Unia Europejska

Kto wytypuje mocarstwa w UE

Meseberg 19 czerwca. Kanclerz Angela Merkel i prezydent Emmanuel Macron
AFP
Rada Bezpieczeństwa UE. Kolejna propozycja, która może prowadzić do głębokich podziałów we Wspólnocie.

Wtorkowa deklaracja z Mesebergu jest wspólną francusko-niemiecką propozycją usprawnienia działania UE. Najwięcej uwagi komentatorów przyciągnął fragment dotyczący utworzenia odrębnego budżetu dla strefy euro, o czym dyskutuje się od wielu lat. Ale w dokumencie jest jeszcze inna ważna inicjatywa dzieląca państwa UE. To unijna Rada Bezpieczeństwa.

– Francja i Niemcy zgodziły się rozważyć nowe sposoby przyspieszenia i zwiększenia efektywności procesu decyzyjnego w dziedzinie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE. Potrzebujemy europejskiej debaty na temat nowych formatów, jak Rada Bezpieczeństwa UE, i sposobów na ściślejszą koordynację wewnątrz i na forach zewnętrznych – brzmi fragment deklaracji. Kompletnym zaskoczeniem to nie jest, bo gdyby wczytać się dokładnie w wywiad, którego Angela Merkel udzieliła na początku czerwca „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung", to można by odnaleźć parę zdań na wspomniany temat.

Członkami unijnego dyrektoriatu ds. polityki zagranicznej byłaby część krajów Unii, rotacyjnie. Ale kto by ich wybierał, czy byłyby – jak w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – miejsca stałe i niestałe – tego kanclerz nie sprecyzowała. Skoro jednak znana z powściągliwości doświadczona niemiecka przywódczyni nie tylko wspomina o tym pomyśle w wywiadzie, ale nawet przekonuje prezydenta Francji, żeby umieścić to w ważnej politycznej deklaracji, to oznacza, że sprawa jest poważna. I wyszła już z etapu debat europejskich think tanków na poziom polityczny.

– Idea jest taka, żeby w sytuacji jakiegoś kryzysu w dziedzinie bezpieczeństwa nie trzeba było za każdym razem zwoływać unijnego szczytu, tylko żeby można było podjąć szybką decyzję w mniejszym gronie – mówi „Rzeczpospolitej" Josef Janning, szef berlińskiego biura think tanku European Council for Foreign Relations.

Czytaj: Budżet strefy euro: Niemcy nie wyłożą realnych pieniędzy

Według niego ten pomysł niekoniecznie jest po myśli Macrona. Bo oznaczałby, że zawsze UE odwoływałaby się do swojej Rady Bezpieczeństwa. Czyli niemożliwe byłoby w przyszłości działanie w formacie normandzkim, czyli takim, w którym to tandem francusko-niemiecki prowadzi negocjacje z Rosją i Ukrainą. Mimo że UE nie dała mu z góry takiego mandatu. To Merkel i poprzedni prezydent Francji Francois Hollande podjęli sami taką inicjatywę, po czym poinformowali o tym pozostałe państwa członkowskie, a one to przyjęły do wiadomości, nalegając tylko, żeby były regularnie informowane o postępach.

– Polsce się to wtedy bardzo nie podobało. Ale gdy wcześniej polski minister w formacie weimarskim (Polska, Francja, Niemcy – red.) rozwiązywał kryzys na Majdanie, to Warszawie się to podobało – zauważa Janning. Rada Bezpieczeństwa UE miałaby zinstytucjonalizować działania w razie takich kryzysów: nie byłoby już miejsca na samozwańcze, nieformalne inicjatywy.

Szybszemu podejmowaniu decyzji miałby służyć też inny pomysł z deklaracji z Mesebergu, czyli zniesienia prawa weta w polityce zagranicznej. To ostatnia – poza podatkami – dziedzina, gdzie jedno państwo może powstrzymać przed działaniem 27 pozostałych. Często prowadzi to do frustracji, gdy np. maleńki Cypr blokuje decyzje dotyczące Turcji. – Wtedy wszyscy się denerwują i mówią, że coś trzeba z tym zrobić. Ale co zrobiłaby Polska bez prawa weta, gdyby doszło do głosowania jakiejś niekorzystnej dla niej decyzji dotyczącej Rosji – zastanawia się ekspert ECFR.

Oba pomysły mają to samo uzasadnienie: duża UE, szczególnie po wielkiej fali rozszerzenia z 2004 r., jest coraz trudniejsza do nawigowania. Jednak dotykają sfery tak wrażliwej, że – przynajmniej na razie – wydają się raczej trudne do zaakceptowania. Kto zasiadałby w Radzie Bezpieczeństwa? Jeśli byłaby rotacja wszystkich miejsc, to czy do wyobrażenia jest, żeby Niemcy czy Francja przyjęły jakąkolwiek decyzję Rady podejmowaną w czasie, gdy któregoś z tych kraju nie byłoby aktualnie w składzie Rady? A jeśli – jak w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – największe mocarstwa miałyby miejsca stałe, a z pozostałe niestałe, kto wskazałby te mocarstwa? – Im bardziej będziemy się wgłębiali w tę dyskusję, tym mniej będzie entuzjazmu dla tego pomysłu – uważa Janning.

Wspólna polityka zagraniczna UE ma wadę, bo jest powolna i nie zawsze skuteczna. – Ale ogromną zaletą prawa weta jest inkluzywność takiej polityki. Każde państwo członkowskie czuje się włączone w proces decyzyjny – zauważa ekspert. Dzięki temu, jeśli już raz decyzja została podjęta, wszyscy się z nią identyfikują, nawet jeśli nie do końca odzwierciedla ich interesy. Najlepszym przykładem są sankcje gospodarcze wobec Rosji, wobec których kilka państw członkowskich od początku miało wątpliwości. Ale jedność w tej sprawie trwa już cztery lata.

Deklaracja z Mesebergu zawiera jeszcze jeden, tym razem nienowy, pomysł z arsenału środków proponowanych zwykle przez ekspertów do usprawniania procesu decyzyjnego w UE. To zmniejszenie liczby członków Komisji Europejskiej. Obecnie każde państwo deleguje do KE swojego przedstawiciela, co powoduje konieczność mnożenia tek, ewentualnie – jak ma to miejsce w tej chwili – tworzenia struktury z licznymi wiceprzewodniczącymi KE, którzy faktycznie mają te same teki co komisarze. Traktat lizboński umożliwia zmniejszenie liczby komisarzy, ale szczególnie mniejsze państwa członkowskie nie chcą się na to zgodzić. Fakt, że propozycja taka znalazła się w niemiecko-francuskim dokumencie, nie powinien dziwić.

– Te dwa kraje mają tak rozwinięte kanały komunikacji z Brukselą, że mogą sobie pozwolić na zasadę rotacji i chwilowy brak swojego komisarza. Ale dla krajów mniejszych czy z krótszą historią członkostwa to byłby duży cios – mówi nam nieoficjalnie dyplomata dużego państwa Unii. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL