Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

PiS znów u władzy

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Darek Golik
Można się spodziewać, że drugi rzšd Jarosława Kaczyńskiego wprowadziłby w życie tak populistyczne, antyrynkowe rozwišzanie jak oskładkowanie umów cywilnoprawnych czy usztywnienie kodeksu pracy – pisze publicysta.
„– A pan z kim może wejœć w sojusz? – Ja? Nie wiem. Może z Adamem Lipińskim. (œmiech)”.

Ten fragment ostatniego wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla tygodnika „Do Rzeczy” jest bardzo charakterystyczny. W nim – i w paru innych jeszcze miejscach tej rozmowy – można wyczuć arogancję i protekcjonalnoœć wobec ewentualnych koalicjantów, których PiS po kolejnych wyborach może przecież potrzebować. Polska potrzebuje zmiany władzy jak kania dżdżu, a głównym motorem takiej zmiany może być obecnie tylko PiS
Można także założyć, że Jarosław Kaczyński jest autentycznie przekonany, iż w 2015 roku zyska możliwoœć samodzielnego rzšdzenia. Do tego jednak potrzebna jest większoœć w Sejmie. Każdy inny wariant względnej wygranej PiS rodzi niebezpieczeństwo, że przegrani utworzš koalicję rzšdzšcš przeciwko partii Kaczyńskiego.
Byłoby to oczywiœcie rozwišzanie ogromnie niebezpieczne politycznie i społecznie. Nietrudno wyobrazić sobie emocje wyborców PiS, których ugrupowanie zostałoby odsunięte od władzy mimo wyborczego zwycięstwa. A przecież taki wariant nie jest nieprawdopodobny. Tym bardziej dziwi lekceważšcy stosunek prezesa PiS do potencjalnych sprzymierzeńców.

Fałszywa definicja

Jakkolwiek jednak wyglšdałaby powyborcza arytmetyka, coraz pewniejsze wydaje się, że najbliższe wybory parlamentarne dadzš władzę Prawu i Sprawiedliwoœci. Skoro zaœ PiS jest przyszłš partiš rzšdzšcš, warto się zastanowić, jak jego rzšdy mogłyby wyglšdać.
Co ciekawe, zwolennicy ugrupowania Kaczyńskiego widzš sytuację w całkiem inny sposób. Uniesieni falš entuzjazmu wobec rosnšcych sondaży na każdš próbę krytycznej oceny oferty wspieranego przez nich ugrupowania reagujš niechętnie, twierdzšc, że to podkopywanie szans na zwycięstwo. Dziwna to reakcja. Owszem, najważniejsza jest nadal ocena tych, którzy sprawujš realnš władzę, ale właœnie teraz, gdy szanse opozycji na zwycięstwo rosnš, mamy prawo zastanawiać się nad jej propozycjami. Wynalazkiem PiS sprzed oœmiu lat było ostre przeciwstawienie liberalizmu solidarnoœci społecznej. Przeciwstawienie tyleż efektowne i jednorazowo skuteczne, ile całkowicie fałszywe, a nawet kłamliwe. W ostatnim czasie PiS ponownie uderza w ten ton, nawet wzmacniajšc swój przekaz, i obecnie wydaje się to lejtmotywem jego retoryki.
„Z hasłami »Zero państwa«, »Zero zasad«, »Zero empatii«, »Zero solidarnoœci społecznej« nie jest nam pod drodze” – powiada w „Do Rzeczy” Kaczyński. Definiowanie liberalnego (w sferze gospodarczej i społecznej, nie œwiatopoglšdowej) paradygmatu takimi hasłami jest zwykłym fałszem. W dodatku – wzišwszy pod uwagę wiedzę i inteligencję Kaczyńskiego – fałszem niewštpliwie œwiadomym. To klasyczny przypadek kreowania wroga według własnych potrzeb. Nie miejsce tu na szerszš dyskusję o liberalizmie jako programie społecznym i gospodarczym, trzeba być jednak ignorantem lub fanatycznym socjalistš, by uwierzyć, że zakłada on „zero państwa”, „zero solidarnoœci społecznej” czy „zero zasad”. Zwłaszcza to ostatnie stwierdzenie jest absurdalne, gdyż liberalny paradygmat zakłada coœ wręcz przeciwnego: państwo ograniczone, ale bardzo silne, egzekwujšce bezwzględnie na zasadzie absolutnej równoœci wobec wszystkich zasady tworzšce uczciwe pole gry. Od biedy można uznać, że Kaczyński opisuje nie liberalizm, ale jego wypaczonš postać, a właœciwie – niegdyœ modne okreœlenie – kapitalizm polityczny realizowany przez polskie pseudoliberalne siły, do których bez żadnych wštpliwoœci można zaliczyć Platformę. Jej rzšdy nie majš bowiem wiele wspólnego z autentycznym liberalizmem. Lecz nawet przy takim założeniu trzeba uznać, że jest to działanie wyjštkowo szkodliwe.

Ludzie i instytucje

Pamiętać trzeba oczywiœcie, że przedwyborcza retoryka i praktyka rzšdzenia mogš od siebie odstawać. To PiS faktycznie obniżył podatki, wprowadzajšc dwie stawki PIT, oraz zmniejszył składkę rentowš na ZUS. Formalnie liberalna Platforma tymczasem podwyższyła obcišżenia obywateli zapewne bardziej niż jakakolwiek inna partia w czasie swoich rzšdów. Nie można zatem wykluczyć, że podobnie byłoby po ponownym objęciu rzšdów przez PiS. Tymczasem jednak wiele wskazuje, że praktyka będzie przypominać retorykę. Jeœli – jak spekulujš komentatorzy – resort pracy miałby objšć Janusz Œniadek, były przewodniczšcy „Solidarnoœci”, oraz jeœli zacieœniać się będzie sojusz PiS z „Solidarnoœciš” Piotra Dudy – można się spodziewać wprowadzenia w życie tak populistycznych, antyrynkowych rozwišzań jak oskładkowanie umów cywilnoprawnych czy usztywnienie kodeksu pracy. Szczególnie jeżeli w przyszłym rzšdzie zabrakłoby przeciwwagi dla skrzydła socjalnego w postaci mocnego liberała w jednym z kluczowych resortów gospodarczych. „My mówimy jasno – co do paradygmatu liberalnego mamy daleko idšce wštpliwoœci” – mówi Jarosław Kaczyński, chyba doœć jasno okreœlajšc, jakie miejsce w programie działania jego partii mogš mieć liberalne rozwišzania. Drugi problem, który widać było wyraŸnie podczas dwuletnich rzšdów PiS, to sposób, w jaki zmieniane ma być państwo. Najogólniej rzecz bioršc, sposoby sš dwa: poprzez ludzi i poprzez instytucje. Który z nich ma więcej zalet, pozostaje sprawš do dyskusji. Większoœć zgodziłaby się zapewne, że najlepszym rozwišzaniem jest zastosowanie obu w odpowiednich proporcjach. Jarosław Kaczyński podczas swoich rzšdów preferował jednak sposób „na ludzi”. Pytany o tę sprawę w wywiadach, przyznawał, że zaufane osoby na kluczowych stanowiskach sš jego zdaniem kluczem do naprawy sytuacji. Za rzšdów PiS doszło do dwóch istotnych zmian instytucjonalnych: powołania Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz rozwišzania Wojskowych Służb Informacyjnych. Obie były podporzšdkowane naczelnej linii programowej PiS z 2005 r., czyli walce z „układem”, co oczywiœcie nie oznacza, by były bezzasadne. Przeciwnie – były potrzebne i w pełni uzasadnione. Jednak w innych dziedzinach – choćby w wymiarze sprawiedliwoœci, policji czy systemie administracji – zasadniczych instytucjonalnych zmian nie było. Wszędzie tam obowišzywała zasada „na zaufanego towarzysza”.

Potrzeba zmian

Jeœli chodzi o przyszłe zamiary PiS, wiemy o jednej ważnej planowanej zmianie instytucjonalnej: ponownym podporzšdkowaniu prokuratury Ministerstwu Sprawiedliwoœci. To jednak tylko powrót do poprzedniego stanu rzeczy, trudno zatem mówić o faktycznej zmianie. Inne kwestie, takie jak przywrócenie Ministerstwu Spraw Wewnętrznych nadzoru nad administracjš czy powołanie Ministerstwa Energetyki majš już mniejszy kaliber i sš bardzo łatwe do odwrócenia. Roszady w kompetencjach ministerstw sš już standardem przy zmianie władzy. Tymczasem widać kilka dziedzin, w których można by sobie życzyć daleko posuniętych i œmiałych zmian systemowych. Wymiar sprawiedliwoœci, a dokładnie – korporacja sędziowska; system akademicki, gdzie coraz więcej pracowników naukowych gotuje się z frustracji zwišzanej choćby ze sposobem przyznawania stopni naukowych; policja będšca coraz bardziej chorym organizmem; aparat skarbowy, którego apetyt na informacje o obywatelach roœnie nieustajšco, a który robi się coraz bardziej drapieżny; system podatkowy; media publiczne i inne dziedziny, gdzie wstawienie swojego zaufanego człowieka nie rozwišże żadnego problemu, a jeœli nawet, to na krótko. PiS ma jednak z takim myœleniem problem – i nie jest tu wyjštkiem. Większoœć instytucjonalnych zmian musiałaby bowiem oznaczać uniezależnienie od bieżšcych potrzeb władzy, tak aby z instrumentów nacisku nie mogła korzystać także kolejna ekipa, która nastanie. To zaœ oznaczałoby pozbawienie się ich samemu. Trzeci kłopot jest zwišzany z relacjš pomiędzy państwem i obywatelem. Kto pamięta kampanię z 2005 r., musiał dostrzec już wtedy rażšcš dysproporcję pomiędzy uwagš, jakš Jarosław Kaczyński poœwięcał kontrolowaniu obywateli i obywatelskim wolnoœciom. Dziœ oczywiœcie wiemy, że w latach 2005–2007 obywatelskie swobody nie były gwałcone, wbrew absurdalnym opowieœciom osób w rodzaju Marka Kondrata czy Waldemara Kuczyńskiego. Nic strasznego się pod tym względem nie działo, a poziom kontroli nad Polakami był całkiem niski w porównaniu z czasem rzšdów Platformy (rzekomo) Obywatelskiej. Nie zmienia to faktu, że tę dysproporcję widać nadal. Mówišc najogólniej, wydaje się, że temat zagwarantowania obywatelom wolnoœci od nadmiernego nadzoru państwa nie jest ulubionš dziedzinš Kaczyńskiego. Owszem, w niektórych sprawach mamy obietnice zmian na lepsze – tak jest choćby w kwestii sšdowego nadzoru nad rodzinš. Ale już tam, gdzie mowa jest o uprawnieniach służb czy skarbówki, nie wiadomo właœciwie nic. W tym kontekœcie pewien niepokój wzbudza retoryka Kaczyńskiego, który w antyliberalnym dyskursie kwestionuje możliwoœć funkcjonowania państwa jako organizmu silnego, ale jednak wyraŸnie ograniczonego w swoich kompetencjach, zwłaszcza tam, gdzie dotyczš one sfery obywatelskich wolnoœci.

Retoryka i praktyka

Wštpliwoœci można wymienić więcej. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że Polska potrzebuje zmiany władzy jak kania dżdżu, a głównym motorem takiej zmiany może być obecnie tylko PiS. Retoryka polityków zwykle różni się mocno od praktyki, dziœ jednak za praktykę – fatalnš – możemy oceniać jedynie PO. Aby ocenić ofertę Prawa i Sprawiedliwoœci, musimy sięgnšć do dwóch zaledwie lat sprawowania władzy przez to ugrupowanie oraz do dzisiejszych wypowiedzi jego przedstawicieli. Zastrzeżenia wobec propozycji, jakie dziœ słyszymy, nie sš bezwarunkowe; możemy oczekiwać kolejnych odsłon i doprecyzowania programu. Zarazem jednak nie ma powodu, aby nie analizować i nie zgłaszać wštpliwoœci wobec planów partii, która ma dziœ największe szanse, aby rzšdzić Polskš po kolejnych wyborach. Paradoksalnie można mieć nadzieję, że wielu swoich zapowiedzi Jarosław Kaczyński znowu nie spełni, o wielu sprawach zaœ, które ma zamiar załatwić, nie wspomina.

Autor jest komentatorem dziennika „Fakt”
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL