Teatr

Litewski reżyser lustruje polski kult „Dziadów”

Grzegorz Małecki, Gustaw-Konrad
Narodowy.pl
Eimuntas Nekrosius próbuje wyzwolić Polaków ze schematu narodowego, jaki narzucają „Dziady".

To znakomity pomysł, żeby o tym, co działo się na „Litwie, ojczyźnie naszej", w Wilnie i w życiu Mickiewicza oraz jaki ma to wpływ na Polaków – opowiedział na scenie Teatru Narodowego Litwin.

Nekrosius od początku udowadnia, że „Dziady" można odprawiać z lekkością aniołów grających w hula-hoop. Prostuje też polskie wyobrażenia o Litwie, pokazując, że w centrum litewskiego mikrokosmosu są chłopska rzeczowość i ludyczna magia, co zaznacza malowniczo kanka z mleka. Tymczasem Polacy i z niej potrafią zrobić powstańczą barykadę, zza której ostrzeliwują się nawet... nogą. Dlatego pokpiwa z naszego nabożeństwa do martyrologii, narodowych mistyfikacji oraz braku dystansu do siebie i naszej historii.

Na ciemnej scenie Narodowego jedyne okno na świat ma kształt pomnikowego konturu Mickiewicza. Jesteśmy w więzieniu narodowych stereotypów, w którym Polacy odprawiają rytuały narzucone przez wieszcza, myląc romantyczną kreację z życiem. W poecie o mało heroicznej biografii widzą bohatera „cierpiącego za miliony".

Pychę Mickiewicza-Konrada od początku ukazuje Grzegorz Małecki, serwując w części II patetyczne romantyczne gesty i miny. Najlepsza jest część III. Nekrosius pokazał młodych Polaków w kostiumach z lat 70. – tak jakbyśmy wciąż widzieli świat z perspektywy zakładników Układu Warszawskiego. Nie cieszymy się wolnością, nie żyjemy prawdziwym życiem, tylko żałobnym narodowym mitem, który staje się parodią historii. Nie jesteśmy więźniami Rosji, tylko Mickiewicza. Podświetlona twarz poety przypomina przez chwilę Stalina.

Scena więzienna to festiwal polskiej nadekspresji i bohaterszczyzny. Przyjaciele Mickiewicza-Konrada w drodze do jego celi buńczucznie i na pokaz wymachują pięściami do nieobecnego wroga. Nie zrzuciliśmy narodowych masek, o czym marzył Wyspiański. Jakiekolwiek nieszczęście się zdarzy – najłatwiej jest nam włączyć zgraną już płytę mickiewiczowskiej martyrologii, jedyny soundtrack polskiego patriotyzmu. Słyszymy trzask starej płyty, gdy Małecki zaczyna „Wielką Improwizację". Aktor obśmiewa dumę wywołaną tym zaszczytnym zadaniem aktorskim. I kręci jak didżej niewidzialnym winylem, jakby pocierał opisane przez Mickiewicza „szklane harmoniki".

Michał Zadara we wrocławskich „Dziadach" odziera z patosu martyrologię więziennych scen. Jego Konrad był raperem i sikał do wiadra. Jednocześnie Zadara pokazał Boga w postaci odchodzącego siwego staruszka w białym garniturze. Nekrosius podobnie jak Englert w niedawnym „Kordianie" uważa polski romantyzm za sprawkę diabelskiej pychy i jedynym partnerem romantycznego bohatera czyni Diabła. To on podszywa się pod Guślarza (Marcin Przybylski), który nakręca rytuał rozpamiętywania przeszłości na cmentarzu – na ziemi zrytej lejami i dziurami, w które wpadają co chwila polscy obrzędnicy. Wracanie do historii nie pozwala nam iść do przodu.

Świetna jest scena, gdy omdlałego Konrada stado diabłów obkłada książkowymi wydaniami „Dziadów". Wizerunek narodowego wieszcza mumifikuje artystę, stają się jego trumną za życia. Wystaje z niej tylko dłoń dającą autografy Słowackiemu, Krasińskiemu, Norwidowi. Bo od zniewolenia ich wyobraźni zaczęło się zniewolenie Polaków. Potem diabeł złośliwie ostemplowuje Mickiewiczowską pieczątką całą scenę. I nie sposób zedrzeć tego piętna nawet nożem. Tymczasem Salon Warszawski epatuje hipokryzją ludzi dobrze sytuowanych, którzy w lejach po bombach grają w golfa i organizują akcje charytatywne dla Polaków na Litwie, opatrzone hasłem „Na Wilno".

Niestety, w czteroipółgodzinnym spektaklu zwłaszcza pierwszy akt męczy nadmiarem gier reżyserskiej wyobraźni i pomysłów. Rozsypuje się na wiele manierycznych etiud. Całość spaja genialna muzyka Pawła Szymańskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
UKRYJ KOMENTARZE KOMENTARZE RP.PL KOMENTARZE FACEBOOK

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL