Sztuka

Handlarz sztuką zdegenerowaną

Pierwsze wystawy części kolekcji Gurlitta zostały równolegle otwarte w Muzeum Sztuk Pięknych w Bernie (na zdjęciu) i w Bumdeskunsthalle w Bonn w listopadzie 2017 r.
AFP, Fabrice Coffrini
Znalezienie kolekcji Gurlitta było jednym z największych odkryć XXI w. Warte 1,3 mld euro obrazy od razu stały się przedmiotem sporu. Ich posiadacz był pozbawionym skrupułów marszandem, czy ratował skazane na zagładę dzieła sztuki?

Nazwisko Gurlitt wywołuje spore emocje w świecie sztuki. W listopadzie ubiegłego roku temat jego kontrowersyjnych zbiorów wrócił do mediów z powodu dwóch wystaw: w Bernie i w Bonn. W sprawę zaangażowane są rządy, instytucje, muzea, krewni Gurlitta i spadkobiercy kolekcjonerów, których zagrabione przez nazistów dzieła sztuki stały się przedmiotem handlu wąskiej grupy ludzi.

O niezwykłej kolekcji Corneliusa Gurlitta w Monachium, w dzielnicy Schwabinger świat dowiedział się jesienią 2013 roku dzięki publikacji w tygodniku „Focus". Od odkrycia zbiorów do publikacji artykułu minęło półtora roku. Kolekcja została zajęta i zabezpieczona przez prokuraturę w Augsburgu. Było to konieczne między innymi z uwagi na warunki, w jakich znajdowały się obrazy, wśród piętrzących się gór puszek i innych odpadków. Przeciwko Gurlittowi wytoczono postępowanie karnoskarbowe.

Odkrycie było fascynujące – 1258 obrazów odziedziczonych, jak twierdził ich posiadacz, po ojcu. Kim był Hildebrand Gurlitt, ojciec Corneliusa, w świecie sztuki nie było tajemnicą. W latach 30. i 40. ub. wieku był jednym z głównych niemieckich handlarzy tzw. sztuką wynaturzoną, czyli np. obrazami ekspresjonistów i modernistów. Był jednym z tych, którzy mieli oczyścić z niej nazistowskie Niemcy. Zachodziło więc podejrzenie, że obrazy, a przynajmniej ich znaczna część, mogą pochodzić z niemieckich muzeów i zbiorów żydowskich kolekcjonerów, co mogło oznaczać, że są dziełami zrabowanymi, a zatem należało się liczyć z koniecznością ich zwrotu spadkobiercom.

Kontrowersyjny spadek

Adwokaci Gurlitta wzięli klienta i jego kolekcję w obronę, twierdząc, że tylko znikoma jej część – ok. 50 obrazów może podlegać zwrotowi. Eksperci byli innego zdania. Właściciel kolekcji odgrażał się, że niczego nie odda i domagał się zwrotu obrazów, bo jak twierdził, były jedynym sensem jego życia.

Dla władz Bawarii było oczywiste, że roszczeń restytucyjnych oraz problemów prawnych i dyplomatycznych nie da się uniknąć, oddanie zaś kolekcji Gurlittowi mogłoby skutkować jej powolną wyprzedażą, a nawet zniknięciem. Obrazom należało się więc dokładnie przyjrzeć. Powołano w tym celu komisję Taskforce „Schwabinger Fund", która miała zweryfikować zbiór i ustalić, które obiekty podlegałyby ewentualnemu zwrotowi. Pozostałe dzieła miały wrócić do Gurlitta, z którym cały czas trwały pertraktacje. Utworzono też w Magdeburgu Centrum Zaginionych Dóbr Kultury, do którego można się zwracać w sprawie zaginionego dzieła. Obiekty już opracowane miały się pojawiać w internecie na stronie LostArt.de.

W kwietniu 2014 r. rządom Niemiec i landu Bawaria udało się zawrzeć z Corneliusem umowę, którą określono jako „porozumienie proceduralne". Gurlitt, ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych, wyraził zgodę na zbadanie całego zbioru i obiecał zwrot obrazów, co do których roszczenia będą uzasadnione.

Głos w sprawie zabrali również niemieccy prawnicy. Mecenas Hannes z Monachium w rozmowie z dziennikarzem Deutsche Welle stwierdził: „Mamy kompletnie niezadowalającą sytuację prawną, jeżeli chodzi o zagrabioną sztukę. Niemieckie prawo przewidywało i przewiduje wiele sytuacji, ale nie takie wydarzenia jak Holokaust. Należy znaleźć regulacje odnośnie np. do okresów przedawnienia, które umożliwiłyby wyegzekwowanie prawa własności przed sądem". W niemieckim prawie termin przedawnienia roszczeń o wydanie własności wynosi 30 lat. W przypadku dzieł zrabowanych w latach 1933–1945 okres ten już minął i posiadacz skradzionych dzieł mógł odmówić ich wydania, nawet jeśli wszedł w ich posiadanie nieuczciwie.

Do sprawy wkroczył więc bawarski minister sprawiedliwości Winfried Bausback. Władze federalne, jak twierdziły, nie miały prawa ingerować w sprawie kolekcji znajdującej się na terenie innego landu. Zapowiedział wniesienie do Bundesratu (drugiej izby parlamentu, będącej przedstawicielem krajów związkowych) projektu ustawy ułatwiającej restytucję przez ograniczenie możliwości powoływania się na przedawnienie. Projekt miał dotyczyć osób, które wiedzą lub mogą podejrzewać, że posiadane przez nich obrazy mogły być skonfiskowane przez nazistów. Ustawa z pewnością objęłaby Corneliusa Gurlitta – był historykiem sztuki, musiał więc wiedzieć, co posiada w swoich zbiorach. Takie były plany, by uporać się z kolekcją Gurlitta, a w przyszłości z innymi cudownymi odkryciami, bo zdaniem ekspertów, takich ukrytych zbiorów może być w Niemczech więcej.

W maju 2014 r. Cornelius Gurlitt umarł (wcześniej przeszedł operację serca) i zostawił dwa testamenty: z 9 stycznia i 21 lutego 2014 r. Spadkobiercą kolekcji, ku zdumieniu wszystkich, uczynił... małe muzeum w Szwajcarii (Fundacja Muzeum Sztuki w Bernie). Poza tym w Salzburgu w należącym do niego małym domku odkryto kolejne 239 dzieł. Pojawiły się protesty i apele do muzeum o nieprzyjmowanie tak kontrowersyjnego zbioru. Prezes Fundacji Christoph Schaeublin był trochę zdziwiony głosami sprzeciwu, bo jak powiedział, już w latach 90. były prowadzone rozmowy o ewentualnym spadkobraniu. Zdumiona i oburzona była również krewna Gurlitta, Uta Werner. Twierdziła, że jej kuzyn nie był w pełni poczytalny, gdy sporządzał testament (zrobił to krótko przed śmiercią), bowiem od lat żył w obsesyjnym lęku przed nazistami, którzy szukają sposobu, by pozbawić go obrazów. Przekazując kolekcję szwajcarskiemu muzeum, miał nadzieję uchronić przed nimi swoje zbiory.

Sprawa trafiła do sądu, którego zadaniem było stwierdzić poczytalność nieżyjącego już Gurlitta i rozstrzygnąć, kto ma prawo do spadku. Muzeum w Bernie znalazło się w dość kłopotliwej sytuacji – przyjęcie spadku wartości miliarda euro (o takiej kwocie pisała prasa) było nie lada kąskiem, ale mogło skutkować licznymi pozwami o zwrot dzieł, na co muzeum nie miało ani ochoty, ani pieniędzy. Poproszono więc o czas na podjęcie decyzji.

Głos w sprawie zabrał też przewodniczący Światowego Kongresu Żydów Ronald Lauder. Powiedział wówczas: „Niemcy muszą włożyć więcej wysiłku w identyfikację i zwrot tysięcy dzieł sztuki zrabowanych Żydom przez hitlerowców". Według Laudera w muzeach państwowych i prywatnych kolekcjach wciąż wiszą tam obrazy, które należały do żydowskich kolekcjonerów i konieczna jest zmiana niemieckich przepisów, by ułatwić ich zwrot spadkobiercom. Wezwał do ustanowienia międzynarodowej komisji, która prowadziłaby badania i udzielała pomocy w zwrocie dzieł sztuki spadkobiercom.

Prawo do finansowania

Sytuacja była patowa: spadkobierca się zastanawia, czy przyjąć spadek, w sądzie toczy się postępowanie w sprawie ważności testamentu, projekt ustawy utknął w ministerialnym biurku, a zewsząd naciskano, by upublicznić listę dzieł. Bo choć świat dowiedział się o kolekcji Gurlitta, nadal nie było wiadomo – poza nielicznymi wyjątkami – jakie obrazy zawiera.

W listopadzie 2014 r. zawarto kolejną umowę, której stronami była Republika Federalna Niemiec, Bawaria i Fundacja Muzeum Sztuki w Bernie. Uzgodniono w niej, że Taskforce będzie dalej prowadziła swoje badania weryfikujące pochodzenie dzieł, również znalezionych po śmierci Corneliusa, które określono jako „Salzburger Fund". Muzeum w Bernie zdecydowało się przyjąć tylko tzw. entartetekunst, czyli sztukę zdegenerowaną, skonfiskowaną przez nazistów niemieckim muzeom i będącą przedmiotem handlu między innymi przez Hildebranda Gurlitta. Określono też wyraźnie, kto będzie finansował badania. Pojawiły się bowiem głosy, że opracowywanie zbiorów z Monachium jest nadzorowane przez Centrum Badawcze Sztuka Zdegenerowana Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Centrum to jest częściowo finansowane przez Fundację Ferdinanda Möllera, który podobnie jak Hildebrand Gurlitt, handlował sztuką zdegenerowaną w imieniu nazistów, z tą tylko różnicą, że sprzedawał ją wyłącznie w Niemczech i dziś jest uznawany przez pewne kręgi niemalże za bohatera.

Ralf Jentsch, historyk sztuki, zajmując się Alfredem Flechtheimem, niemieckim galerystą żydowskiego pochodzenia, natknął się w Archiwum Federalnym w Berlinie na dokumenty, z których jasno wynika, w jaki sposób działał Hildebrand Gurlitt. W rozmowie z dziennikarzem powiedział: „Nie może być tak, że Centrum Badawcze jest wspierane finansowo przez fundację próbującą oczyścić nazwisko Möller. Takie Centrum Badawcze powinno być finansowane przez land lub państwo. Tylko wtedy naukowcy mogą pracować niezależnie". Nadmienił również, że Republika Federalna Niemiec nie uchyliła nazistowskiej ustawy z 1938 r. o konfiskacie sztuki zdegenerowanej z państwowych muzeów, bo „(...) obawiała się, że doprowadzi to do poważnych problemów na szczeblu międzynarodowym". Najprawdopodobniej chodziło mu o takie zdarzenia jak aukcja zorganizowana w 1939 r. w Lucernie przez Theodora Fischera, gdzie obrazy kupowały również zagraniczne muzea.

Zainteresowanie zbiorami sięgało zenitu. Domagano się ujawnienia listy znalezionych dzieł. Pojawiły się nawet propozycje wystawienia przynajmniej części kolekcji. Ubiegało się o to muzeum w Stuttgarcie oraz Adam Szymczyk, polski kurator. Otrzymawszy nominację na dyrektora artystycznego wystawy documenta 14, przewidzianej na jesień 2017 r. (przegląd sztuki współczesnej odbywający się w Kassel co pięć lat) też snuł plany w związku z odnalezionymi obrazami. Uważał, że należy je pokazać w całości i właśnie na tej wystawie, bo jego zdaniem: „documenta była zawsze refleksyjną wystawą o współczesnej rzeczywistości, w której sztuka jest wrażliwym dokumentem, jej poznawczym uzupełnieniem". Do realizacji jednak nie doszło, bo dojrzewał inny projekt.

Współpracownik nazistów czy mecenas?

W grudniu ubiegłego roku sąd uznał Corneliusa za spadkodawcę poczytalnego (nie dopatrzył się demencji i przywidzeń) i wskazał muzeum w Bernie jako prawowitego spadkobiercę kolekcji. Minister kultury Monika Gruetters odetchnęła z ulgą, a prasa napisała, że z takim orzeczeniem można już przygotować wspólną wystawę. Celem jej miało być pokazanie nazistowskiej polityki kulturalnej na podstawie zbioru Gurlitta: muzeum w Bernie miało przygotować sztukę zdegenerowaną, Bonn – pochodzącą z rabunku.

W listopadzie Bundeskunsthalle Bonn wystawiło 250 obiektów, co do których zachodzi prawdopodobieństwo, że pochodzą z rabunku. Każdy z nich ma swoją historię, tragiczną i często nie do końca wyjaśnioną. Przykładem obraz Jeana Louisa Foraina z 1881 r. „Portret kobiety z profilu". Należał do francuskiego adwokata Armanda Dorville'a, pochodzącego z prominentnej żydowskiej rodziny, i jako jeden z wielu w jego kolekcji wisiał w jego paryskim mieszkaniu. Gdy Niemcy w czerwcu 1940 r. wkroczyli do Paryża, Dorville z częścią zbioru udał się na południe Francji, a rok później zmarł w Dordogne. Kolekcję naziści skonfiskowali i wystawili w 1942 r. na licytację. Obraz kupił Leopold Dreyfus. Dwa lata później znalazł się wśród 70 innych u francuskiego handlarza Raphaela Gerarda. Czy należał do niego, czy był tylko zdeponowany przez Hildebranda Gurlitta, nie wiadomo. Gurlitt zabrał obraz Foraina w 1948 r. do Düsseldorfu i już się z nim nie rozstawał.

Wystawa w Bernie to 200 dzieł, z których tylko jedna trzecia jest już własnością muzeum. Pozostałe czekają na ocenę komisji. Nowa dyrektor placówki Nina Zimmer zapewnia, że przyjmie tylko te obrazy, które nie będą budziły prawnych wątpliwości. Na wystawie jest np. akwarela „Grieche und Barbaren" Paula Klee z 1920 r. Pracę kupiło muzeum w Wiesbaden w 1932 r., a w sierpniu 1937 r. została zajęta jako sztuka zdegenerowana i oznaczona jako EK 1739. Hildebrand Gurlitt nabył akwarelę w 1940 r., ale nie z nazistowskiego składu, lecz prywatnie... od dyrektora muzeum w Gotha.

Kim właściwie był Hildebrand Gurlitt? Zwykłym handlarzem, któremu jako „ćwierć-Żydowi" (jego babka była Żydówką) udało się wejść w łaski nazistów i robić na sztuce dobry interes, czy też nawiązane z nazistami kontakty miały służyć ratowaniu tego, co się da przed zniszczeniem lub oddaniem w obce ręce? Pewne jest, że był historykiem sztuki, który jako jeden z nielicznych w tym czasie w Niemczech interesował się nową sztuką, w tym niemieckim ekspresjonizmem, i wystawiał ją w muzeum w Zwickau, gdzie od 1925 do 1930 r. pełnił funkcję dyrektora.

Po utracie stanowiska przeniósł się do Hamburga, założył firmę Kunstkabinet Dr.H. Gurlitt i handlował oficjalnie starą sztuką oraz moderną (pod ladą, bo handel nią był już zakazany). Miał rozległe kontakty nie tylko w świecie sztuki. Pod koniec maja 1938 r. prawo o pozbawianiu muzeów sztuki wynaturzonej było już gotowe i Hildebrand Gurlitt znalazł się w „osławionym kwartecie" (wraz z Boehmerem, Bucholzem i Möllerem), który miał za zadanie sprzedać wyrzucone z muzeów dzieła, tak by raz na zawsze uwolnić zdrowy, niemiecki naród od zgnilizny.

Był w tym działaniu niezwykle skuteczny – przez jego ręce przeszło ponad 4000 dzieł, które wyniósł z pałacu Schoenhausen w Berlinie (kupił od nazistów i sprzedał z zyskiem lub wymienił na „prawdziwą sztukę"). Zdania na jego temat są podzielone. Meike Hoffmann i Nicola Kuhn w książce: „Hitlers Kunsthaendlers Hildebrand Gurlitt" przytacza np. historię dotyczącą rysunków Maxa Beckmanna. Hildebrand podobno przemycił je wraz z transportem zajętych w muzeum obrazów i sprzedał, a pieniądze przekazał malarzowi, który uciekł z Niemiec i przebywał w tym czasie w Amsterdamie. Po wojnie Beckmann – zanim wyjechał na zawsze do Ameryki – zaświadczył o tym przed komisją denazyfikacyjną. Prawdopodobnie historia ta miała wpływ na zwrot Gurlittowi skrzyń z obrazami, które komisja Monuments Men zarekwirowała mu w 1945 r.

O Corneliusie Gurlitcie, synu Hildebranda, wiadomo niewiele. Studiował historię sztuki, pracował jako konserwator. Gdy ojciec zginął w 1956 r. w wypadku samochodowym, zabrał obrazy i ukrył się z nimi w Monachium, od czasu do czasu sprzedając coś w szwajcarskiej Galerii Kornfeld.

Czy istotnie żył w przekonaniu, że jego ojciec był jednym z niewielu, którzy ratowali sztukę przed nazistami? Być może Uta Werner ma rację, twierdząc, że żył w wyimaginowanym świecie, w którym wciąż czają się naziści, zagrażający ocalonej przez ojca sztuce i właśnie dlatego uznał szwajcarskie muzeum za bezpieczne miejsce.

Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że związki Corneliusa ze Szwajcarią są głębsze. To, że spadek powędrował do Berna, nie powinno dziwić, utrzymuje trójka dziennikarzy ze Szwajcarii, autorzy książki „Der Gurlitt – Komplex". Berno w latach 30. ubiegłego wieku było podobno centrum handlu moderną, sztuką wyklętą przez nazistów. Po wojnie niewiele się zmieniło.

Z pewnością tzw. kolekcja Gurlitta nie budziłaby tyle emocji, gdyby nie stały za nią tak wielkie pieniądze. Dla jednych przedstawia tylko wartość materialną, dla innych jest pamiątką, ostatnim ogniwem w łańcuchu historii, po której zostały tylko ból i popiół.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL