chodzi tu o PiS i PO, chodzi o to, że mówiłem coś zupełnie w innym kontekście, nie politycznym. Obserwuję tę agresywność, nerwowość, pazerność na sensację i w ogóle taką złą wibracje w mediach. Jesteśmy zarażani stanem permanentnych nerwów: a to wybuchnie kolejna epidemia, a to umrzemy bo zjedliśmy wołowinę, a to nowa szczepionka się nie sprawdziła. Byłem w tym roku w Ameryce, tam to jest to samo, tylko pomnożone w swej paranoi razy dziesięć. I dlatego coraz bardziej chce mi się milczeć. Z drugiej strony muszę mówić od czasu do czasu, bo jestem osobą publiczną. Jak się już coś dzieje, to trzeba to promować, jest jakiś jubileusz jak teraz na przykład. Mówię, bo muszę, ale powiem szczerze, zaczynam sobie cenić milczenie. Ja to gaduła jestem, ale z wiekiem bym pomilczał. Niespecjalnie mi się ten świat medialny podoba. Nie jestem intelektualistą, ale agresywnej głupoty nie toleruję, już wolę obejrzeć Animal Planet. Nie demonizuję tego, ale to mnie męczy i trochę jestem nieufny. Mnie taka agresywność nie interesuje, ja tak z ludźmi nie rozmawiam. Kiedyś się pchałem do tych wywiadów, ale teraz traktuję je z dystansem.
Trochę to brzmi, jakby się pan czegoś obawiał, albo miał coś do ukrycia. Nic nie mam do ukrycia, tylko większość rzeczy już powiedziałem. Jak myślę, co myślę, jaki byłem, jaki jestem i pewnie znowu w tym wywiadzie to samo powtórzę.
Kiedyś mnie to łechtało, że np. TVN mnie tak często zaprasza i mogę wypowiedzieć się we wszystkich dziedzinach, a przecież ja się na tych wszystkich dziedzinach nie znam. Mogę mówić o muzyce, bo się na tym znam. Mogę mówić o historii Polski ostatnich 30 lat, bo ją dobrze znam, bo uczestniczyłem w tych wydarzeniach. Ale zapotrzebowanie jest na sensację i na liczby.
Weźmy choćby Facebooka. Co to znaczy przyjaciele, znajomi, lajki, liczby? Co to są za relacje? Przecież ja tych ludzi nie znam. Stary chyba jestem. Nie interesuje mnie to. To co pana na tym etapie życia interesuje, o czym lubi pan mówić w wywiadach, bez poczucia że uczestniczy pan w jakiejś farsie? Co jest dla pana dziś w życiu ważne? Bardzo się zdystansowałem do kariery. Nadal kocham muzykę, ale bardzo dużo mi dał ten urlop. Jak zdecydowałem się na tę roczną przerwę, to myślałem, że zacznie mnie swędzieć tyłek, będę się niecierpliwił, żeby coś robić.
Z jednej strony bardzo tę muzykę kocham, ale z drugiej nie będę już na to wszystko patrzył jak do tej pory.
To wynika z doświadczenia, bo człowiek 50-letni dużo więcej wie od 20-letniego małolata. Z drugiej strony trudno wymagać, żeby 20-latek miał umysł 50-latka, bo by nie zrobił tych wszystkich fajnych błędów, nie byłby tak bezczelny, nie buntowałby się. Ja bym niczego nie cofnął, ale dziś żyję w dużej zgodzie z samym sobą.
Od stycznia zacząłem ten urlop. Zaplanowałem sobie trochę podroży. Trochę może za dużo. Byłem w RPA, w południowych stanach USA, byłem w Medjugorie w Bośni, byłem w Toskanii, a teraz właśnie wróciłem z Afryki. Nigdy wcześniej tyle nie podróżowałem. Mam trochę głód grania: teraz czekają mnie cztery koncerty, a w maju przyszłego roku rozpoczynamy na pełnej parze. Ale w tym roku przynajmniej świat w maju widziałem takim, jaki on jest naprawdę, poza sceną. Po co panu ten urlop? To dosyć długie wakacje. Wymiękłem już po 31 latach grania, może nawet nie fizycznie, ale psychicznie. Frontman zbiera bardzo dużo z tego tortu, ale bardzo dużo niesie w sobie tych wszystkich rzeczy. To są media, to jest gadka, promocja, rutynowe czynności, które zna na pamięć taki człowiek jak ja robiący to samo, chociaż każda płyta jest inna.
Zmęczony byłem, więc powiedziałem kolegom, że robię sobie urlop. T.Love jest takim zespołem, dzięki któremu ludzie mają uśmiech na twarzy. Nigdy nie chciałem być gościem, który wychodzi wku...y na scenę i się na ludziach wyładowuje. Wiedziałem, że jak pociągniemy to dalej, to pęknę, będę nieprzyjemny dla otoczenia, dla kumpli z zespołu...
Więc wręczyli nam złotą płytę i od stycznia poszedłem na urlop. Chłopaki wiedzieli o tym wcześniej, choć oczywiście mieli trochę inne zdanie. To nie jest tylko praca. Ktoś z zespołu wtedy powiedział mi: „Stary, ja cię rozumiem, jaki ty musisz być wypompowany". Przez ten rok zrozumiałem, że - jak to mówił Wałęsa – mogem, ale nie muszem.
Nasza ostatnia płyta "Old is Gold" tak mnie wypompowała, że na razie nie mam nic do powiedzenia jako artysta. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem, nie mam o czym pisać. Jest mi bardzo dobrze, ale nie jestem jeszcze na takim etapie rozwoju duchowego, żeby śpiewać psalmy biblijne, bo to by było trochę nieuczciwe, chociaż znam je dosyć dobrze.
Poza sceną nadal dużo gramy: w więzieniach, domach dziecka, nawet ostatnio nad grobem kolegi. Na dzień dzisiejszy jestem wypompowany z pomysłów, ale za to czuję się świetnie. Nie napisałem przez ten rok żadnego tekstu. W moim życiu nie ma teraz zawirowań. Wszystko płynie pogodnym torem. To coś nowego dla pana: nie ma zawirowań, wszystko płynie pogodnym torem... Tak, coś nowego. Zawsze były jakieś napięcia, jakieś miotanko. A teraz mam luz.
Proszę nie zrozumieć mnie źle. Zespół osiągnął sporo i cieszy mnie, że odnieśliśmy sukces. To jest wielki skarb i dar. I niektórzy oczywiście powiedzą, że facet pier...i, bo się zestarzał i jest mu chyba za dobrze. Pewnie wolą widzieć takiego Muniusia wiecznie zbuntowanego. Kolejny stereotyp.
Ale ja naprawdę nie mam dziś zbyt wiele do powiedzenia ani na temat polityki, ani współczesnego świata. Nie ma we mnie złości, żeby kogoś op...ć. Ktoś mnie zapytał ostatnio, co mnie wk...a. Odpowiedziałem, że nic. Jestem dziś... ...wolny? Tak, wolny. Nie wiem, co będzie dalej z moja twórczością, ale nie smuci mnie to wcale. Iść na roczny urlop, kiedy zespół jest u szczytu kariery, to i odważne, i ryzykowne jednocześnie. Czy było jakieś jedno wydarzenie, czy coś pan zawalił? Albo stało się coś, że powiedział pan sobie „stop"? Lubię sobie czasami chodzić do kościoła i pamiętam taki wieczór, że siedziałem w tygodniu na mszy i przyszła na mnie taka mocna myśl, właściwie jakby ktoś mi to powiedział: idź teraz do domu i zdecyduj, że od stycznia robisz sobie roczny urlop.
Przyszedłem więc do domu i powiedziałem o tym żonie. Ona podeszła do tego z lekkim niepokojem - czy coś się stało. A później musiałem powiedzieć kolegom z zespołu. W tym samym czasie pojawiła się też druga myśl: stary, co ty będziesz teraz jakieś urlopy robił, przecież jak nie będziesz grał, nie będziesz taki rozpoznawalny, atrakcyjny dla kobiet i w ogóle, co ty głupi jesteś, po co ci ta przerwa?
A ja siedziałem w domu i dzień mijał mi tak, że szedłem do Carrefoura na zakupy, gadałem z facetem ze stoiska z rybami o rybach, wracałem, czytałem, książkę, jadłem kolację z dziećmi i szedłem w kimę. Ktoś powie „ale nuda", a ja mówię „ale fajnie".
Towarzyszył temu strach otoczenia, że zwariowałem. Bo przecież zawsze stała tam taka wielka krowa, która nazywała się T.Love z wielkimi cycami, dojna krowa i zawsze można było ją wydoić, a ja nagle powiedziałem: dosyć.
Naokoło może narastała presja: stary, oni o tobie zapomną. I ten strach, ze może nagrywam płytę z kimś po kryjomu. A ja sobie myślę: gówno mnie obchodzi, co będzie za rok. A ja niczego nie rozwalam, ani nie ściemniam.
Teraz będą cztery koncerty w Wilnie, Krakowie, Warszawie w Londynie z okazji mojej pięćdziesiątki, ale zaraz później znowu znikam do maja 2014 roku i nie wiem, jak ja po tej przerwie będę patrzył na ta całą show-biznesową maszynkę.
Jestem wierzący i nie chcę się na ten temat rozwodzić, ale jestem przekonany, że ja sam nic nie mogę zaplanować. Nie ja jestem panem swojego losu. Oczywiście nie jestem bezwolny w tym wszystkim, bo dużo ode mnie zależy, natomiast ja już się tak bardzo nie obawiam o przyszłość. Skąd w panu taka pewność, że jest siła wyższa, która kieruje pana życiem? Ma pan na to jakiś dowód? Stuprocentowa pewność będzie po śmierci. Dzisiaj natomiast mam takie odczucie, że wokół mnie więcej dobra się dzieje i otoczenie się zmienia, łącznie z zespołem i najbliższą rodziną. Pewność polega na tym, że po raz pierwszy czuję w spokoju siłę. We mnie jest dużo bardziej rzeczy w porządku.
Zauważam więcej zwykłych rzeczy, które mnie cieszą. Wzrosła moja ciekawość innymi ludźmi. Wzrosła moja świadomość, że wspierając się nawzajem tworzymy siłę, taką samą jak w słowach: przekażmy sobie znak pokoju.
Nie jestem nawiedzony, nie dostałem nagle pigułek szczęścia, ale prawda jest taka, że dawniej byłem kłębkiem strachu, a teraz nie mam w sobie ani strachu, ani agresji, tylko spokój. I to jest fajne. Pierwszy raz słyszę, żeby urlop tak bardzo kogoś zmienił. Tu nie chodzi o urlop, tylko o to, że jak chcesz się wsłuchać w siebie i porozmawiać z siłą wyższą, to musisz mieć ciszę i czas, bo jak człowiek żyje w zamęcie i w szybkości, to o to trudno.
Zamęt, kariera, pozycja, pieniądze – to znam doskonale. Pochodzę z rodziny robotniczej. Rodzice są ze mnie dumni, do dziś im pomagam i to wszystko jest fajne, ale mówię o zamęcie innego typu. Dążenie do pozycji, podbijanie ego, zajmowanie miejsca w rankingach - to łączy się z zamętem.
I ten zamęt ma złą energię. W zamęcie nie ma spokoju. Urlop był po to, żeby się wsłuchać w siebie, zrozumieć siebie, poszukać odpowiedzi na ważne pytania, spróbować żyć innym rytmem, zobaczyć jakie to daje rezultaty. Czyli jak trwoga, to do Boga. Czy przeżył pan jakąś tragedię, że nagle zaczął pan tak poważnie traktować wiarę? Byłem w kilku współuzależnieniach. Nałóg ma jeden i ten sam mechanizm, czy to jest kobieta, hazard, pornografia, alkohol, czy narkotyki. U mnie to szło kilkutorowo i generalnie nie mogłem złapać wolności, a chciałem wszystkich nasycić.
Było mi z moim życiem źle, cztery lata temu myślałem o samobójstwie. Przyglądałem się ostrym przedmiotom. Czułem działanie złych mocy. Nie radziłem sobie z tym i być może to była właśnie ta trwoga, o której wspominasz. O tym właśnie jest nasza piosenka „Lucy phere" - o pozornym zbliżeniu się do rzeczy dobrych, a takim wymanewrowaniu, przez tego przeciwnika naszego, że budzisz się z ręką w nocniku, że dochodzisz do ściany. „Lucy phere" czyli Lucyfer? Tak, poczułem go. To nie były, mówiąc delikatnie, fajne emocje. Męczyłem się. Myśli samobójcze, bardzo niskie poczucie własnej wartości, przekonanie że jestem do niczego i najlepiej z tym wszystkim skończyć.
Na szczęście jestem z Częstochowy, chodziłem z babcią na Jasną Górę, więc nigdy nie odszedłem od katolicyzmu. Byłem, jak wielu chłopców, wychowany w wierze katolickiej, choć oczywiście to kompletnie olewałem. Show-biznes przynosi wiele pokus i skorzystałem z nich wszystkich. To w ogóle bardzo niebezpieczna praca. Dzisiaj jest już pan wolny od tych wszystkich nałogów? Zupełnie nie, ale to takie jest już takie malutkie we mnie.
Nie ma we mnie również agresji wobec ateistów, ale zastanawiam się, czemu ludzie niewierzący mają tyle agresji do katolików. I dlaczego stereotypowo myślą? Oczywiście, jest wiele Diabła nawet w Kościele, ale prawda jest taka, że jak jesteś wierzący, od razu zrobią z ciebie debila.
To łatwo powiedzieć: katolicyzm to ciemnogród. A ja mówię: Boże kochany, nawet taka prosta wiejska wiara to przecież jest coś, za co tu ludzi atakować?
Ja na przykład nie odnajduję ciemnoty w Biblii. Uważam, że jest to księga współczesna, trudna na maksa, ale jak czytam w Psalmach o takim Dawidzie, który był przecież niezłym rozrabiaką i hulaką, to to są przecież rzeczy całkowicie współczesne.
Generalnie nic się nie zmieniło od tamtych czasów. Dobro i zło istnieje. Bóg i diabeł istnieją. Mam wielu kumpli ateistów, znam też ultrakatolików z zawężonymi horyzontami, ale podstawa to się nie atakować.
Nie widzę powodu, dla którego miałbym się wstydzić swojej wiary i nie widzę dysonansu, że mój zespól nie gra rocka chrześcijańskiego, ale staramy się dawać coś pozytywnego ze sceny. Dalajlama powiedział, żeby trzymać się swoich korzeni, więc ja się trzymam swoich.
Mówiąc krótko - w Kościele poczułem miłość i wsparcie. Wiara to dla mnie realne uczucie miłości, troski i wsparcia. Namacalnie to poczułem. Namacalnie poczuł pan Boga? Pamięta pan konkretny moment? W tym roku w Medjugorie się coś takiego zdarzyło... Do Medjugorie 30 mln ludzi z całego świata co roku, bo na własne oczy chcą zobaczyć cud. Czy pan coś takiego widział? Wydaje mi się, że to jedno z najważniejszych miejsc na świecie, że tam Matka Boża robi to, co chce. Najwyższe autorytety badają różne zjawiska, do których nie ma postaw, żeby się działy i nie znajdują odpowiedzi. Mnie się też coś niewyjaśnionego przydarzyło.
Pyta pani o namacalne dowody. Ja nie pojechałem tam szukać dowodów, ani sensacji i to co tam przeżyłem to jest coś bardzo osobistego. Nie chcę o tym opowiadać w gazecie, ale zdradzę tyle, że poczułem tam miłość, ogromną miłość. Poryczałem się, chociaż msza była po włosku, a ja po włosku znam 15 słów i moja żona też ryczała, a nikt się na żadne ryczenie nie umawiał.
Wiele rzeczy się tam zmieniło. Wcześniej się śmiałem z różańca, że to jakiś zabobon, a teraz jestem pierwszy do różańca. Zmienił się też mój stosunek do kobiet.
Każdemu polecam Medjugorie. Jest to przepiękne, niezwykle miejsce wielkiego ducha i nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Polecam każdemu, niezależnie od światopoglądu.
No patrzcie, miałem nie mówić o tym, a jednak mówię... Wyobrażam sobie taką scenę: bierze jakiś facet w weekend do ręki „Rzeczpospolitą", a tu nagle Muniek o Bogu... Dla normalnego człowieka to wszystko musi brzmieć dziwnie. Nie to, że ja się boję, co teraz ludzie powiedzą, ale bym wolał czynami, a nie słowami o tym wszystkim świadczyć. Mam świadomość, że jestem jeszcze słabiutki.
Jakby to mówił Karol Wojtyła, to ja rozumiem, ale w moich ustach to może brzmieć dziwnie, bo ja przecież nie jestem perfekcyjny i daleko mi do tego. To co by powiedział pan temu facetowi, który w weekend przy kawie sięga po gazetę i czyta ten fragment o Bogu z lekkim niedowierzaniem. I myśli sobie: po co ten Muniek o tej wierze tyle gada? Proszę mi uwierzyć, bardzo mi trudno o tym wszystkim mówić. Mam świadomość, że dla wielu mogę być niewiarygodny. Poza tym wciąż we mnie dużo jest hedonizmu i daleko mi do ascety. Wciąż karnawał walczy we mnie z postem. Temu facetowi chciałbym jednak powiedzieć, że wiara to miłość do drugiego człowieka, spokój i wolność od oceniania i osądzania. Wiem, że jeszcze będzie trudno bo taka walka trwa całe życie aż do śmierci. Można być nie raz, a sześć razy w Medjugorie, a ten Zły i tak będzie kombinował, bo zna nas dobrze, bo to trwa od dwóch tysięcy lat. Wiadomo, co człowiek wyprawiał, co Kościół wyprawiał i wiadomo jak często zły duch pchał nas do różnych złych czynów.
Nic na siłę. Nie można nikogo ciągnąć do Kościoła, ani nikomu na siłę wmuszać wiary. To jest łaska. Mi to daje same dobre rzeczy i czuję się zawsze wysłuchany. Oczywiście Duch Święty to nie chłopiec na posyłki i niektóre rzeczy rozumiemy dopiero po czasie. Jedno wiem: niewybaczenie, zawiść, zazdrość, brak miłosierdzia i trzymanie tych wszystkich złych emocji w sobie - to nas toczy.
Wiem, że niektórzy pomyślą teraz, że jestem nawiedzony, co to za zabobony, krzyżyki i o co mi chodzi. A ja powiem, że tam samo dobro mieszka i to nie takie dobro, jak w bajeczkach. I każdy może je mieć za darmo, nawet najgorszy morderca. Każdy ma szansę, każdy może spróbować.
Jeśli teraz czyta to ktoś, kto nigdy nie był w kościele, ktoś kto nie wierzy, to polecam, żeby poszedł do kościoła i powiedział Bogu o swych problemach. Ja ze swojego doświadczenia mogę się założyć, że będzie się działo. Pomoc przychodzi. I to bym powiedział temu facetowi. - rozmawiała Katarzyna Olubińska
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL