JOW czy STV? Jaki system wyborczy lepszy?

aktualizacja: 20.05.2015, 15:09

Oprócz innowacji społecznych i gospodarczych państwo potrzebuje innowacji politycznych. One będą wspierały proces formowania się nowych elit – przekonuje ekspert.

REDAKCJA POLECA

Ordynacja wyborcza to proces rekrutacji i selekcji najlepszych ludzi do służby publicznej. Przypomnijmy: w Polsce obowiązuje ordynacja proporcjonalna z listami partyjnymi, przy czym mandaty obsadzane są zgodnie z regułą Jeffersona-d'Hondta. Obowiązują ustawowe progi wyborcze 5 proc. dla partii i 8 proc. dla koalicji. Stan naszej klasy politycznej pokazuje, że obecna ordynacja nie gwarantuje wyboru najlepszych ludzi do Sejmu.

Połączyć zalety

Sukces Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich przyspieszył debatę o zmianie systemu wyborczego. Dziś koncentruje się ona na jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), w których wygrywa kandydat z największą liczbą głosów. Z punktu widzenia obecnej ordynacji wydają się wartościową innowacją polityczną.

I zaraz pojawia się pytanie, czy Sejm po wprowadzeniu JOW wypełni się posłami niezależnymi. Czy zmieni się układ sił? Wyniki wyborów w ramach JOW do Senatu w 2011 r. nie napawają optymizmem. 63 mandaty dla PO, 31 dla PiS, trzy dla PSL. Dziś mamy zabetonowany Senat. O wyborze senatorów decydowała przynależność partyjna.

Zwolennicy JOW zwracają uwagę, że sytuacja się zmieni w wyborach do Sejmu, bo w nich okręgi wyborcze będą mniejsze, a kandydat znany społeczności lokalnej. Przyjrzyjmy się wynikom wyborów samorządowych (2014) w ramach JOW. W Bytowie PO otrzymała blisko 40 proc. poparcia, co dało jej 71,43 proc. mandatów w radzie miasta. W Rumi PO zdobyła 27,74 proc. głosów i 74,43 proc. mandatów. Z kolei w Starym Sączu lokalny komitet zdobył 47,84 proc. głosów i 80,95 proc. mandatów. W Kutnie komitet kandydata na prezydenta uzyskał 38,66 proc. poparcia, co dało mu 100 proc. (!) miejsc w radzie miasta. Mamy więc samodzielne rządy mniejszości. Nie ma to nic wspólnego ze sprawiedliwym podziałem mandatów.

Jednomandatowe okręgi mają istotną zaletę – można w nich kandydować indywidualnie, bez szyldu partyjnego. O miejscu na liście nie decyduje lider partii. Zastanawiające jest jednak, że w 2010 r. na 650 miejsc w parlamencie Wielkiej Brytanii mandat uzyskała tylko jedna osoba niezależna. Kraj ten wskazywany jest jako wzór działania JOW (!). Jednomandatowe okręgi mają też istotną wadę: dzielą obywateli. Są to wybory zero-jedynkowe, w których zwycięzca w okręgu bierze wszystko.

Czy jest ordynacja, która łączy zalety ordynacji proporcjonalnej i tej opartej na JOW? Jednym z rozwiązań może być spersonalizowany system proporcjonalny, czyli STV (Single Transferable Vote – pojedynczy głos przechodni). Stosowany jest w wyborach w Irlandii oraz samorządowych wyborach w Australii, Stanach Zjednoczonych i w australijskich wyborach senackich. W STV podobnie jak w JOW głos oddaje się na konkretną osobę, a nie na partyjną listę. Mandat posła uzyskuje kandydat, który zgromadzi odpowiednią liczbę głosów, którą wylicza się, dzieląc liczbę oddanych ważnie głosów przez liczbę mandatów w okręgu powiększoną o jeden.

Największą zaletą STV w stosunku do JOW jest to, że na karcie wyborczej możemy wskazać kilka osób. „Głosujemy preferencyjnie, tzn. oddajemy głos na wielu kandydatów, szeregując ich w kolejności od najbardziej preferowanego do najmniej. Można wziąć pod uwagę wszystkich kandydatów, można niektórych pominąć. Wyborca zaznacza swoje preferencje, kreśląc odpowiednią liczbę obok kandydata, oznaczając w ten sposób jego pozycję w swoim szeregu preferencji (tzn. stawiamy jedynkę obok najbardziej lubianego, dwójkę przy następnym w naszej kolejności preferencji itd.)" – wyjaśnia dr Paweł Przewłocki w ekspertyzie o STV wydanej przez Instytut Spraw Obywatelskich.

Bez zmarnowanych głosów

Przeliczanie głosów w systemie STV odbywa się na poziomie okręgów. W pierwszym kroku liczone są głosy oddane na kandydatów z numerem 1. Mandat zdobywają ci, którzy przekroczą wspomnianą wcześniej kwotę. Zwykle będzie ich mniej niż mandatów, co powoduje konieczność rozdysponowania pozostałych mandatów. W drugim kroku dokonywana jest analiza kandydatów z numerem 2 na kartach wyborczych, na których kandydat z numerem 1 uzyskał już mandat. Tutaj dochodzimy do najważniejszego mechanizmu ordynacji STV. Do kandydatów z numerem 2 transferowana jest nadwyżka głosów (ponad kwotę) oddanych na kandydatów z numerem 1, którzy już otrzymali mandat. Przykładowo: kwota wynosi 100 głosów. Kandydat z numerem 1 otrzymuje 170 głosów. W związku z tym nadwyżka w postaci 70 głosów jest transferowana do kandydatów z numerem 2. Transfer jest proporcjonalny do liczby uzyskanych przez nich głosów. Procedurę powtarza się aż do rozdzielenia wszystkich mandatów.

Największą zaletą STV w stosunku do ordynacji JOW jest to, że nasz głos nie trafia do kosza, kiedy będziemy głosować na naszego kandydata, a nie zostanie on wybrany. Jeżeli bowiem na tej samej karcie wskazaliśmy również inne osoby, a nasz kandydat, przy którego nazwisku postawiliśmy jedynkę, nie uzyska poparcia wystarczającego do zdobycia mandatu, to nasz głos przechodzi na kolejnych kandydatów. Przeciwnicy ordynacji STV zwracają uwagę na jej skomplikowany charakter. Moim zdaniem sam proces głosowania, przy odpowiedniej edukacji obywatelskiej, będzie zrozumiały i łatwy dla obywateli. Wyzwanie z STV dotyczy sposobu ustalania wyników wyborów. Faktycznie jest kilka etapów przeliczania głosów na mandaty. Myślę, że nasze państwo jest w stanie sprostać temu wyzwaniu. Inną wadą STV podnoszoną przez jej krytyków jest to, że doprowadzi ona do destabilizacji sceny politycznej. Rzeczywiście, wprowadzenie STV może, poprzez odejście od centralnej roli partii w procesie wyborczym i zniesienie progów, doprowadzić do większego rozdrobnienia w parlamencie oraz wyboru wielu posłów niezależnych. Przykład Irlandii pokazuje jednak, że STV nie grozi stabilności politycznej tego kraju.

Byłoby kogo wybrać

Konstytucja RP w art. 96 mówi: „Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym". STV jest ordynacją proporcjonalną, więc jej wprowadzenie nie wymaga zmiany konstytucji, a zatem większości 2/3 głosów w Sejmie i połowy głosów w Senacie.

Załóżmy, że nasz idealny kandydat popiera demokrację bezpośrednią (m.in. dostęp do informacji publicznej, referenda i ustawy obywatelskie), jest przeciwnikiem liberalizmu gospodarczego, w sferze obyczajowej jest konserwatystą, za ważną w życiu publicznym uważa rolę związków zawodowych i organizacji pozarządowych, jest też zwolennikiem ochrony przyrody. Przy ordynacji proporcjonalnej, która obowiązuje obecnie, oraz ordynacji JOW nie miałby na kogo głosować. Trudno znaleźć odpowiedniego kandydata spełniającego wszystkie nasze preferencje polityczne. Przy ordynacji STV, w której mamy do wyboru kilku kandydatów, zwiększamy swoje szanse na wybór posłów, którzy będą dbali w parlamencie o to, co jest dla nas ważne.

Ponad podziałami

Czy ordynacje JOW i STV przystają do naszej tradycji politycznej? Myśląc schematycznie, dochodzimy do wniosku, że nie. Myśląc nieschematycznie, możemy uznać, że wprowadzenie innowacyjnej zmiany ordynacji wyborczej będzie korzystne dla obywateli.

Dziś potrzebujemy więcej demokracji uczestniczącej, mnie partyjnej. Demokracji, w której jak najwięcej obywateli będzie znajdowało swoją reprezentację posłów i senatorów. Wierzę, że środowiska proobywatelskie wspólnie, ponad podziałami, wypracują i wprowadzą w życie taką ordynację, która możliwie precyzyjnie będzie odzwierciedlała wolę wyborców oraz sprawiedliwie dzieliła mandaty.

Autor jest prezesem Instytutu Spraw Obywatelskich (INSPRO), społecznie zakorzenionego think tanku, który jest niezależny od partii politycznych

POLECAMY

KOMENTARZE