PiS znów u władzy

aktualizacja: 24.06.2013, 18:45
Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
Foto: Fotorzepa, Darek Golik

Można się spodziewać, że drugi rząd Jarosława Kaczyńskiego wprowadziłby w życie tak populistyczne, antyrynkowe rozwiązanie jak oskładkowanie umów cywilnoprawnych czy usztywnienie kodeksu pracy – pisze publicysta.

„– A pan z kim może wejść w sojusz?
– Ja? Nie wiem. Może z Adamem Lipińskim. (śmiech)”.

Ten fragment ostatniego wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla tygodnika „Do Rzeczy” jest bardzo charakterystyczny. W nim – i w paru innych jeszcze miejscach tej rozmowy – można wyczuć arogancję i protekcjonalność wobec ewentualnych koalicjantów, których PiS po kolejnych wyborach może przecież potrzebować.
Polska potrzebuje zmiany władzy jak kania dżdżu, a głównym motorem takiej zmiany może być obecnie tylko PiS
Można także założyć, że Jarosław Kaczyński jest autentycznie przekonany, iż w 2015 roku zyska możliwość samodzielnego rządzenia. Do tego jednak potrzebna jest większość w Sejmie. Każdy inny wariant względnej wygranej PiS rodzi niebezpieczeństwo, że przegrani utworzą koalicję rządzącą przeciwko partii Kaczyńskiego.
Byłoby to oczywiście rozwiązanie ogromnie niebezpieczne politycznie i społecznie. Nietrudno wyobrazić sobie emocje wyborców PiS, których ugrupowanie zostałoby odsunięte od władzy mimo wyborczego zwycięstwa. A przecież taki wariant nie jest nieprawdopodobny. Tym bardziej dziwi lekceważący stosunek prezesa PiS do potencjalnych sprzymierzeńców.

Fałszywa definicja

Jakkolwiek jednak wyglądałaby powyborcza arytmetyka, coraz pewniejsze wydaje się, że najbliższe wybory parlamentarne dadzą władzę Prawu i Sprawiedliwości. Skoro zaś PiS jest przyszłą partią rządzącą, warto się zastanowić, jak jego rządy mogłyby wyglądać.
Co ciekawe, zwolennicy ugrupowania Kaczyńskiego widzą sytuację w całkiem inny sposób. Uniesieni falą entuzjazmu wobec rosnących sondaży na każdą próbę krytycznej oceny oferty wspieranego przez nich ugrupowania reagują niechętnie, twierdząc, że to podkopywanie szans na zwycięstwo.
Dziwna to reakcja. Owszem, najważniejsza jest nadal ocena tych, którzy sprawują realną władzę, ale właśnie teraz, gdy szanse opozycji na zwycięstwo rosną, mamy prawo zastanawiać się nad jej propozycjami.
Wynalazkiem PiS sprzed ośmiu lat było ostre przeciwstawienie liberalizmu solidarności społecznej. Przeciwstawienie tyleż efektowne i jednorazowo skuteczne, ile całkowicie fałszywe, a nawet kłamliwe. W ostatnim czasie PiS ponownie uderza w ten ton, nawet wzmacniając swój przekaz, i obecnie wydaje się to lejtmotywem jego retoryki.
„Z hasłami »Zero państwa«, »Zero zasad«, »Zero empatii«, »Zero solidarności społecznej« nie jest nam pod drodze” – powiada w „Do Rzeczy” Kaczyński. Definiowanie liberalnego (w sferze gospodarczej i społecznej, nie światopoglądowej) paradygmatu takimi hasłami jest zwykłym fałszem.
W dodatku – wziąwszy pod uwagę wiedzę i inteligencję Kaczyńskiego – fałszem niewątpliwie świadomym. To klasyczny przypadek kreowania wroga według własnych potrzeb.
Nie miejsce tu na szerszą dyskusję o liberalizmie jako programie społecznym i gospodarczym, trzeba być jednak ignorantem lub fanatycznym socjalistą, by uwierzyć, że zakłada on „zero państwa”, „zero solidarności społecznej” czy „zero zasad”.
Zwłaszcza to ostatnie stwierdzenie jest absurdalne, gdyż liberalny paradygmat zakłada coś wręcz przeciwnego: państwo ograniczone, ale bardzo silne, egzekwujące bezwzględnie na zasadzie absolutnej równości wobec wszystkich zasady tworzące uczciwe pole gry.
Od biedy można uznać, że Kaczyński opisuje nie liberalizm, ale jego wypaczoną postać, a właściwie – niegdyś modne określenie – kapitalizm polityczny realizowany przez polskie pseudoliberalne siły, do których bez żadnych wątpliwości można zaliczyć Platformę. Jej rządy nie mają bowiem wiele wspólnego z autentycznym liberalizmem. Lecz nawet przy takim założeniu trzeba uznać, że jest to działanie wyjątkowo szkodliwe.

Ludzie i instytucje

Pamiętać trzeba oczywiście, że przedwyborcza retoryka i praktyka rządzenia mogą od siebie odstawać. To PiS faktycznie obniżył podatki, wprowadzając dwie stawki PIT, oraz zmniejszył składkę rentową na ZUS. Formalnie liberalna Platforma tymczasem podwyższyła obciążenia obywateli zapewne bardziej niż jakakolwiek inna partia w czasie swoich rządów. Nie można zatem wykluczyć, że podobnie byłoby po ponownym objęciu rządów przez PiS.
Tymczasem jednak wiele wskazuje, że praktyka będzie przypominać retorykę. Jeśli – jak spekulują komentatorzy – resort pracy miałby objąć Janusz Śniadek, były przewodniczący „Solidarności”, oraz jeśli zacieśniać się będzie sojusz PiS z „Solidarnością” Piotra Dudy – można się spodziewać wprowadzenia w życie tak populistycznych, antyrynkowych rozwiązań jak oskładkowanie umów cywilnoprawnych czy usztywnienie kodeksu pracy. Szczególnie jeżeli w przyszłym rządzie zabrakłoby przeciwwagi dla skrzydła socjalnego w postaci mocnego liberała w jednym z kluczowych resortów gospodarczych.
„My mówimy jasno – co do paradygmatu liberalnego mamy daleko idące wątpliwości” – mówi Jarosław Kaczyński, chyba dość jasno określając, jakie miejsce w programie działania jego partii mogą mieć liberalne rozwiązania.
Drugi problem, który widać było wyraźnie podczas dwuletnich rządów PiS, to sposób, w jaki zmieniane ma być państwo. Najogólniej rzecz biorąc, sposoby są dwa: poprzez ludzi i poprzez instytucje. Który z nich ma więcej zalet, pozostaje sprawą do dyskusji. Większość zgodziłaby się zapewne, że najlepszym rozwiązaniem jest zastosowanie obu w odpowiednich proporcjach.
Jarosław Kaczyński podczas swoich rządów preferował jednak sposób „na ludzi”. Pytany o tę sprawę w wywiadach, przyznawał, że zaufane osoby na kluczowych stanowiskach są jego zdaniem kluczem do naprawy sytuacji.
Za rządów PiS doszło do dwóch istotnych zmian instytucjonalnych: powołania Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych. Obie były podporządkowane naczelnej linii programowej PiS z 2005 r., czyli walce z „układem”, co oczywiście nie oznacza, by były bezzasadne. Przeciwnie – były potrzebne i w pełni uzasadnione. Jednak w innych dziedzinach – choćby w wymiarze sprawiedliwości, policji czy systemie administracji – zasadniczych instytucjonalnych zmian nie było. Wszędzie tam obowiązywała zasada „na zaufanego towarzysza”.

Potrzeba zmian

Jeśli chodzi o przyszłe zamiary PiS, wiemy o jednej ważnej planowanej zmianie instytucjonalnej: ponownym podporządkowaniu prokuratury Ministerstwu Sprawiedliwości. To jednak tylko powrót do poprzedniego stanu rzeczy, trudno zatem mówić o faktycznej zmianie. Inne kwestie, takie jak przywrócenie Ministerstwu Spraw Wewnętrznych nadzoru nad administracją czy powołanie Ministerstwa Energetyki mają już mniejszy kaliber i są bardzo łatwe do odwrócenia. Roszady w kompetencjach ministerstw są już standardem przy zmianie władzy.
Tymczasem widać kilka dziedzin, w których można by sobie życzyć daleko posuniętych i śmiałych zmian systemowych. Wymiar sprawiedliwości, a dokładnie – korporacja sędziowska; system akademicki, gdzie coraz więcej pracowników naukowych gotuje się z frustracji związanej choćby ze sposobem przyznawania stopni naukowych; policja będąca coraz bardziej chorym organizmem; aparat skarbowy, którego apetyt na informacje o obywatelach rośnie nieustająco, a który robi się coraz bardziej drapieżny; system podatkowy; media publiczne i inne dziedziny, gdzie wstawienie swojego zaufanego człowieka nie rozwiąże żadnego problemu, a jeśli nawet, to na krótko.
PiS ma jednak z takim myśleniem problem – i nie jest tu wyjątkiem. Większość instytucjonalnych zmian musiałaby bowiem oznaczać uniezależnienie od bieżących potrzeb władzy, tak aby z instrumentów nacisku nie mogła korzystać także kolejna ekipa, która nastanie. To zaś oznaczałoby pozbawienie się ich samemu.
Trzeci kłopot jest związany z relacją pomiędzy państwem i obywatelem. Kto pamięta kampanię z 2005 r., musiał dostrzec już wtedy rażącą dysproporcję pomiędzy uwagą, jaką Jarosław Kaczyński poświęcał kontrolowaniu obywateli i obywatelskim wolnościom. Dziś oczywiście wiemy, że w latach 2005–2007 obywatelskie swobody nie były gwałcone, wbrew absurdalnym opowieściom osób w rodzaju Marka Kondrata czy Waldemara Kuczyńskiego. Nic strasznego się pod tym względem nie działo, a poziom kontroli nad Polakami był całkiem niski w porównaniu z czasem rządów Platformy (rzekomo) Obywatelskiej.
Nie zmienia to faktu, że tę dysproporcję widać nadal. Mówiąc najogólniej, wydaje się, że temat zagwarantowania obywatelom wolności od nadmiernego nadzoru państwa nie jest ulubioną dziedziną Kaczyńskiego. Owszem, w niektórych sprawach mamy obietnice zmian na lepsze – tak jest choćby w kwestii sądowego nadzoru nad rodziną.
Ale już tam, gdzie mowa jest o uprawnieniach służb czy skarbówki, nie wiadomo właściwie nic. W tym kontekście pewien niepokój wzbudza retoryka Kaczyńskiego, który w antyliberalnym dyskursie kwestionuje możliwość funkcjonowania państwa jako organizmu silnego, ale jednak wyraźnie ograniczonego w swoich kompetencjach, zwłaszcza tam, gdzie dotyczą one sfery obywatelskich wolności.

Retoryka i praktyka

Wątpliwości można wymienić więcej. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Polska potrzebuje zmiany władzy jak kania dżdżu, a głównym motorem takiej zmiany może być obecnie tylko PiS. Retoryka polityków zwykle różni się mocno od praktyki, dziś jednak za praktykę – fatalną – możemy oceniać jedynie PO. Aby ocenić ofertę Prawa i Sprawiedliwości, musimy sięgnąć do dwóch zaledwie lat sprawowania władzy przez to ugrupowanie oraz do dzisiejszych wypowiedzi jego przedstawicieli.
Zastrzeżenia wobec propozycji, jakie dziś słyszymy, nie są bezwarunkowe; możemy oczekiwać kolejnych odsłon i doprecyzowania programu. Zarazem jednak nie ma powodu, aby nie analizować i nie zgłaszać wątpliwości wobec planów partii, która ma dziś największe szanse, aby rządzić Polską po kolejnych wyborach. Paradoksalnie można mieć nadzieję, że wielu swoich zapowiedzi Jarosław Kaczyński znowu nie spełni, o wielu sprawach zaś, które ma zamiar załatwić, nie wspomina.

Autor jest komentatorem dziennika „Fakt”

POLECAMY

KOMENTARZE