Nie grozi nam dramat na rynku pracy

aktualizacja: 18.04.2017, 21:10
Foto: materiały prasowe

O szansach zwiększenia podaży pracowników mówi prof. Krystyna Iglicka-Okólska, demograf i rektor Uczelni Łazarskiego.

REDAKCJA POLECA

Rz: ZUS ocenia, że w tym roku wskutek przywrócenia niższego wieku emerytalnego z rynku pracy może odejść ponad 300 tys. osób, co zwiększy ubytek osób w wieku produkcyjnym. Czy czeka nas dramat na rynku pracy?

Prof. Krystyna Iglicka: Absolutnie nie. Podniesienie wieku emerytalnego przez PO miało wyłącznie fiskalny charakter. Polska dopiero wchodzi w proces starzenia się społeczeństwa, a prawdziwe problemy zaczną się w okolicach 2060 roku. Sądzę też, że część osób, które nabędą uprawnienia emerytalne, będzie pewnie chciała pracować. Będzie to jednak ich własna, a nie wymuszona decyzja. Nie ma co panikować. Społeczeństwa starzeją się we wszystkich krajach UE. Czynnikiem różnicującym jest natomiast punkt wyjścia, dowolny rok bazowy do porównań – np. 1992, gdy w społeczeństwie Niemiec 15 proc. stanowiły osoby powyżej 65. roku życia, na Litwie natomiast 11 proc., a w Polsce 10 proc.

Jednak ostatnio ten proces starzenia się przyspieszył?

Jeżeli przyjmiemy za rok bazowy 2015, to zauważymy, że dynamika procesu starzenia się społeczeństw była większa niż w roku 1992. W Niemczech osoby powyżej 65. roku życia stanowiły 21 proc. populacji, na Litwie blisko 19 proc., a w Polsce zaś 15 proc. W perspektywie roku 2060 proces starzenia się będzie (przy utrzymaniu współczynników dzietności na obecnym poziomie) niezwykle zaawansowany w przypadku Polski – nastąpić ma bowiem według prognoz wzrost o 21 pkt proc. w porównaniu z 2015 r. Jednak to stosunkowo odległa perspektywa, do której dany kraj może się dobrze przygotować.

Tak czy inaczej potencjalnych pracowników ubywa. Skąd ich wziąć?

Liczymy, że zostanie w końcu zahamowana ogromna fala emigracji, która po przejściowym spadku od 2010 r. ponownie rosła. Teraz jest na to szansa – przy niewielkiej stopie bezrobocia, gdy rynek pracy staje się rynkiem pracownika, młodzi ludzie nie będą musieli wyjeżdżać, a mogą się też pojawić powroty z emigracji.

Niewielkie bezrobocie to chyba zbyt mała zachęta do powrotu?

Sytuacja międzynarodowa nie jest zbyt zachęcająca do trwałej migracji; niepewność Brexitu, zagrożenie związane z atakami terrorystycznymi w krajach Europy Zachodniej. Z tej perspektywy Polska jest oazą bezpieczeństwa, a to też się liczy. Dla mnie jako demografa duże znaczenie ma spadek w 2016 r. współczynnika dzietności we Francji – kraju, który ogromną wagę przykładają do polityki prorodzinnej. Eksperci wiążą ten spadek z zagrożeniem bezpieczeństwa, niepewnością. Oczywiście jeden punkt w czasie to za mało na generalizacje, ale jest to pewien symptom, który należy obserwować. Jeśli ruszy program Mieszkanie+, potrzebny szczególnie w mniejszych miejscowościach, i ludzie zobaczą, że w kraju poprawiły się warunki życia dla rodzin, to część z nich będzie wracać. A przynajmniej uda się ograniczyć liczbę wyjazdów. Dużą szansą jest także nowa ustawa repatriacyjna, dzięki której tysiące Polaków wrócą ze Wschodu. Liczę również na efekty programu 500+. Starzenie się społeczeństwa jest spowodowane przez brak dzieci, więc wzrost liczby urodzeń pozwoli powoli niwelować jego efekty. Widać już pozytywne sygnały – większą liczbę ciąż i urodzeń, choć z oceną programu trzeba poczekać rok, dwa.

Jednak urodzone dzięki 500+ dzieci nie wejdą na rynek pracy szybko?

Sądzę, że w średnim okresie pomoże sprzyjająca polityka imigracyjna, którą mamy wprowadzać szczególnie wobec pracowników zza wschodniej granicy, którzy w Polsce dobrze się integrują. Jeżeli zwiększymy liczbę urodzeń, zahamujemy emigrację i zachęcimy do powrotu część tych, którzy wyjechali, to nie będzie problemu z demografią.

Na razie 500+ przypisuje się spadek aktywności zawodowej kobiet.

Nie rozumiem tych, którzy płaczą, że kobiety wolą wychowywać dzieci, zamiast pracować za głodowe pensje. Gdy płace wzrosną, na ich miejsce znajdą się inni chętni. Dobrze, że wzrosła płaca minimalna i stawka godzinowa. Nie można robić z narodu, a zwłaszcza z kobiet, krainy niewolników pracujących za grosze. Polacy tego nie chcieli i stąd mieliśmy ponad 2,5 miliona emigrantów. Teraz najważniejsze jest to, by stworzyć warunki skłaniające ich do powrotu – zadbać o to, by Polska była krajem łatwiejszym do życia. W przeciwnym razie nie możemy też liczyć na imigrantów ze Wschodu, bo oni także, gdy tylko będą mogli, pojadą na Zachód.

POLECAMY

KOMENTARZE