Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Sztuka

Handlarz sztukš zdegenerowanš

Pierwsze wystawy częœci kolekcji Gurlitta zostały równolegle otwarte w Muzeum Sztuk Pięknych w Bernie (na zdjęciu) i w Bumdeskunsthalle w Bonn w listopadzie 2017 r.
AFP, Fabrice Coffrini
Znalezienie kolekcji Gurlitta było jednym z największych odkryć XXI w. Warte 1,3 mld euro obrazy od razu stały się przedmiotem sporu. Ich posiadacz był pozbawionym skrupułów marszandem, czy ratował skazane na zagładę dzieła sztuki?

Nazwisko Gurlitt wywołuje spore emocje w œwiecie sztuki. W listopadzie ubiegłego roku temat jego kontrowersyjnych zbiorów wrócił do mediów z powodu dwóch wystaw: w Bernie i w Bonn. W sprawę zaangażowane sš rzšdy, instytucje, muzea, krewni Gurlitta i spadkobiercy kolekcjonerów, których zagrabione przez nazistów dzieła sztuki stały się przedmiotem handlu wšskiej grupy ludzi.

O niezwykłej kolekcji Corneliusa Gurlitta w Monachium, w dzielnicy Schwabinger œwiat dowiedział się jesieniš 2013 roku dzięki publikacji w tygodniku „Focus". Od odkrycia zbiorów do publikacji artykułu minęło półtora roku. Kolekcja została zajęta i zabezpieczona przez prokuraturę w Augsburgu. Było to konieczne między innymi z uwagi na warunki, w jakich znajdowały się obrazy, wœród piętrzšcych się gór puszek i innych odpadków. Przeciwko Gurlittowi wytoczono postępowanie karnoskarbowe.

Odkrycie było fascynujšce – 1258 obrazów odziedziczonych, jak twierdził ich posiadacz, po ojcu. Kim był Hildebrand Gurlitt, ojciec Corneliusa, w œwiecie sztuki nie było tajemnicš. W latach 30. i 40. ub. wieku był jednym z głównych niemieckich handlarzy tzw. sztukš wynaturzonš, czyli np. obrazami ekspresjonistów i modernistów. Był jednym z tych, którzy mieli oczyœcić z niej nazistowskie Niemcy. Zachodziło więc podejrzenie, że obrazy, a przynajmniej ich znaczna częœć, mogš pochodzić z niemieckich muzeów i zbiorów żydowskich kolekcjonerów, co mogło oznaczać, że sš dziełami zrabowanymi, a zatem należało się liczyć z koniecznoœciš ich zwrotu spadkobiercom.

Kontrowersyjny spadek

Adwokaci Gurlitta wzięli klienta i jego kolekcję w obronę, twierdzšc, że tylko znikoma jej częœć – ok. 50 obrazów może podlegać zwrotowi. Eksperci byli innego zdania. Właœciciel kolekcji odgrażał się, że niczego nie odda i domagał się zwrotu obrazów, bo jak twierdził, były jedynym sensem jego życia.

Dla władz Bawarii było oczywiste, że roszczeń restytucyjnych oraz problemów prawnych i dyplomatycznych nie da się uniknšć, oddanie zaœ kolekcji Gurlittowi mogłoby skutkować jej powolnš wyprzedażš, a nawet zniknięciem. Obrazom należało się więc dokładnie przyjrzeć. Powołano w tym celu komisję Taskforce „Schwabinger Fund", która miała zweryfikować zbiór i ustalić, które obiekty podlegałyby ewentualnemu zwrotowi. Pozostałe dzieła miały wrócić do Gurlitta, z którym cały czas trwały pertraktacje. Utworzono też w Magdeburgu Centrum Zaginionych Dóbr Kultury, do którego można się zwracać w sprawie zaginionego dzieła. Obiekty już opracowane miały się pojawiać w internecie na stronie LostArt.de.

W kwietniu 2014 r. rzšdom Niemiec i landu Bawaria udało się zawrzeć z Corneliusem umowę, którš okreœlono jako „porozumienie proceduralne". Gurlitt, ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych, wyraził zgodę na zbadanie całego zbioru i obiecał zwrot obrazów, co do których roszczenia będš uzasadnione.

Głos w sprawie zabrali również niemieccy prawnicy. Mecenas Hannes z Monachium w rozmowie z dziennikarzem Deutsche Welle stwierdził: „Mamy kompletnie niezadowalajšcš sytuację prawnš, jeżeli chodzi o zagrabionš sztukę. Niemieckie prawo przewidywało i przewiduje wiele sytuacji, ale nie takie wydarzenia jak Holokaust. Należy znaleŸć regulacje odnoœnie np. do okresów przedawnienia, które umożliwiłyby wyegzekwowanie prawa własnoœci przed sšdem". W niemieckim prawie termin przedawnienia roszczeń o wydanie własnoœci wynosi 30 lat. W przypadku dzieł zrabowanych w latach 1933–1945 okres ten już minšł i posiadacz skradzionych dzieł mógł odmówić ich wydania, nawet jeœli wszedł w ich posiadanie nieuczciwie.

Do sprawy wkroczył więc bawarski minister sprawiedliwoœci Winfried Bausback. Władze federalne, jak twierdziły, nie miały prawa ingerować w sprawie kolekcji znajdujšcej się na terenie innego landu. Zapowiedział wniesienie do Bundesratu (drugiej izby parlamentu, będšcej przedstawicielem krajów zwišzkowych) projektu ustawy ułatwiajšcej restytucję przez ograniczenie możliwoœci powoływania się na przedawnienie. Projekt miał dotyczyć osób, które wiedzš lub mogš podejrzewać, że posiadane przez nich obrazy mogły być skonfiskowane przez nazistów. Ustawa z pewnoœciš objęłaby Corneliusa Gurlitta – był historykiem sztuki, musiał więc wiedzieć, co posiada w swoich zbiorach. Takie były plany, by uporać się z kolekcjš Gurlitta, a w przyszłoœci z innymi cudownymi odkryciami, bo zdaniem ekspertów, takich ukrytych zbiorów może być w Niemczech więcej.

W maju 2014 r. Cornelius Gurlitt umarł (wczeœniej przeszedł operację serca) i zostawił dwa testamenty: z 9 stycznia i 21 lutego 2014 r. Spadkobiercš kolekcji, ku zdumieniu wszystkich, uczynił... małe muzeum w Szwajcarii (Fundacja Muzeum Sztuki w Bernie). Poza tym w Salzburgu w należšcym do niego małym domku odkryto kolejne 239 dzieł. Pojawiły się protesty i apele do muzeum o nieprzyjmowanie tak kontrowersyjnego zbioru. Prezes Fundacji Christoph Schaeublin był trochę zdziwiony głosami sprzeciwu, bo jak powiedział, już w latach 90. były prowadzone rozmowy o ewentualnym spadkobraniu. Zdumiona i oburzona była również krewna Gurlitta, Uta Werner. Twierdziła, że jej kuzyn nie był w pełni poczytalny, gdy sporzšdzał testament (zrobił to krótko przed œmierciš), bowiem od lat żył w obsesyjnym lęku przed nazistami, którzy szukajš sposobu, by pozbawić go obrazów. Przekazujšc kolekcję szwajcarskiemu muzeum, miał nadzieję uchronić przed nimi swoje zbiory.

Sprawa trafiła do sšdu, którego zadaniem było stwierdzić poczytalnoœć nieżyjšcego już Gurlitta i rozstrzygnšć, kto ma prawo do spadku. Muzeum w Bernie znalazło się w doœć kłopotliwej sytuacji – przyjęcie spadku wartoœci miliarda euro (o takiej kwocie pisała prasa) było nie lada kšskiem, ale mogło skutkować licznymi pozwami o zwrot dzieł, na co muzeum nie miało ani ochoty, ani pieniędzy. Poproszono więc o czas na podjęcie decyzji.

Głos w sprawie zabrał też przewodniczšcy Œwiatowego Kongresu Żydów Ronald Lauder. Powiedział wówczas: „Niemcy muszš włożyć więcej wysiłku w identyfikację i zwrot tysięcy dzieł sztuki zrabowanych Żydom przez hitlerowców". Według Laudera w muzeach państwowych i prywatnych kolekcjach wcišż wiszš tam obrazy, które należały do żydowskich kolekcjonerów i konieczna jest zmiana niemieckich przepisów, by ułatwić ich zwrot spadkobiercom. Wezwał do ustanowienia międzynarodowej komisji, która prowadziłaby badania i udzielała pomocy w zwrocie dzieł sztuki spadkobiercom.

Prawo do finansowania

Sytuacja była patowa: spadkobierca się zastanawia, czy przyjšć spadek, w sšdzie toczy się postępowanie w sprawie ważnoœci testamentu, projekt ustawy utknšł w ministerialnym biurku, a zewszšd naciskano, by upublicznić listę dzieł. Bo choć œwiat dowiedział się o kolekcji Gurlitta, nadal nie było wiadomo – poza nielicznymi wyjštkami – jakie obrazy zawiera.

W listopadzie 2014 r. zawarto kolejnš umowę, której stronami była Republika Federalna Niemiec, Bawaria i Fundacja Muzeum Sztuki w Bernie. Uzgodniono w niej, że Taskforce będzie dalej prowadziła swoje badania weryfikujšce pochodzenie dzieł, również znalezionych po œmierci Corneliusa, które okreœlono jako „Salzburger Fund". Muzeum w Bernie zdecydowało się przyjšć tylko tzw. entartetekunst, czyli sztukę zdegenerowanš, skonfiskowanš przez nazistów niemieckim muzeom i będšcš przedmiotem handlu między innymi przez Hildebranda Gurlitta. Okreœlono też wyraŸnie, kto będzie finansował badania. Pojawiły się bowiem głosy, że opracowywanie zbiorów z Monachium jest nadzorowane przez Centrum Badawcze Sztuka Zdegenerowana Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Centrum to jest częœciowo finansowane przez Fundację Ferdinanda Möllera, który podobnie jak Hildebrand Gurlitt, handlował sztukš zdegenerowanš w imieniu nazistów, z tš tylko różnicš, że sprzedawał jš wyłšcznie w Niemczech i dziœ jest uznawany przez pewne kręgi niemalże za bohatera.

Ralf Jentsch, historyk sztuki, zajmujšc się Alfredem Flechtheimem, niemieckim galerystš żydowskiego pochodzenia, natknšł się w Archiwum Federalnym w Berlinie na dokumenty, z których jasno wynika, w jaki sposób działał Hildebrand Gurlitt. W rozmowie z dziennikarzem powiedział: „Nie może być tak, że Centrum Badawcze jest wspierane finansowo przez fundację próbujšcš oczyœcić nazwisko Möller. Takie Centrum Badawcze powinno być finansowane przez land lub państwo. Tylko wtedy naukowcy mogš pracować niezależnie". Nadmienił również, że Republika Federalna Niemiec nie uchyliła nazistowskiej ustawy z 1938 r. o konfiskacie sztuki zdegenerowanej z państwowych muzeów, bo „(...) obawiała się, że doprowadzi to do poważnych problemów na szczeblu międzynarodowym". Najprawdopodobniej chodziło mu o takie zdarzenia jak aukcja zorganizowana w 1939 r. w Lucernie przez Theodora Fischera, gdzie obrazy kupowały również zagraniczne muzea.

Zainteresowanie zbiorami sięgało zenitu. Domagano się ujawnienia listy znalezionych dzieł. Pojawiły się nawet propozycje wystawienia przynajmniej częœci kolekcji. Ubiegało się o to muzeum w Stuttgarcie oraz Adam Szymczyk, polski kurator. Otrzymawszy nominację na dyrektora artystycznego wystawy documenta 14, przewidzianej na jesień 2017 r. (przeglšd sztuki współczesnej odbywajšcy się w Kassel co pięć lat) też snuł plany w zwišzku z odnalezionymi obrazami. Uważał, że należy je pokazać w całoœci i właœnie na tej wystawie, bo jego zdaniem: „documenta była zawsze refleksyjnš wystawš o współczesnej rzeczywistoœci, w której sztuka jest wrażliwym dokumentem, jej poznawczym uzupełnieniem". Do realizacji jednak nie doszło, bo dojrzewał inny projekt.

Współpracownik nazistów czy mecenas?

W grudniu ubiegłego roku sšd uznał Corneliusa za spadkodawcę poczytalnego (nie dopatrzył się demencji i przywidzeń) i wskazał muzeum w Bernie jako prawowitego spadkobiercę kolekcji. Minister kultury Monika Gruetters odetchnęła z ulgš, a prasa napisała, że z takim orzeczeniem można już przygotować wspólnš wystawę. Celem jej miało być pokazanie nazistowskiej polityki kulturalnej na podstawie zbioru Gurlitta: muzeum w Bernie miało przygotować sztukę zdegenerowanš, Bonn – pochodzšcš z rabunku.

W listopadzie Bundeskunsthalle Bonn wystawiło 250 obiektów, co do których zachodzi prawdopodobieństwo, że pochodzš z rabunku. Każdy z nich ma swojš historię, tragicznš i często nie do końca wyjaœnionš. Przykładem obraz Jeana Louisa Foraina z 1881 r. „Portret kobiety z profilu". Należał do francuskiego adwokata Armanda Dorville'a, pochodzšcego z prominentnej żydowskiej rodziny, i jako jeden z wielu w jego kolekcji wisiał w jego paryskim mieszkaniu. Gdy Niemcy w czerwcu 1940 r. wkroczyli do Paryża, Dorville z częœciš zbioru udał się na południe Francji, a rok póŸniej zmarł w Dordogne. Kolekcję naziœci skonfiskowali i wystawili w 1942 r. na licytację. Obraz kupił Leopold Dreyfus. Dwa lata póŸniej znalazł się wœród 70 innych u francuskiego handlarza Raphaela Gerarda. Czy należał do niego, czy był tylko zdeponowany przez Hildebranda Gurlitta, nie wiadomo. Gurlitt zabrał obraz Foraina w 1948 r. do Düsseldorfu i już się z nim nie rozstawał.

Wystawa w Bernie to 200 dzieł, z których tylko jedna trzecia jest już własnoœciš muzeum. Pozostałe czekajš na ocenę komisji. Nowa dyrektor placówki Nina Zimmer zapewnia, że przyjmie tylko te obrazy, które nie będš budziły prawnych wštpliwoœci. Na wystawie jest np. akwarela „Grieche und Barbaren" Paula Klee z 1920 r. Pracę kupiło muzeum w Wiesbaden w 1932 r., a w sierpniu 1937 r. została zajęta jako sztuka zdegenerowana i oznaczona jako EK 1739. Hildebrand Gurlitt nabył akwarelę w 1940 r., ale nie z nazistowskiego składu, lecz prywatnie... od dyrektora muzeum w Gotha.

Kim właœciwie był Hildebrand Gurlitt? Zwykłym handlarzem, któremu jako „ćwierć-Żydowi" (jego babka była Żydówkš) udało się wejœć w łaski nazistów i robić na sztuce dobry interes, czy też nawišzane z nazistami kontakty miały służyć ratowaniu tego, co się da przed zniszczeniem lub oddaniem w obce ręce? Pewne jest, że był historykiem sztuki, który jako jeden z nielicznych w tym czasie w Niemczech interesował się nowš sztukš, w tym niemieckim ekspresjonizmem, i wystawiał jš w muzeum w Zwickau, gdzie od 1925 do 1930 r. pełnił funkcję dyrektora.

Po utracie stanowiska przeniósł się do Hamburga, założył firmę Kunstkabinet Dr.H. Gurlitt i handlował oficjalnie starš sztukš oraz modernš (pod ladš, bo handel niš był już zakazany). Miał rozległe kontakty nie tylko w œwiecie sztuki. Pod koniec maja 1938 r. prawo o pozbawianiu muzeów sztuki wynaturzonej było już gotowe i Hildebrand Gurlitt znalazł się w „osławionym kwartecie" (wraz z Boehmerem, Bucholzem i Möllerem), który miał za zadanie sprzedać wyrzucone z muzeów dzieła, tak by raz na zawsze uwolnić zdrowy, niemiecki naród od zgnilizny.

Był w tym działaniu niezwykle skuteczny – przez jego ręce przeszło ponad 4000 dzieł, które wyniósł z pałacu Schoenhausen w Berlinie (kupił od nazistów i sprzedał z zyskiem lub wymienił na „prawdziwš sztukę"). Zdania na jego temat sš podzielone. Meike Hoffmann i Nicola Kuhn w ksišżce: „Hitlers Kunsthaendlers Hildebrand Gurlitt" przytacza np. historię dotyczšcš rysunków Maxa Beckmanna. Hildebrand podobno przemycił je wraz z transportem zajętych w muzeum obrazów i sprzedał, a pienišdze przekazał malarzowi, który uciekł z Niemiec i przebywał w tym czasie w Amsterdamie. Po wojnie Beckmann – zanim wyjechał na zawsze do Ameryki – zaœwiadczył o tym przed komisjš denazyfikacyjnš. Prawdopodobnie historia ta miała wpływ na zwrot Gurlittowi skrzyń z obrazami, które komisja Monuments Men zarekwirowała mu w 1945 r.

O Corneliusie Gurlitcie, synu Hildebranda, wiadomo niewiele. Studiował historię sztuki, pracował jako konserwator. Gdy ojciec zginšł w 1956 r. w wypadku samochodowym, zabrał obrazy i ukrył się z nimi w Monachium, od czasu do czasu sprzedajšc coœ w szwajcarskiej Galerii Kornfeld.

Czy istotnie żył w przekonaniu, że jego ojciec był jednym z niewielu, którzy ratowali sztukę przed nazistami? Być może Uta Werner ma rację, twierdzšc, że żył w wyimaginowanym œwiecie, w którym wcišż czajš się naziœci, zagrażajšcy ocalonej przez ojca sztuce i właœnie dlatego uznał szwajcarskie muzeum za bezpieczne miejsce.

Sš jednak i tacy, którzy twierdzš, że zwišzki Corneliusa ze Szwajcariš sš głębsze. To, że spadek powędrował do Berna, nie powinno dziwić, utrzymuje trójka dziennikarzy ze Szwajcarii, autorzy ksišżki „Der Gurlitt – Komplex". Berno w latach 30. ubiegłego wieku było podobno centrum handlu modernš, sztukš wyklętš przez nazistów. Po wojnie niewiele się zmieniło.

Z pewnoœciš tzw. kolekcja Gurlitta nie budziłaby tyle emocji, gdyby nie stały za niš tak wielkie pienišdze. Dla jednych przedstawia tylko wartoœć materialnš, dla innych jest pamištkš, ostatnim ogniwem w łańcuchu historii, po której zostały tylko ból i popiół.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL