Podlasie

Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki: Zapach Arizony i Utah na Podlasiu

Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki.
materiały prasowe
Jestem dumny z Białegostoku, bo to piękne miasto z potencjałem – mówi Sławomir Popławski, aktor Teatru im. Węgierki.

Rz: 29 grudnia czeka nas premiera „Autostrady" w Teatrze im. Węgierki w Białymstoku. O czym jest ten spektakl, w którym zagra pan główną rolę?

Sławomir Popławski: Ma przede wszystkim dać nadzieję ludziom, którzy znaleźli się w sytuacji niespodziewanej tragedii. Odpowiada na pytanie „jak przejść ze stanu totalnego załamania do znalezienia nadziei i sensu życia?". Charlie Cox jako życiowy przeciętniak nie dałby sobie rady, gdyby nie przypadek – spotkanie kobiety życia. By wszystko nie było za proste, sprawę komplikuje odwieczny konflikt śmierci i miłości. Obie występują w sztuce w odrealnionej postaci i mają swoje do zrobienia. Czasami trzeba dotknąć śmierci, by zacząć żyć. Aby nie było nazbyt tragicznie – „Autostrada" jest napisana z humorem i lekko.

Czy zdarzyły się panu bądź wśród znajomych, w rodzinie – sytuacje, które zmuszały do namysłu nad spotkaniem ze śmiercią?

Tak. Niestety spotkała mnie taka sytuacja, kiedy na chorobę Alzheimera zapadła moja mama. Choroba początkowo rozwijała się podstępnie, a potem, po kilku latach, mama odeszła. Wcześniej, tak jak przywoływana w spektaklu sąsiadka głównego bohatera, była karmiona, pielęgnowana i otoczona troską. Kiedy kilkakrotnie dotykamy podobnej sytuacji na scenie, mam przed oczami moje osobiste, bardzo bolesne doświadczenie.

Jak współpracuje się panu z reżyserem Andrzejem Mastalerzem? Znaliście się wcześniej?

Z Andrzejem spotkałem się dziesięć lat temu na planie filmu „Zgorszenie publiczne", zrealizowanego na Śląsku. A jak to bywa w filmie, czas spędza się głównie na czekaniu, więc mieliśmy okazję się poznać. Kilka lat później Andrzej zagrał gościnnie w naszym teatrze i wtedy zaproponował ówczesnej dyrekcji realizację „Autostrady". Do powstania spektaklu z różnych powodów nie doszło, ale ja otrzymałem w prezencie egzemplarz scenariusza. Teraz, w innych okolicznościach, wróciliśmy do związanego z nim pomysłu. Warto zauważyć, że „Autostrady" nikt wcześniej w Polsce nie wystawiał. Będzie to polska prapremiera, grana u nas na scenie kameralnej. Forma i środki wyrazu aktorskiego są dobierane według zasady szlachetnej skromności, a Andrzej podchodzi do pracy w sposób wręcz jubilerski, gdy chodzi o analizę czy propozycje wspomnianych wcześniej środków aktorskich. To przykład spektaklu robionego z pasji i marzeń, a nie na zamówienie repertuarowe. Andrzej miał ten tekst głęboko w sercu i czuć to w pracy nad nim.

Można pana oglądać na scenie Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki od 1988 roku, ostatnio w spektaklach „Trans-Atlantyk" i „Popiełuszko". Jak by pan określił te różne role?

Te dwa spektakle to zupełnie dwa inne światy. W „Trans-Atlantyku" grałem postać Ciumkały – jednego z trzech nierozłącznych właścicieli firmy „Koński Psi Interes". Postaci te są barwną częścią przedwojennej Polonii w Argentynie opisanej przez Gombrowicza, a pokazane w spektaklu bardzo zespołowym, sprawnie zrealizowanym przez Jacka Jabrzyka. Z kolei w „Popiełuszce" gram postać zdecydowanie negatywną – oficera SB. Sam spektakl okazał się przedsięwzięciem trafionym i oczekiwanym. Jeśli jest grany – zawsze mamy 100-procentową frekwencję. W tym sezonie miałem również premierę „Mayday", w którym gram Stanleya Gardnera, a za chwilę będę Charliem w „Autostradzie". Teatr w takim mieście jak Białystok musi zaspokajać oczekiwania szerokiego spektrum widzów, dlatego przychodzi nam mierzyć się z różnymi zadaniami. To jest dla aktora bardzo rozwijające.

A co pan sobie najbardziej ceni w białostockim dorobku?

Przez dwadzieścia kilka lat zagrałem kilkadziesiąt różnych ról, z czego najbardziej cenię sobie rolę Sganarela w „Don Juanie", Senatora w „Dziadach III", czy Valene'a Connora w „Samotnym Zachodzie". Miło wspominam również udział w spektaklu „Scenariusz dla trzech aktorów" czy „Seksie nocy letniej" Woody'ego Allena – przedstawieniu, które ostatnio zagraliśmy już po raz 150. Doceniam pracę z reżyserami, dzięki którym mam możliwość odkrycia w sobie nowych możliwości. Lubię pracować nad rolami, które są – wydawałoby się – wbrew moim warunkom psychofizycznym. Przynosi mi także frajdę i radość udział w spektaklach, gdzie mam możliwość improwizacji czy bezpośredniego kontaktu z widzem.

Który z reżyserów był dla pana najbardziej inspirujący?

Do Białegostoku zostałem zaproszony po raz pierwszy przez dyrektora Andrzeja Jakimca. To były lata 80. i pracowałem wtedy w teatrze w Tarnowie. Andrzej Jakimiec tworzył teatr, który wychodził poza ramy scen repertuarowych i siedzibę instytucji. W tamtych latach nie było oczywiste, żeby grać na środku jeziora, w skansenie czy w żwirowni. Duży wpływ na mój rozwój i postrzeganie aktorstwa miał także Waldemar Śmigasiewicz, z którym kilkakrotnie miałem okazję pracować w Białymstoku. Waldek miał znakomite zdolności reżysersko-pedagogiczne i starał się nam wpajać, że dobre samopoczucie aktora na scenie niekoniecznie służy jego rozwojowi. Bardzo sobie cenię nie tylko spotkanych w Białymstoku reżyserów, ale także scenografów i innych realizatorów. Miałem przyjemność grać w kostiumie zaprojektowanym przez profesora Andrzeja Strumiłłę, który doskonale wyczuł klimat „Wiśniowego sadu", a to bardzo pomogło mi w wykreowaniu dość charakterystycznej postaci Borysa Piszczyka. W czasach, kiedy inscenizacje są rozbudowane i muszą być atrakcyjne dla widza, nie mogę zapomnieć współpracy z choreografami Mikołajem Mikołajczykiem i Maćkiem Zakliczyńskim.

Ma pan również doświadczenia w pracy serialowej. Czy to odskocznia od teatru, sposób na większe pieniądze czy też przygoda?

Wszystko w jednym. Trafiłem do teatru z filmu. Jako młody chłopak byłem członkiem AKF im. A. Munka w Sosnowcu – klubu na tamte czasy bardzo uznanego i cenionego. Grywałem w filmach, zostałem nawet laureatem ogólnopolskiego festiwalu filmu niezależnego w Polanicy. Praca w filmie uruchamia specyficzny środek ekspresji aktorskiej. To ciekawa, fajna przygoda, tak jak praca w reklamie. Czasami przy odpowiednich warunkach można stworzyć kilkunastosekundowe perełki. Ale teatr jest najszlachetniejszą formą aktorską.

Nie pochodzi pan z Podlasia. Jak pan się tu zakorzeniał?

Kiedy przyjechałem pierwszy raz w 1988 r., nie za bardzo się zakorzeniłem. Po dwóch latach, z powodów osobistych, wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Miało to trwać kilka miesięcy, a wydłużyło się do ośmiu lat. Mogłem dobrze prosperować w Ameryce, ale ciągle czegoś mi brakowało – realizacji marzeń. Postanowiłem wrócić, ale realia były już inne. Pod koniec lat 90. niełatwo było się dostać do zespołu aktorskiego i otrzymać etat. Na szczęście wróciłem do teatru, który znałem, w którym mnie jeszcze pamiętano. Dzięki uprzejmości Andrzeja Karolaka udało mi się grać gościnnie, a po jakimś czasie zostałem zaproszony do zespołu. Założyłem tu rodzinę, mam dwójkę dzieci. Czuję się tu dobrze i jestem doceniony. Bardzo szanuję to, co tutaj robię.

W Ameryce był pan m.in. kierowcą tira. Czy to doświadczenie pomogło w zrozumieniu „Austostrady"?

Historia bohatera „Autostrady" jest uniwersalna. Mogłaby się wydarzyć w każdym miejscu na świecie. Ale oczywiście dzięki mojej amerykańskiej przygodzie wiem trochę więcej o amerykańskich realiach, znam tamte miejsca, a nawet kojarzę zapach gór w stanie Utah czy pustyni w Arizonie. Wielokrotnie nocowałem w motelach, w jakich rozgrywa się akcja naszego spektaklu. A to działa na wyobraźnię.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL