Sztuka

Maria Stangret-Kantor o związku z Tadeuszem Kantorem

Maria i Tadeusz na wakacjach w Niedzicy, lata 60.
Archiwum
Maria Stangret-Kantor pisze o twórczości i życiu z założycielem Cricot 2.

Spędziła ponad 30 lat z kimś równie genialnym, co trudnym. Do legendy przeszły jego przedstawienia, happeningi, ale też… awantury, urządzane w „kantorowskim” stylu, czasem z dość enigmatycznych powodów.

A co wiemy o niej, Marii Stangret-Kantor? Jest okazja poznać ją bliżej. Właśnie ukazała się książka zatytułowana „Malując progi” – wspomnienia spisane i zredagowane przez bratanka narratorki, Lecha Stangreta, historyka sztuki, swego czasu także aktora Cricot 2.

Świetna robota, gratulacje! Zachowany został tok opowieści, fraza i styl autorki. Wypada wyjaśnić, że tytuł publikacji odnosi się do akcji Marii Stangret w warszawskiej Galerii Foksal, przedsięwziętej w 1969 roku. Myślę jednak, że owe „progi” mają też metaforyczne znaczenie. Czytając, miałam wrażenie, że przestąpiłam próg prywatnego życia Kantorów, lecz nie zostałam dopuszczona do zbyt daleko, nie naruszyłam ich prywatności.

Kolejny atut tomu: ilustruje go mnóstwo zdjęć z archiwum bohaterów, którzy zwiedzili wszystkie kontynenty (z wyjątkiem Antarktydy), spotkali plejadę znanych osób, wystawiali i grali w naprawdę prestiżowych miejscach. O tych niebywałych jak na czas PRL-u sukcesach autorka mówi w tak naturalny, prosty sposób, że trudno sobie wyobrazić wysiłki, jakimi zostały okupione. A jeśli wzmiankowane są jakieś problemy – z władzą, paszportami, czy codziennym zaopatrzeniem – to z humorem, jakby to było bez znaczenia. Bo ona zdawała sobie sprawę ze skali jego talentu, więc jak mogła, ułatwiała mu życie. A on tylko pracował artystycznie, jej pozostawiając „obsługę” codzienności.

Proszę nie jednak sądzić, że pani Kantorowa skarży się na swój los czy biadoli, że straciła szansę na wielką karierę. Ma dystans do siebie i świata – zarówno socjalistycznego surrealizmu, jak współczesnej stechnicyzowanej rzeczywistości.

Autorka z wielkim wyczuciem i delikatnością opowiada o związku z Tadeuszem Kantorem, unikając zbyt intymnych wynurzeń. Nie waha się wspomnieć o osobistej tragedii, kiedy odszedł do innej, młodszej. „Potrzeba czasu i cierpliwości, by, jak mawiał Tadeusz »wszystko pamiętać i o wszystkim zapomnieć«". Dodam – trzeba klasy, by zachować taką postawę.

Przez ponad trzy dekady byli prawie nierozłączni. Tworzyli kontrastową parę: zawsze pogodna, pełna zrozumienia dla innych Maria Stangret i wiecznie napięty, skory do irytacji Tadeusz Kantor. Ona drobniutka, z okrągłą i roześmianą buzią dziecka. On wysoki, zgarbiony, z charakterystyczną mocno zarysowaną szczęką. On charyzmatyczny; ona „silna inaczej”.

Była nie tylko jego partnerką, także pierwszym widzem i krytykiem, powierniczką i konsultantką, sekretarką i organizatorem codzienności. Do tego czołową aktorką Cricot 2 – teatru, który częściej dawał spektakle za granicą, niż w Polsce. Z ich dokonań nie mógł zostać wyeliminowany wzajemny wpływ – ale przecież nie sposób nie zauważyć oryginalności, samodzielności poszukiwań Marii Stangret.

We wspomnienia wplecione zostały też dziesiątki anegdot o tuzach powojennej sztuki polskiej, przytoczonych z taktem i wdziękiem. Najbardziej jednak lubię historię, jak to Tadeusz omalże udusił Marię przy pomocy… papieru toaletowego. W swym pierwszym happeningu „Linia podziału” Kantor owijał żonę tym reglamentowanym towarem. Działanie powtórzył kilkakrotnie, także w Szwajcarii. Jak się okazało, tamtejszy papier był za dobrej jakości – był elastyczny i nie przepuszczał powietrza. I oto – mumia zemdlała!

Książka „Malując progi” ukazała się kilka miesięcy po Roku Kantora (setne urodziny); w 50. roku istnienia Galerii Foksal, gdzie para Stangret/Kantor często bywała i wystawiała. Warto też przypomnieć, że 8 grudnia przypada 26 rocznica śmierci autora „Umarłej klasy”. Spektaklu, na kształt którego miała wpływ również Maria Stangret. A jaki – proszę przeczytać.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL