Życie Pomorza Zachodniego

Świnoujście, a może Swinemunde?

Marek Kozubal
Fotorzepa / Kompala Waldemar
Niemcy przyjeżdżają tam na rowerach na obiad. Za posiłek mogą płacić w euro, i to według innego niż w stolicy kraju kursie. Gdzie granica się zatarła? W Świnoujściu.

W ostatnich dniach dwa razy przekraczałem granicę z Niemcami w Świnoujściu. I za każdym razem miałem wrażenie, że jestem w jednym miejscu – we wspólnej Europie.

W ostatnich latach poziom życia mieszkańców, stan infrastruktury miejskiej, a także odnowionych zabytków zdecydowanie się poprawił. Oczywiście polscy mieszkańcy tego miasta nie zarabiają jeszcze w euro tak jak Niemcy w sąsiednich miejscowościach. Ale kto wie? Może niebawem będzie to pierwsze miasto, które w pełni doszlusuje do poziomu naszego zachodniego sąsiada.

Miasto wraca przede wszystkim do tradycji uzdrowiska, z którego było znane przed wojną. Podobnie jak 44 wyspy, na których się znajduje, przyciąga jednak nie tylko zabytkami, historią, szerokimi plażami i specyficznym mikroklimatem, ale także dzikością przyrody. Miasto otaczają bowiem lasy, łąki, pastwiska i bagna, w rozlewiskach rzek mieszkają rzadkie ptaki. To w wodach tego regionu żyje 50 gatunków ryb i kilkadziesiąt gatunków ssaków (nie tylko najbardziej widocznych, niemal udomowionych dzików).

Przede wszystkim jest to jednak królestwo istot skrzydlatych, uznane przez Bird Life International (międzynarodową federację organizacji zajmujących się ochroną ptaków) za jedno z najważniejszych siedlisk ptaków. Ich liczbę szacuje się na 320. W tym miejscu można spotkać m.in. kormorana, ale także wodniczkę, nurogęś, rybitwę, czaplę, a przede wszystkim orła bielika. To istny raj dla ornitologów i miłośników bezkrwawych łowów z kamerą przy oku.

Do Świnoujścia Niemcy przyjeżdżają głównie na wypoczynek. Nie tylko jednak z powodów sentymentalnych, bo przecież przez wieki było to niemieckie miasto (w 1907 roku w Swinemunde gościli cesarz niemiecki Wilhelm II i car Rosji Mikołaj II), także dlatego, że poziom świadczonych usług hotelarskich, gastronomicznych, a także – co dla niemieckich gości jest ważne – związanych z rehabilitacją zdrowotną niczym nie odbiega od tych proponowanych w ich rodzinnym kraju. Za to ceny są zdecydowanie niższe. Dlatego nie zdziwiło mnie, gdy na miejskim placu zabaw przy drewnianej makiecie statku pirackiego bawiły się dzieci z Niemiec i Polski, a także – co też wydaje się dzisiaj normalne – z Ukrainy. Dla tych ostatnich, nowych obywateli Świnoujście to bowiem swoista ziemia obiecana. Tam mogą pracować i stosunkowo nieźle jak na ukraińskie warunki zarabiać.

Jaki jest efekt tej integracji? Podwójne ceny, w złotówkach i euro. A kurs europejskiej waluty został wyznaczony w taki sposób, aby łatwo można było go przeliczać w restauracjach, sklepach czy stacjach benzynowych. Dlatego w Świnoujściu euro kosztuje 4 złote.

Jedynym wstydliwym problemem tego miasta jest brak przeprawy mostowej na wyspę, gdzie zlokalizowane jest centrum. Do promu, którym można przepłynąć do śródmieścia i dalej do granicy z Niemcami, trzeba odstać w kolejce zwykle kilkadziesiąt minut. Prom nie jest powodem do naszej dumy. Tym bardziej że Niemcy i dalej na północ także Duńczycy mostami połączyli niemal wszystkie nieodległe przecież wyspy, a dystanse pomiędzy nimi były niekiedy znacznie większe.

Przeprawa jest potrzebna Świnoujściu tak samo jak deszcz jesiennym grzybom, aby mogły rosnąć. To jedyna w tej chwili bariera, która ogranicza rozwój tej miejscowości.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL