Społeczeństwo

KOD zjednoczył opozycję

PAP, Adam Warżawa
Frekwencja wskazuje na sukces organizatorów sobotnich marszów pod hasłem „My, naród".

Przemarsz ulicami stolicy zorganizowany przez Komitet Obrony Demokracji wspierany przez opozycyjne partie był odpowiedzią m.in. na ujawnione przez IPN dokumenty, według których były lider „Solidarności" był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie Bolek.

Hasło: „My, naród" jest nawiązaniem do słów Lecha Wałęsy wypowiedzianych w 1989 r. przed Kongresem w Stanach Zjednoczonych.

Elementów okazujących wsparcie byłej głowie państwa nie brakowało w maszerującym tłumie. Można było zaobserwować twarze z doklejanymi charakterystycznymi wąsami, maski z podobizną Wałęsy czy transparenty głoszące, że Wałęsa to bohater. W porównaniu z poprzednimi protestami KOD widać było też znacznie więcej młodzieży, choć dziwił widok dzieci, którym rodzice doczepili kartki „Jestem TW Bolek".

Zanim rozpoczął się marsz, swoje przemówienia wygłosili liderzy partii opozycyjnych, którzy po raz kolejny podkreślali, że sprzeciwiają się polityce obozu władzy i nie pozwolą na łamanie prawa. Lider Nowoczesnej Ryszard Petru mówił, że to będzie długi marsz, a opozycja będzie protestować w parlamencie i na ulicach. Tych słów na żywo nie usłyszeli zwolennicy KOD ze Śląska, których pociąg stał dwie godziny w polu. Pół żartem, pół serio mówili, że za awarią stoi prezes PiS.

Gdy spóźnieni szli w kierunku mostu Poniatowskiego, można było dostrzec kwitnący, biznes przy rondzie Charles'a de Gaulle'a. Chętni mogli kupić flagę Polski lub Unii Europejskiej. Pytany sprzedawca nie potrafił powiedzieć, które cieszą się większym powodzeniem. – Zwykle kupują komplet – odpowiedział kilkunastoletni chłopiec. Kilka minut obserwacji nie rozwiało tych wątpliwości. – W jakiej cenie są flagi? – pytał przechodzień. – Małe po 5 zł, te na kiju po 20 zł – padła odpowiedź. Za 10 zł można było kupić także przypinany znaczek.

– Ja się pogodziłam z tym, że PiS wygrał – mówiła kobieta obserwująca marsz. Na wysokości Pałacu Kultury i Nauki niosły się nieliczne przyśpiewki, które były miłą chwilą oddechu od wszechobecnego dźwięku trąbek. Marszu, choć był liczny, zabrakło rozmachu.

Uwagę zwracały za to pogodne twarze protestujących, co zaprzecza panującej opinii, że wraz ze zmianami w kraju dzieje im się krzywda. Wesoła była też Anna Komorowska. Była pierwsza dama szła w tłumie, co rusz ktoś ją zaczepiał, żeby się przywitać lub zrobić pamiątkowe zdjęcie.

Gdy tłum docierał ulicą Królewską na pl. Piłsudskiego, intrygująco zabrzmiały słowa kobiety ze służb porządkowych, która choć nie widziała całkowitej liczby uczestników, oceniła, że marsz zgromadził 100 tys. osób. Manifestacja była bardzo istotna dla jej organizatorów właśnie ze względu na frekwencję. Poprzednie protesty gromadziły z upływem czasu coraz mniej ludzi.

W ocenie frekwencji pojawiły się spore rozbieżności. Władze Warszawy uznały, że manifestacja zgromadziła 80 tys. ludzi, a z raportu policji wynika, że w kulminacyjnym momencie było ich pięć razy mniej, bo 15 tys. Nawet jeżeli liczba uczestników oscylowała gdzieś w połowie tych liczb, jest to i tak sukces KOD, który pokazał, że nie składa broni.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL