W niemieckich mediach działa autocenzura

aktualizacja: 08.01.2016, 07:09
Foto: PAP/EPA

Tomasz Gabiś, publicysta, tłumacz, redaktor portalu Nowa Debata, znawca Niemiec

REDAKCJA POLECA

"Rzeczpospolita": W Niemczech dopiero po kilku dniach wyszły na jaw sylwestrowe ekscesy imigrantów, którzy w Kolonii dopuścili się zbiorowej napaści na tle seksualnym. Czy milczenie niemieckich mediów jest dla pana zaskoczeniem?

Tomasz Gabiś: Milczenie nie było całkowite – pełna blokada informacji byłaby przecież niemożliwa – lecz niechęć mediów, zwłaszcza telewizji, do informowania opinii publicznej o tym wydarzeniu jest wyraźnie widoczna. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem, bo w Niemczech tego typu ekscesy są tematem tabu. Wiążą się z poprawnością polityczną. A to dlatego, że imigranci z definicji są postrzegani jako ofiary; nie przyjmuje się do wiadomości, że mogą być agresorami.

Czy rząd naciskał na media?

Raczej była to autocenzura wynikająca z obawy, że w społeczeństwie wzrosną nastroje niechętne masowej imigracji. Tego, czy stosowano naciski, możemy się tylko domyślać. Zresztą jest to kierowanie uwagi w niewłaściwą stronę, ponieważ rządowe naciski nie byłyby tu nawet potrzebne.

Co chce pan przez to powiedzieć?

W Niemczech mamy do czynienia z szerszymi procesami polityczno-kulturowymi, określającymi funkcjonowanie całego systemu. Jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec przeprowadzono badania socjologiczne, zainicjowane przez Ursulę Hoffmann-Lange, z których wynika, że krajem tym rządzi ok. 600-osobowa grupa (po zjednoczeniu grupa ta się poszerzyła). Stanowi ona centralny, ponadpartyjny krąg władzy. Oczywiście należą do niego ludzie ze sfer rządowych i osoby zajmujące wysokie stanowiska w mediach.

Na przykład?

Chociażby Elizabeth Mohn, jedna z głównych postaci w koncernie Bertelsmanna czy Friede Springer, współwłaścicielka wydawnictwa Axel Springer. Obie przyjaźnią się z Angelą Merkel. Warto też dodać, że w niemieckich mediach publicznych mamy selekcję polityczną w radach nadzorczych. Nie oszukujmy się – właśnie tak wygląda realna władza u naszych zachodnich sąsiadów, a nie tak, jak mówi konstytucja. Co więcej, media w Niemczech różnią się jedynie w sprawach drugorzędnych.

To znaczy?

Gdy w debacie publicznej pojawiają się poważne spory – masowa imigracja, islam, energetyka itd. – to niemieckie media prowadzą politykę ideologicznego konsensu; politykę zgodną z przekonaniami kręgu realnej władzy. Mamy tu przewagę centrolewicowej i lewicowej klasy dziennikarskiej. Niektórzy nawet ironizują, że spektrum ideowe w mediach niemieckich jest szerokie, mówią: „Spektrum rozciąga się od nauki społecznej Kościoła do maoizmu".

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE