Krystyna Boczkowska: Mamy za mało szkół zawodowych i uczniów

aktualizacja: 07.09.2017, 21:37
Foto: materiały prasowe

Potrzeby pracowników po szkole zawodowej są przez obecny system edukacji zaspokajane tylko w 10 proc. - mówi Krystyna Boczkowska, prezes spółki Robert Bosch i reprezentantka Grupy Bosch w Polsce.

Rzeczpospolita: Jak wygląda aktywność firmy w Polsce?

Krystyna Boczkowska: Jesteśmy tu obecni od 1992 r. i w tym roku obchodzimy 25-lecie działalności na polskim rynku. Zaczynaliśmy bardzo skromnie, bo w trzy osoby, a dzisiaj mamy osiem fabryk i 5100 pracowników. Większość to fabryki AGD, ale mamy też fabrykę układów hamulcowych, a teraz w Goleniowie pod Szczecinem otwieramy fabrykę układów ściernych. Nasza produkcja jest więc bardzo różnorodna.

Wasze plany inwestycyjne świadczą o tym, że środowisko dla biznesu nie jest w Polsce tak złe, jak się niekiedy mówi?

Rzeczywiście,w 2017 r. otworzymy trzy fabryki. Pierwsze dwie to fabryki AGD we Wrocławiu, po firmie Fagor, gdyż przejęliśmy jej masę upadłościową. Trzecia, w Goleniowie, to przeniesienie produkcji ze Szwajcarii.

Wielokrotnie słyszymy, że brakuje rąk do pracy. Czy to jest rzeczywiście coś, co może was powstrzymać przed inwestycjami?

Zdecydowanie tak. Ten proces jest już widoczny na Węgrzech, w Czechach czy na Słowacji, gdzie brakuje rąk do pracy. Naturalną konsekwencją jest kierowanie się do Polski, chociaż gigantycznym konkurentem są dla nas Rumunia oraz Serbia i Słowenia. Problem braku rąk do pracy również w Polsce zaczyna być dotkliwy, szczególnie że system edukacji zupełnie nie odpowiada na potrzeby przedsiębiorców.

Mam wrażenie, że wątek niedoskonałego systemu edukacji coraz częściej pojawia się w debacie publicznej. Jakie są jego największe deficyty?

Największy dotyczy szkolnictwa zawodowego i technicznego. Jak potwierdza strategia na rzecz odpowiedzialnego rozwoju i samo Ministerstwo Edukacji Narodowej (MEN) – problemem jest niespójność między potrzebami przedsiębiorstw a systemem, który kształci przede wszystkim ludzi z wyższym wykształceniem.

Brakuje nam inżynierów czy raczej ludzi wykonujących prostsze prace?

Raczej ludzi do prostszych prac. Ze statystyk opublikowanych na stronie MEN wynika, że nasze potrzeby pracowników po szkole zawodowej są przez obecny system edukacji zaspokajane tylko w 10 proc.

Jak więc rozwiązujecie ten problem?

Po pierwsze, zatrudniamy często osoby ze zbyt wysokim wykształceniem, nierzadko po studiach. Nierzadko są to absolwenci płatnych prywatnych szkół, tzw. szkół fartu i żartu, którzy wchodzą na rynek, nie mając żadnego zawodu. Chcąc znaleźć pracę, muszą się więc przekwalifikować.

Rozumiem, że macie również programy doszkalania?

Zdecydowanie tak. Bez programów doszkalania i szkoleń nie moglibyśmy prowadzić działalności, ponieważ w zasadzie w każdym obszarze musimy szkolić pracowników. Także tych, którzy kończyli w Polsce studia techniczne Oznacza to gigantyczne koszty dla firm.

Jaki procent budżetu przeznaczacie na doszkalanie?

Do inwestycji Boscha w Polsce, które na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat sięgają 1,2 mld euro, należałoby jeszcze doliczyć bardzo pokaźną kwotę na doszkalanie ludzi i dopasowywanie ich do technologii, które stosujemy.

Czy podejmujecie współpracę ze szkołami średnimi i wyższymi, by skrócić ścieżkę dochodzenia do zawodu?

W zasadzie każda z naszych dywizji podejmuje współpracę ze szkołami i z uczelniami, Studenci piszą u nas prace dyplomowe. Mamy też bardzo dobry, wielokrotnie nagradzany program Akademia Wynalazców im. Roberta Boscha. Zachęcamy nim młodzież gimnazjalną – teraz będą to uczniowie szkół podstawowych – do zainteresowania się przedmiotami technicznymi, gdyż tutaj mamy największy deficyt. Ten program tylko w dwóch województwach skupia ok. 7500 młodych ludzi, którym umożliwiamy współpracę z kółkami zainteresowań na uczelniach.

Jeśli miałaby pani podpowiedzieć ludziom odpowiedzialnym w Polsce za edukację pewne rozwiązania systemowe, to co by pani zasugerowała?

Myślę, że największą wadą naszego systemu edukacji jest szerokie otwarcie drzwi na studia przy ustaleniu progu zdawalności matury na 30 proc. A ponieważ nie ma doradztwa zawodowego ani próby zdefiniowania umiejętności młodych ludzi na poziomie szkoły podstawowej, to najbezpieczniejszą ścieżką jest wybór liceum ogólnokształcącego, a potem jakichkolwiek studiów. Polska należy do krajów, gdzie decyzje o wyborze zawodu podejmuje się bardzo późno. Często dopiero na drugich studiach młody człowiek jest w stanie mniej więcej określić, gdzie chciałby pracować. To zbyt późno.

Jakie zmiany pani sugeruje?

Przede wszystkim podwyższenie poziomu zdawalności matury. Nie wiem też, czy nie należałoby przywrócić egzaminów na wyższe uczelnie, gdyż system wyższej edukacji został spauperyzowany i ma rangę dawnej matury. Taki też jest często poziom absolwentów uczelni. Zdecydowanie należy odbudować szkolnictwo zawodowe –między 2005 a 2015 r. zlikwidowano w Polsce 5 tys. szkół zawodowych, które kształciły 900 tys. uczniów. I taki mamy deficyt na rynku. W tej chwili MEN zastanawia się nie nad tym, jak powiększyć liczbę szkół, ale jak zagospodarować te, które mamy. To za mało, gdyż wszystkie branże, z którymi rozmawiamy, odczuwają silny deficyt uczniów. Na przykład w branży budowlanej firmy opóźniają realizację kontraktów, bo nie mają ludzi do pracy.

POLECAMY

KOMENTARZE