Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Sędziowie i sądy

Bartłomiej Przymusiński - Młot na sędziów

123RF
Po lekturze prezydenckiego projektu ustawy o Sądzie Najwyższym nie ma już wątpliwości, że sądy powszechne stają się lennem oddanym w niepodzielną władzę ministrowi sprawiedliwości.

O dyscyplinę w sądach zadbają rzecznicy dyscyplinarni do specjalnych poruczeń powołani przez ministra (art. 112c § 1 prawa o ustroju sądów powszechnych) oraz sędziowie sądów dyscyplinarnych wybrani przez... tego samego ministra (art. 110a § 1 usp).

Reguły postępowania dyscyplinarnego będą „znakomitym" wkładem polskiej myśli prawniczej w doktrynę prawa karnego, bo dopuszczą prowadzenie procesu pod usprawiedliwioną nieobecność obwinionego i jego obrońcy (projektowany art. 115a § 3 usp). Przepisy ustawy przewidują taki nawał spraw, że sąd dyscyplinarny zacznie orzekać wyrokami nakazowymi bez udziału obwinionego (art. 115b § 1 usp). Jeżeli przy procesowym zbieraniu materiałów służby specjalne ustalą w drodze podsłuchu, że sędzia popełnił delikt, bo np. w prywatnej rozmowie z kolegą ubliżył komuś (nie daj Boże ministrowi), materiały z podsłuchu będą podstawą do wydania wyroku w tej szalenie groźnej społecznie sprawie (art. 115c usp). Nareszcie podatnicy będą mieli poczucie, że ich pieniądze są dobrze wydawane, a tak karygodne przypadki jak używanie przez sędziów słów obelżywych albo nieskasowanie biletu w tramwaju są tępione z całą surowością.

Tego rodzaju inkwizycyjna ustawa zamyka możliwość jakiejkolwiek konstruktywnej rozmowy o tym, co naprawdę wymagałoby poprawienia w przepisach dyscyplinarnych, choć sam chciałbym np., aby procesy sędziów oskarżonych o pospolite przestępstwa mogły się toczyć sprawniej. Zamiast merytorycznie dyskutowanego i uzgodnionego z sędziami projektu otrzymujemy współczesny odpowiednik „Młota na czarownice", opakowany w pozory cywilizowanego procesu. To jednak tylko maska, za którą kryje się prymitywna siła. Po prawie dwuletniej kampanii nienawiści rozpętanej przez dążącą do pełnej kontroli dwuwładzę sędziowie stali się współczesnymi czarownicami. W średniowieczu wierzono, że to właśnie przez nie krowy nie dają mleka, plony nie wzrastają, a nowo narodzone dzieci umierają. Zapobiec temu pragnęli dominikanie Jacob Sprenger i Heinrich Kramer, którzy skrupulatnie spisali metody wykrywania oraz skazywania czarownic w dziele „Malleus maleficarum" („Młot na czarownice"), z którego później korzystali inkwizytorzy w całej Europie. Dziś opinia społeczna ma wierzyć, że przepisy są niejasne z winy sędziów, którzy je sami piszą, że każdy z nich patrzy tylko, gdzie coś można ukraść, a Polska rozwijałaby się pięć razy szybciej, gdyby nie powolne sądownictwo. Dziś sędziowie mogą więc co najwyżej dyskutować, czy lepiej płonąć na drzewie brzozowym czy sosnowym oraz czy próba gorącej wody wymaga utrzymania ręki we wrzątku przez 30 czy 50 sekund.

Sięgnijmy głębiej do tego dzieła z mroków ponurego średniowiecza, bo może znajdą się jeszcze inne inspiracje dla tworzących polskie prawo na miarę naszych czasów. Otóż za wielce skuteczną metodę wykrywania czarownic (a więc może i tych sędziów, którzy nie są godni urzędu) uznawano długotrwałe pozbawienie wolności połączone z torturami. Podobno już samo wyrywanie paznokci zwiększa liczbę spraw, w których oskarżony się przyznaje. Publiczna pochwała dla stosowania tortur w pewnych przypadkach, wyrażona przez jednego z wiceministrów sprawiedliwości, może więc wymagać przemyślenia. Także żarliwa obrona przed fałszywym oskarżeniem była dla inkwizytorów świadectwem opętania przez diabła, więc pomyślcie, koleżanki i koledzy sędziowie, o czym będzie świadczyć wasze upieranie się przy niewinności?

I jeśli myślicie, że niczym się nie naraziliście, nie zabieraliście głosu publicznie, nie byliście na żadnym Łańcuchu Światła – i to was uchroni, to zastanówcie się, proszę, czy dobrze wam będzie żyć w tym strachu. O takim strachu pisał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie" na przykładzie Piłata, któremu tchórzostwo nie pozwoliło uwolnić Jeszui, choć bardzo tego pragnął. Skazał niewinnego, gdyż bał się pomruków tłumu i odpowiedzialności przed cesarzem. Potem już tylko we śnie powtarzał: „O nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!".

Autor jest sędzią Sądu Rejonowego w Poznaniu oraz rzecznikiem Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL