Społeczeństwo

Niemowlę do domu dziecka

Fotorzepa, Danuta Matloch
Sąd w Lubinie lekką ręką odebrał matce pięciomiesięczną córkę. Aby ją zobaczyć kobieta musi jechać 60 kilometrów.
Działania sądu to kolejny bulwersujący przykład ingerencji w rodzinę. Od stycznia Małgosia, córka pani Kornelii Zdańskiej, na mocy decyzji sądu przebywa w oddalonym o 60 km od jej mieszkania Domu Małego Dziecka w Jaworze.
Sęk w tym, że dowody w sprawie są dość błahe. Dowodzą tego nie tylko ustalenia „Rz", ale także orzeczenie sądu II instancji z 30 kwietnia. Sąd Okręgowy w Legnicy zarzucił bowiem sądowi rejonowemu łamanie procedur i brak dogłębnej analizy. Uchylił postanowienie i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. Mimo tego córka pani Kornelii wciąż przebywa w domu dziecka. – Sąd zamiast chronić więzi rodzicielskie, co jest absolutnym priorytetem w prawie rodzinnym, zastosował zasadę nieufności wobec rodziny – mówi mec. Olgierd Pankiewicz, który podjął się obrony interesów matki i Małgosi w sądzie.
Kornelia Zdańska wychowuje samotnie dwie córki – Małgorzatę i trzyletnią Anetę. W grudniu pojechała z nimi do szpitala w Lubinie. Spędziła tam trzy noce na krześle obok łóżka młodszej córki, zajmując się też starszą. Była drażliwa, przez co naraziła się personelowi szpitala. Lekarze z Legnicy wysyłając w styczniu dziecko do szpitala we Wrocławiu, przekazali o niej negatywną opinię. Doszło tam do kolejnych tarć i lekarze zawiadomili sąd rodzinny, że matka zachowuje się „niepokojąco". Ten zadziałał bardzo szybko. Już 18 stycznia wydał postanowienie o umieszczeniu dziecka w pieczy zastępczej. Zastosował przy tym najdrastyczniejszy środek: wprost ze szpitala dziecko trafiło do domu małego dziecka oddalonego o 60 km od miejsca zamieszkania matki, która nie dysponuje samochodem, nie jest też osobą majętną. Przez to kontakty z maleńkim dzieckiem są utrudnione. Jakimi przesłankami kierował się sąd? Powołał się na „niepokój lekarza prowadzącego małoletnią na temat stanu zdrowia psychicznego matki" oraz „zdanie lekarzy (bliżej nieokreślonych – red.), iż uczestniczka postępowania w sposób niewłaściwy i zagrażający życiu dziecka opiekuje się małoletnią" i „że kontakt z matką jest utrudniony, sprawia ona wrażenie, że nie rozumie zaleceń, nie przestrzega ich, popełnia błędy w karmieniu, nieprawidłowo trzyma i układa dziecko, uporczywie czyści sprzęty znajdujące się na sali, a także to, iż lekarze (bliżej nieokreśleni – red.) obawiają się wydać dziecko matce po zakończeniu leczenia". – Trudno wymagać od matki zajmującej się chorym maleństwem, która spędziła w szpitalu kilka nocy, by była kwitnąca – mówi Aleksandra Januszewska ze Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznika Praw Rodziców, która zna tę sprawę. Sądowi wystarczył „niepokój" lekarzy o dziecko, by odebrać je matce na wiele miesięcy

A prawo do obrony?

Pełnomocnik matki w marcu złożył wnioski o zmianę postanowienia i przywrócenie matce opieki przynajmniej na czas trwania postępowania przed sądem. Ten jest jednak nieugięty. Na początku kwietnia oddala wniosek, uznając, że „materiał dowodowy w dalszym ciągu nie daje podstaw do tego, by małoletnia Małgorzata Zdańska mogła zostać oddana pod opiekę matki". Sąd podaje w uzasadnieniu m.in., że „w kontaktach matki z dzieckiem pracownicy placówki nie zaobserwowali zabawy z dzieckiem, nawiązywania kontaktu głosem, mimiką, śmiechem". W zażaleniu adwokat zauważa m.in., że takie postępowanie narusza prawa procesowe, bo sąd nie rozważa wszystkich dowodów i nie uwzględnia wszystkich okoliczności sprawy. Przyjmuje też arbitralnie, że zachodzą okoliczności uzasadniające utrzymywanie w mocy umieszczenia dziecka w domu dziecka. Wskazuje ponadto, że dziecko przebywa tam przez trzy miesiące bez przeprowadzenia rozprawy. – To niedopuszczalne – mówi Pankiewicz. Adwokat wnosi o zmianę postanowienia i powrót dziecka do domu na czas prowadzonego postępowania. Domaga się przeprowadzenia dowodów, m.in. przesłuchania świadków. Nie przynosi to rezultatu. Wreszcie sprawa trafia do sądu II instancji. W orzeczeniu wydanym 30 kwietnia sąd okręgowy uchyla dotychczasowe postanowienie i uwzględnia zażalenie. Zarzuca sądowi rejonowemu „nieważność postępowania", wskazuje, że dobro dziecka nie jest zagrożone, a matka „została pozbawiona możliwości obrony swych praw". Sąd akcentuje też, że Ośrodek Pomocy Społecznej w Polkowicach przekonywał, że matka może samodzielnie zajmować się dziećmi. Zwraca sprawę do rozpoznania sądowi I instancji, ale nie wypuszcza dziecka. – W ciągu najbliższych dni sąd powinien wyznaczyć termin rozprawy. Mam nadzieję, że wtedy pozwoli wrócić Małgosi do domu – podkreśla Pankiewicz. Zwraca uwagę, że dopiero teraz sąd przeprowadzi właściwą procedurę, mimo że powinno zostać to zrobione od początku. – Powinien badać, czy w ogóle są podstawy, by ograniczać władzę rodzicielską, a nie rozważać, czy dziecko oddać matce – mówi.

Skazani na klęskę

– Ta historia od samego początku jest dziwna – mówi Mariusz Skrobisz, asystent rodzinny OPS w Polkowicach zajmujący się panią Kornelią. – W mojej ocenie matka może zajmować się dziećmi, zwłaszcza przy takiej jak obecnie współpracy z nami. Od początku jej pomagałem, by decyzja sądu została zmieniona. Jest ona dla niej krzywdząca – mówi Skrobisz. Relacjonuje, że starsza córka chodzi do przedszkola, a patrząc na to, jak matka się nią zajmuje, nie widzi żadnego zagrożenia dla młodszego dziecka. Podobnie mówi Aleksandra Januszewska: – Z moich kontaktów z panią Kornelią wynika, że w normalny sposób zajmuje się ona swoją starszą córką. – To kolejny dowód, że sądy działają w stosunku do rodzin zbyt pochopnie, można wręcz powiedzieć opresyjnie – mówi Paweł Woliński, prezes Fundacji Mama i Tata. – Gdyby nie pomoc profesjonalnego adwokata, to osoba tego stanu majątkowego i z takim doświadczeniem życiowym nie miałaby szans na odzyskanie dziecka – podkreśla Skrobisz.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL