Pawł Huelle, autor powieści „Śpiewaj ogrody": Niemiecka perła w polskiej koronie

aktualizacja: 12.09.2016, 23:00
Foto: Fotorzepa/Sławomir Mielnik

Z pisarzem Pawłem Huelle, który akcję swojej ostatniej powieści „Śpiewaj ogrody" umieścił w Gdańsku Oliwie, rozmawia Michał Stankiewicz.

REDAKCJA POLECA

Rz: Czuje się pan Gdańszczanofilem?

Paweł Huelle: To za dużo powiedziane.

Można dojść do takiego wniosku śledząc pana twórczość.

Rzeczywiście, jestem związany z moim miastem wieloma nićmi. Tutaj się urodziłem w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Dzieciństwo, młodość, studia, pierwsze próby literackie, wreszcie wchodzenie w dorosłe życie pod znakiem Solidarności, wszystko to zdarzyło się tutaj. Ale – jeśli ktoś mówi, że jestem pisarzem gdańskim – uważam to za nieporozumienie. Czy na przykład Antoni Libera jest pisarzem warszawskim? Albo Janusz Szuber poetą sanockim? Każdy z nich wykorzystuje w swoich utworach bliskie mu przestrzenie. Poza tym – nie ma przecież gdańskiego języka. Był przed wojną rodzaj dialektu gdańskich Niemców, ale to archeologia.

Ale umieszcza pan akcje swoich książek w większości w Gdańsku.

Tak.

Czym się Gdańsk wyróżnia na tle innych miast? Co jest w nim takiego wyjątkowego, że poświęca mu pan aż tyle miejsca w tworzonych przez siebie fabułach?

Na pewno miał dużo bardziej skomplikowaną historię niż Kraków, Warszawa, a może nawet Lwów, skąd pochodzi część mojej rodziny. Komplikacja wynika z historii. Kiedyś było to miasto należące do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Zresztą mówiło się w oficjalnych dokumentach: królewskie, hanzeatyckie, kupieckie Wolne Miasto Gdańsk. Wolne w tym znaczeniu, że posiadało wśród innych miast Rzeczypospolitej największe uprawnienia – dziś powiedzielibyśmy – samorządowe. Żadne z ówczesnych miast nie posiadało na przykład prawa do bicia własnej monety. Gdańsk takie prawo miał, na mocy przywileju Kazimierza Jagiellończyka. W gruncie rzeczy było wielkim emporium kupieckim, głównie niemieckojęzycznym, ale nie wyłącznie. W XVII wieku liczyło więcej mieszkańców niż ówczesny Paryż. Jego obroty handlowe należały do największych pośród portów Europy. Oczywiście napięcie pomiędzy kupiecką republiką, a polską koroną, wielokrotnie dawało o sobie znać, choćby w postaci zbrojnego konfliktu między Gdańskiem, a królem Stefanem Batorym. Wtedy nie był to jeszcze konflikt narodowościowy. Szło o uznanie zwierzchnictwa i podatki. Duże sumy.

Były też jednak okresy udanej symbiozy...

Oczywiście. Korzystnej dla obu stron. Bestsellerem wydawniczym polsko – niemiecko - gdańskiego pogranicza były słynne Dialogi (Viertzig) Nicolausa Volckmara. Wybitny profesor Gimnazjum Akademickiego w Gdańsku doskonale wyczuł potrzebę tamtego czasu. Wydane po raz pierwszy w roku 1612 w Toruniu Dialogi, miały wiele następnych edycji. Książka była nowatorska, bo nie zaczynała od gramatyki, ale podawała setki potocznych zwrotów. Zwłaszcza w kupieckim mieście okazywały się niezwykle przydatne.

Handel zawsze łączy. A różni polityka.

Tak. Dopóki Rzeczpospolita była silna i jej eksport przynosił nadwyżki, koegzystencja obu republik – kupieckiej i szlacheckiej –znajdowała się pod dobrą gwiazdą. Norman Davies nazwał ówczesny Gdańsk niemiecką perłą w polskiej koronie. Trudno o lepsze sformułowanie. Wszystko jednak przemija. Rzeczpospolitą wyczerpały wojny szwedzkie, powstanie Chmielnickiego, spadło europejskie zapotrzebowanie na zboże, drewno i potaż spławiane Wisłą. Pod koniec XVIII wieku Gdańsk był już tylko cieniem swojej dawnej świetności. Gdańskie wspomnienia młodości Joanny Schopenhauer pokazują miasto w tym epickim zachodzie słońca. Podobnie jak ryciny Daniela Chodowieckiego. Po aneksji miasta przez Prusy (z ratusza usunięto natychmiast portrety królów polskich, przed którymi kolejni burmistrzowie składali przysięgę wierności) Gdańsk stanowił piękną – ale już tylko pamiątkę. Bardzo szybko stał się prowincjonalnym, garnizonowym miastem pruskim.

Czyli wyjątkowość Gdańska widzi pan głównie w jego historii, wielokulturowości. Choć Wrocław i Szczecin mają podobną historię.

O wielokulturowości Gdańska do schyłku XVIII wieku należy mówić nie tyle ostrożnie, co rzeczowo. Kolonie kupców angielskich, francuskich, holenderskich, rosyjskich – istniały jako coś naturalnego. Równie naturalnym na ulicach miasta był język polski, czy mowa kaszubska. Nazwy dzielnic – Nowe Szkoty i Stare Szkoty do dziś mówią za siebie. W genealogiach gdańskich rodów kupieckich, burmistrzów, a zwłaszcza w architekturze miasta, odnajdziemy wiele śladów niderlandzkich. Przeważał jednak język niemiecki. To w przyszłości – już XIX-wiecznej – stało się zaczynem zacierania wszelkich śladów związania z Polską oraz narastania tendencji wielkoniemieckich.

Co do Wrocławia i Szczecina istnieją pewne podobieństwa, ale jeszcze większe różnice. Żadne z tych miast nie było tak mocno związane z Polską. Ani gospodarczo, ani politycznie, ani kulturowo, czy wreszcie sentymentalnie. W żadnym z tamtejszych ratuszy nie wisiały portrety kolejnych polskich monarchów. O żadnym z tych miast nie napisał Mickiewicz – „Gdańsk, miasto niegdyś nasze, znowu będzie nasze". Na marginesie – wileński profesor greki – Groddeck – nauczający naszego wieszcza języka Homera, wcześniej był profesorem Gimnazjum Akademickiego w Gdańsku.

W pana powieściach najczęściej pojawia się historia współczesna, XX-wieczna. I wciąż ten splot losów Niemców i Polaków. Jak w ostatniej powieści „Śpiewaj ogrody", gdzie widzimy zarówno Gdańsk międzywojenny, jak i już polski, tuż po wojnie.

To moment znaczący. Swoisty punkt zero. Wchodzenie w cudzą, niemiecką przestrzeń, nie z własnej winy, nie z wyboru, ale z wyroku historii. Dla pokolenia moich rodziców było to trudne wyzwanie. Dla mojej generacji bardziej dziwne niż trudne. Czymś w rodzaju połączenia fascynacji z dreszczykiem emocji. Rodzice mieli straszną traumę wojny. Dla nas znaleziony na strychu klaser z kolekcją fuhrerów, niemiecki hełm wykopany w zarosłym krzakami okopie, jednoguldenowa moneta z czasów Wolnego Miasta były – przy całej swojej dwuznaczności – jak okruchy z jakiejś Atlantydy. Trzeba było lat, żeby uświadomić sobie, że miasto – zwłaszcza na obrzeżach – miało nieco inną historię. Że był jakiś pan Polaske, socjaldemokrata, którego zesłano do Stutthofu. Że była jakaś pani Greta, która – niemal nie znając polskiego, została w domu przy ulicy Polanki, ponieważ czekała tu na męża. To były inne okruchy, okruchy ludzkich losów z tej samej Atlantydy. W szkole obowiązywał prosty schemat: Hitler, wojna, Westerplatte, Stutthof. No i odwieczna polskość. Ale już o działaczach Polonii w Wolnym Mieście – nie tylko tych zamordowanych – prawie słowa. Historia ulicy Długiej na Głównym Mieście była opowiadana głównie jako ciąg tryumfalnych wjazdów polskich królów. Z kolei – przypomnę – w niemieckich szkołach w przedwojennym Gdańsku – pomijano ten aspekt historii miasta.

Dzisiaj to się nazywa polityką historyczną.

Tak, ale żyjemy w innych czasach. Polsko niemieckie porozumienie, sąsiedztwo, współpraca osiągnęły, mimo różnych zgrzytów – jak ten z panią Steinbach, czy wypowiedzi niektórych polskich polityków – dobry poziom.

Pan z kolei stara się odkrywać niemieckość Gdańska, czyli to co zacierali komuniści, podobnie jak w Szczecinie czy Wrocławiu. To siłą rzeczy świeży nurt.

Dla mnie to już przeszłość. Odrobiłem lekcję, która została mi zadana przez miejsce urodzenia, a właściwie przez umowy zawarte w Jałcie. Więc już się nie staram, raczej robiłem to z ciekawości i poczucia, że w miejscu, w którym żyję są przestrzenie niejasne, niedopowiedziane, nieokreślone, zatarte. Nie jest to specyfika wyłącznie gdańska. Każde miasto ma takie obszary fizyczne, duchowe. Ale w Gdańsku to napięcie zwłaszcza w latach mojej młodości – było mocne.

Rozmawiamy w Parku Oliwskim, dlaczego wybrał pan akurat to miejsce?

To jeden z najpiękniejszych parków w Europie, łączy w sobie założenia angielskie, a z drugiej francuskie. Wielkie zasługi w jego uformowaniu miał opat tutejszych Cystersów Rybiński. Oliwa – po reformacji w Gdańsku – stała się przyczółkiem katolicyzmu, zwłaszcza, że luteranie przejęli wszystkie kościoły w mieście. Ale nie tylko historia jest tu ważna. Katedra, park, wzgórza porośnięte bukami – tworzą szczególny klimat tego miejsca.

Nie tylko to jednak było powodem wyboru miejsca. Tutaj rozgrywa się część akcji pańskiej powieści, a wraz z nią pewne wydarzenia.

W 1898 roku, 23 lipca spotkali się w altanie, przed którą teraz siedzimy, Rainer Maria Rilke i jego muza, ukochana, Lou Andreas-Salome.* On przyjechał z Italii, ona z Berlina. Zapewne spacerowali nie tylko po oliwskim parku. Możemy ich sobie wyobrazić na sopockim molo, na pokładzie spacerowego statku na Motławie, przy stoliku kawiarni we Wrzeszczu. Ale właśnie tu dokończyli wspólnie wiersz Rilkego, który znajduje się w Dzienniku schmargendorfskim poety, z podaniem daty i miejsca.

Tutaj też pan czerpie inspirację?

W Oliwie mieszkam od jedenastu lat. To najpiękniejsza dzielnica Gdańska, szerzej – Trójmiasta. Do parku mam dwa kroki. Często zachodzę do katedry. A potok oliwski, który wypływa ze wzgórz morenowych i zasila parkowe stawy, pamięta czasy, kiedy nie było tu jeszcze ani Kaszubów, ani Polaków, ani Cystersów, ani Szwedów, ani Prusów, ani Niemców. To uczy pokory wobec historii.

Nad czym pan teraz pracuje?

Nad sztuką Kursk. O katastrofie rosyjskiej łodzi podwodnej.

Czyli tym razem odejście od Gdańska.

Na dłuższy czas.

* 24 września 2016 w Parku Oliwskim zostanie uroczyście odsłonięta tablica poświęcona Rainerowi Mari Rilke i Lou Andres–Salome, ich spotkaniom i powstałemu tutaj wierszowi.

Paweł Huelle, pisarz, rocznik 1957, urodzony i związany z Gdańskiem, któremu poświęca wiele miejsca w swoich powieściach. Duży sukces odniósł dzięki powieści "Weiser Dawidek", wydanej w 1987 roku, której bohaterem jest żydowski chłopiec, a tłem dawny, niemiecki Gdańsk. Książka została przetłumaczona na wiele języków i ekranizowana.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE