Wierzyciel nie wie, co to jest litość

aktualizacja: 20.10.2013, 08:00
W całej Hiszpanii przeszło trzy miliony mieszkań stoi puste. To osiedl...
W całej Hiszpanii przeszło trzy miliony mieszkań stoi puste. To osiedle niezamieszkanych apartamentów pod Madrytem
Foto: Bloomberg

Od wybuchu kryzysu banki w Hiszpanii wyrzuciły już na bruk 200 tys. rodzin. Drugie tyle czeka na wyrok.

– Czy widzisz ten budynek? Tam kupiłem mieszkanie: 4,5 tysiąca euro za metr kwadratowy. Sporo na nim zarobię – mówił mi przed siedmioma laty Pablo, wskazując na 30-piętrowy wieżowiec na obrzeżach Barcelony zbudowany w stylistyce późnego Gierka.
Cena wydawała mi się wysoka, szczególnie w porównaniu z Polską. Ale znalazłem na to proste wytłumaczenie: „cud gospodarczy" najwyraźniej zwiększa dochody Hiszpanów w błyskawicznym tempie.
Wspomnienie z 2006 roku dziś wydaje się czymś zupełnie surrealistycznym. Ale dobrze tłumaczy, jak doszło do bańki na rynku nieruchomości, z której kraj nie będzie w stanie się wydobyć jeszcze przez wiele długich lat. Po prostu wielu Hiszpanów decydowało się na zakup domów i mieszkań po coraz bardziej abstrakcyjnych cenach w nadziei, że stawki mogą tylko rosnąć.
Dziś przebudzenie jest niezwykle bolesne. O ile w ciągu czterech lat poprzedzających kryzys (2003–2007) banki doprowadziły do eksmisji ze swoich mieszkań mniej niż 40 tys. rodzin, to w kolejnych czterech latach (2008–2012)  takich dramatycznych zdarzeń było już pięciokrotnie więcej. Co gorsza, fala egzekucji hipotecznych narasta: tylko w ubiegłym roku instytucje finansowe wszczęły procedurę odzyskania przeszło 160 tys. nieruchomości.

Po eksmisji dług zostaje

– Powód jest prosty: dramatyczny wzrost bezrobocia. Połowa młodych ludzi, z których wielu zaciągnęło kredyty, nie ma żadnej pracy. A pozostali muszą zadowolić się dochodami rzędu tysiąca euro miesięcznie. Za to nawet niskich rat kredytowych nie da się spłacić – mówi „Rz" Jorge Nunez z Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS) w Brukseli.
Przejęcie przez bank mieszkania zwykle nie rozwiązuje jednak dla dłużnika sprawy. Musi on nadal płacić różnicę między ceną nieruchomości, jaką zapłacił przed kryzysem, a tym, co z jego sprzedaży instytucja finansowa uzyska dziś. Tymczasem od 2007 roku ceny spadły aż o 34,9 proc.! Co gorsza, pikowanie nabiera tempa, skoro tylko w jednym 2012 roku stawki spadły o 13,3 proc. Dziś średnia cena metra kwadratowego mieszkania wynosi w Hiszpanii tylko 1206 euro. Wątpliwe więc, aby Pablo ze sprzedaży mieszkania w barcelońskim bloku uzyskał więcej niż niewielką część tego, co zainwestował.

Co czwarte mieszkanie jest puste

Aby ratować sytuację, rząd wiosną tego roku przeforsował w parlamencie ustawę, która zmusza banki do sprzedaży przejętej nieruchomości za przynajmniej 70 proc. jej pierwotnej wartości. W ten sposób potencjalna strata dla dłużnika ma być ograniczona do mniej niż 1/3 wartości zakupu. Gdyby zaś, co w dzisiejszych realiach mało prawdopodobne, banki zarobiły na sprzedaży, połowę zysku mają odliczyć od wartości długu pierwotnego właściciela nieruchomości.
– Niestety ustawa na razie niewiele pomogła, bo banki nie mogą znaleźć nabywców na prawie półtora miliona mieszkań – mówi „Rz" Enriqueta Aragones z Instytutu Analiz Ekonomicznych (CSIC)  w Barcelonie.
Aby się przekonać, że szanse na zwyżkę cen i wyjście z tarapatów dłużników są zerowe, wystarczy krótki spacer po Avili, średniej wielkości (56 tys. mieszkańców) mieście w regionie Kastylia-Leon. Tu dosłownie na każdym rogu wiszą tabliczki „se vende" – na sprzedaż. W mieście jest aż 8189 pustostanów. To prawie ¼ wszystkich mieszkań!
Jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie robią tzw. ciudades fantasta, „miasta-widma" budowane od zera u szczytu nieruchomościowej gorączki. Jednym z nich jest Valdeluz, miejscowość położona pół godziny drogi ultranowoczesnym pociągiem Ave od Madrytu. Tu zaplanowano miasto na 30 tys. osób z własnymi szkołami, galeriami handlowymi, ośrodkami sportowymi.
Tyle że wśród niedokończonych budów, sklepów z powybijanymi szybami i opuszczonych hal widowiskowych przemyka się dziś zaledwie 1,5 tys. mieszkańców.

Ucieczka przed kredytem

Dziennik „El Pais" opisuje przypadek jednego z nich, Joaqina Ormazabela. Dobrze zarabiający urzędnik kupił w 2007 roku trzypokojowe mieszkanie za 240 tys. euro. Dziś rozwiedziony i bez pracy oddaje ostatnie zaskórniaki, byle nie zalegać z ratami za kredyt. Jego mieszkanie warte jest teraz maksymalnie 140 tys. euro. I jeśli je straci, nie tylko stanie się bezdomnym, ale i dłużnikiem.
Ani Avila, ani Valdeluz nie mają szczególnego pecha. Jak podał kilka tygodni temu Narodowy Instytut Statystyczny (INE), w Hiszpanii jest już 3,4 miliona mieszkań bez lokatorów. To prawie co szósta nieruchomość!
– Coraz więcej osób jest w tak dramatycznej sytuacji, że decyduje się na wyjazd z Hiszpanii, aby uniknąć spłaty kredytów. Za granicą ręka hiszpańskiego wymiaru sprawiedliwości w tej sprawie na razie nie sięga – mówi Enriqueta Aragones.
Zdecydowana większość osób, którym bank zabrał nieruchomość, znajduje nowe lokum: wraca do rodziców albo zadowala się dużo mniejszym mieszkaniem. Ale niektórych czeka znacznie gorszy los. W Hiszpanii szybko rośnie nie tylko imigracja, ale także liczba bezdomnych. Zdaniem INE osób spędzających noc w miejskich parkach czy ulicznych bramach jest już ponad 25 tysięcy.

Nie tylko Hiszpanie są winni

Kryzys powalił także deweloperów. Symbolem losu wielu z nich jest górujący nad kurortem Benidorm na Costa Blanca apartamentowiec „Intempo", który ze swoimi 180 metrami należy do najwyższych w Europie. Rozpoczęty na kilka miesięcy przed kryzysem w 2007 roku luksusowy kolos jest wciąż zamieszkany tylko w 1/3. Zapewne stałby zresztą zupełnie pusty, gdyby nie zainteresowali się nim bogaci Rosjanie i Arabowie z Zatoki Perskiej.
Hiszpania tylko po części jest winna powstaniu nieruchomościowej bańki. Po przystąpieniu do strefy euro w 1999 roku kraj zalały rekordowo tanie pożyczki, oferowane m.in. przez niemieckie i francuskie banki. Pokusa życia na kredyt okazała się dla milionów Hiszpanów nie do odparcia.
Jednak winny jest też rząd. Przez pierwsze lata kryzysu ówczesny premier, socjalista Jose Luis Zapatero nie robił nic, aby ratować sytuację, twierdząc, że ci, którzy wróżą w Hiszpanii kryzys, „nie są patriotami". Gdy zaczął działać, było już bardzo późno.

Powiązania korupcyjne

Ogromnym problemem jest korupcja. Przez lata „nieruchomościowej gorączki" w kraju powstały niezwykle rozległe powiązania w trójkącie władza-banki-deweloperzy.
Przykład wśród wielu innych: w ubiegłym tygodniu sąd w Marbelli skazał 50 notabli miasta za nietrafione projekty mieszkaniowe, które akceptowali w zamian za sowite łapówki. Rekordzistą okazał się szef działu planowania w ratuszu Joan Antonio Roca, który został skazany na 11 lat więzienia i 240 mln euro grzywny za angażowanie pieniędzy publicznych w budowę ciudades fantasta, oczywiście w zamian za otrzymanie „własnej działki".
– W tym wszystkim najgorsze jest to, że w pogoni za ułudą oparcia rozwoju gospodarki na nieruchomościach zaniedbaliśmy inne gałęzie gospodarki, przede wszystkim przemysł. Znalezienie nowego pomysłu na rozwój będzie teraz trudne – przestrzega Enriqueta Aragones.

POLECAMY

KOMENTARZE