Rzecz o prawie

Mariusz Królikowski o reformie sądów

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Politycy od lat zbijają kapitał polityczny na krytyce sądów

Stało się. Z dawna zapowiadana reforma sądownictwa nabiera tempa. Minister Zbigniew Ziobro ogłosił jej główne założenia. Od razu ruszyła też intensywna ofensywa medialna, mająca na celu wykazanie, że sądownictwo to jedna wielka patologia, którą należy wytępić ogniem i żelazem. Oczywiście dla dobra obywateli. „Czas najwyższej kasty dobiega końca" – powiedział minister Ziobro. „Będziemy bronić obywateli, którzy bardzo często są poszkodowani przez polskie sądy" – wtórował mu wiceminister Patryk Jaki. „Sądy w Polsce są obciążone potężną patologią. Nie cofniemy się" – podsumował prezes Jarosław Kaczyński.

Można powiedzieć, że to nic nowego. Politycy od lat zbijają bowiem kapitał polityczny na krytyce sądów. Podobnie działał Zbigniew Ziobro za swej pierwszej kadencji. Okres rządów Donalda Tuska także nie był wolny od antysądowej retoryki. Zwłaszcza podczas wprowadzania niechlubnej pamięci reformy ministra Gowina (likwidacja małych sądów) przybrała na sile. Opowieści o sitwach, które miały opanować małe sądy, bardzo często snuli politycy ówczesnego obozu rządzącego.

Obecnie retoryka rządzących idzie w podobnym kierunku. Jedynie dawne „sitwy" zastąpiła modna ostatnio „kasta". Chodzi jednak o to samo: o zwiększenie swojej popularność poprzez walkę z rzekomo uprzywilejowaną i krzywdzącą obywateli „kastą sędziowską". A przy okazji o zmniejszenie niezależności władzy sądowniczej. Różnicą jest skala działania. Jeszcze nigdy w historii politycy partii rządzącej nie przypuścili na sądy tak zmasowanego i bezpardonowego ataku jak obecnie.

Ale od kwestii propagandowych ważniejsza jest zawartość merytoryczna. A tu zgłoszone w „pakiecie Ziobry" dwa projekty ustaw budzą spore rozczarowanie. Zawiedzeni muszą być zwłaszcza reformatorsko nastawieni sędziowie, którzy oczekiwali likwidacji feudalnej piramidy w systemie sądownictwa czy zrównania uprawnień sędziów różnych szczebli. Tymczasem prawdziwym celem tych projektów nie jest wcale usprawnienie sądownictwa, ani nawet wewnętrzna demokratyzacja jego struktury, ale znaczące zwiększenie wpływu polityków na sądy. Wpływu, który przez wiele lat był przez kolejne ekipy rządzące zwiększany i osiągnął poziom niemożliwy do pogodzenia z zasadą niezależności władzy sądowniczej. Choć przyznać trzeba, że Trybunał Konstytucyjnym był niegdyś odmiennego zdania i taki wzrost zależności władzy sądowniczej akceptował.

Deklarowane założenia reformy są piękne: sprawność i efektywność, bezstronność, zaufanie i uczciwość, profesjonalizm, demokratyzacja i niezależność. Trudno byłoby znaleźć sędziego, który takim hasłom nie przyklaśnie. Jednak bliższa analiza projektów prowadzi do wniosku, że skutki tych rozwiązań dalece odbiegną od pięknych haseł. Oczywiście nie można generalizować. Spora część planowanych rozwiązań szczegółowych jest słuszna i pożyteczna. Czas więc na odsianie ziaren od plew.

Większa sprawność

Połączenie najmniejszych wydziałów sądowych, ograniczenie liczby sędziów wizytatorów, wprowadzenie finansowych sankcji za celowe przeciąganie procesu przez strony, sprzyjanie zawieraniu ugód w postępowaniach sądowych czy wprowadzenie elektronicznego systemu ewidencji pracy sędziów według wzorów niemieckich – wszystko to może poprawić sprawność postępowania. Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia takim zmianom się nie sprzeciwia. Podobnie jak zmniejszeniu liczby stanowisk funkcyjnych. Warto jedynie zauważyć, że wbrew twierdzeniom ministra Ziobry, sędziowie funkcyjni, stanowiący 40 proc. wszystkich sędziów, nie zajmują się wyłącznie nadzorem, ale także orzekają, choć zwykle mniej niż inni.

Spore wątpliwości budzi wprowadzenie zasady niezmienności składu w sprawach cywilnych. Dobrze wpłynęłoby to na rzetelność postępowania, jednak sztywne stosowanie tej zasady w przypadku np. długotrwałej choroby sędziego powodowałoby konieczność rozpoczynania sprawy od początku. Z pewnością nie służyłoby to przyspieszeniu postępowania.

Bezstronność

Jej gwarancją ma być losowy przydział spraw poszczególnym sędziom. I słusznie, gdyż obywatel ma prawo do osądzenia przez sędziego bezstronnego, a nie specjalnie dobranego do danej sprawy.Wbrew jednak twierdzeniom ministra Ziobry taki przypadkowy w istocie system obowiązuje już teraz. System przydziału z listy alfabetycznej według kolejności wpływu oznacza w istocie losowy przydział spraw. Pozbawione podstaw są więc opowieści o całkowitej dowolności przewodniczących wydziałów w przydzielaniu spraw. Oczywiście dobrze będzie, jeśli system komputerowy też zapewni równomierne obciążenie sędziów obowiązkami.

Co ciekawe, pomysłodawcy losowego przydziału spraw zupełnie inaczej widzą tę kwestię na przykładzie konkretnych postępowań. Minister Patryk Jaki na własnym procesie o naruszenie dóbr osobistych złożył wniosek o wyłączenie sędzi, która orzekła wbrew jego oczekiwaniom. Podległy Zbigniewowi Ziobrze prokurator chciał wyłączenia sędzi orzekającej w sprawie z udziałem najbliższych ministra. Jak widać, popieranie losowego przydziału spraw ma w praktyce charakter wybiórczy, bo jednak w niektórych sprawach politycy woleliby ręczne sterowanie składem sądu.

Interes korporacji

Dużym poczuciem czarnego humoru wykazał się minister Ziobro, deklarując demokratyzację i niezależność KRS. Oczywiście szybko okazało się, że ma to być niezależność od „korporacyjnych interesów", które mają zostać zastąpione politycznymi interesami rządzącej większości. Jak bowiem inaczej można określić propozycję wyboru sędziów – członków KRS przez zwykłą większość sejmową? Albo podziału KRS na dwa zgromadzenia, w celu zwiększenia wagi głosu polityków należących do Rady, tak aby mogli oni blokować sędziowską większość w Radzie? Jeśli dodamy do tego udzielenie prezydentowi prawa do wyboru sędziów spośród dwóch kandydatów oraz wyraźne preferencje dla egzaminowanych aplikantów po Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury – przewaga dwuwładzy ustawodawczo-wykonawczej nad sądowniczą staje się miażdżąca. Zamiast rzeczywistej demokratyzacji KRS poprzez zapewnienie równego udziału w wyborach sędziów różnych szczebli mamy projekt Rady politycznej. I nie zmienia tej oceny przywołane przez Zbigniewa Ziobrę porównanie ze sposobem powoływania Rady Głównej Władzy Sądowniczej Hiszpanii. Modele funkcjonowania władzy sądowniczej są oczywiście w poszczególnych krajach różne i zawsze można znaleźć przykłady pasujące do jakiejś koncepcji. Niemniej w Polsce nie obowiązuje Konstytucja Hiszpanii z 27 grudnia 1978 r., lecz Konstytucja RP z 2 kwietnia 1997 r.

Kolejnym krokiem zmierzającym do zwiększenia politycznego nadzoru nad sądami jest zwiększenie i tak bardzo dużych kompetencji MS w powoływaniu i odwoływaniu prezesów i wiceprezesów sądów. Podnoszenie w tym kontekście tzw. afery krakowskiej, w której zarzuty zostały postawione kilku urzędnikom sądowym jest całkowicie chybione. W tym bowiem przypadku prezes Sądu Apelacyjnego w Krakowie zaraz po ujawnieniu sprawy sam podał się do dymisji, wobec czego nadzwyczajne uprawnienia ministra do odwoływania prezesów są zbędne.

Zaufanie i uczciwość

Zdaniem ministerstwa „większa transparentność, ściślejsza kontrola oraz niezależność postępowań dyscyplinarnych od wpływów środowiska ma wzmocnić autorytet wymiaru sprawiedliwości i samych sędziów". Jako argument podaje się fakt, że w latach 2011–2015 do sądów dyscyplinarnych trafiło 310 wniosków, a z urzędu złożono tylko 11 sędziów, co ma rzekomo świadczyć o pobłażliwości sądów dyscyplinarnych.

Jest to argument cokolwiek naciągany. Cóż bowiem oznacza, że „tylko 11", a nie „aż 11". Równie dobrze można postawić zarzut, że w jakimś sądzie orzeczono tylko jedną karę dożywocia i aż tysiąc kar łagodniejszych. Dopóki jednak nie wiemy, jakie były w tych sprawach stawiane zarzuty, nie możemy w żaden sposób ocenić, czy jedna kara dożywocia to dużo czy mało. Tak samo jest z sędziami – przypadki poważnych przestępstw, np. korupcji są rzadkie. Na ogół sędziowie odpowiadają za drobniejsze uchybienia, np. opóźnienie w pisaniu uzasadnień. Po udowodnieniu popełnienia przestępstwa sędziowie są zawsze usuwani z zawodu.Argument o rzekomej pobłażliwości sądów dyscyplinarnych jest zatem zupełnie chybiony, za to stwarza wśród odbiorców nieuzasadnione wrażenie, że jakieś poważne przestępstwa sędziów nie spotykają się z należytą reakcją.

Za całkowite kuriozum należy uznać wyłączenie sądownictwa dyscyplinarnego z systemu sądowego. Tak bowiem chyba należy rozumieć utworzenie autonomicznej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Ta koncepcja nie jest znana w historii prawa polskiego. Nawet w okresie PRL nikt na taki pomysł nie wpadł. W powiązaniu z planem, by oskarżycielami w sprawach dyscyplinarnych byli prokuratorzy, podlegli przecież MS, tworzy to mechanizm bardzo niebezpieczny dla niezawisłości sędziów. Łatwo bowiem można sobie wyobrazić, że odpowiedzialności dyscyplinarnej może podlegać sędzia orzekający wbrew woli rządzących, np. w sprawie śmierci ojca Zbigniewa Ziobry czy w cywilnej sprawie Patryka Jakiego. Tak poważny instrument nacisku, wprowadzany pod płaszczykiem zwiększania zaufania do sądów, będzie w istocie końcem niezawisłego sądownictwa w Polsce.

Politycy partii rządzącej lubią szermować hasłem „korporacji sędziowskiej". Twierdzą, że konieczne jest powoływanie sądów dyscyplinarnych spoza „korporacji", tak jakby rzetelne osądzenie sędziego przez innych sędziów było z natury rzeczy niemożliwe. Oczywiście wołaniem na puszczy jest mówienie, że sędziowie nie są żadną korporacją, tylko elementem władzy państwowej tak jak posłowie czy ministrowie. Jakoś nikt nie mówi o „korporacji poselskiej" czy „ministerialnej". Swoją drogą, skoro istnieje równowaga władz, to należałoby konsekwentnie zaproponować odpowiedzialność dyscyplinarną przed tą specjalną Izbą SN także posłów, senatorów i ministrów. Nie ma bowiem żadnego uzasadnienia, aby np. członkowie korporacji poselskiej odpowiadali za przekroczenie zasad etyki tylko przed Komisją Etyki Poselskiej, a nie przed Izbą Dyscyplinarną SN. Zwłaszcza że notowania społeczne parlamentarzystów i ministrów są prawie dwukrotnie niższe niż zaufanie do sędziów.

Środowisko sędziowskie nie jest i nie chce być bezkarne. Zdecydowanie opowiada się za surową odpowiedzialnością sędziów za rzeczywiste przestępstwa. Bo oczywiście przypadki zachowań nieetycznych czy wręcz przestępczych w gronie 10 tys. sędziów zdarzyć się mogą. Nawet jeśli zdarzają się rzadko. Sędziom należy stawiać poprzeczkę wyżej niż przeciętnemu obywatelowi. I tak się dzieje. Nie może to jednak oznaczać odpowiedzialności sędziów przed politykami lub ciałami quasi-sądowymi z politycznego nadania. Niezależność sędziów od polityków jest bowiem podstawową gwarancją zachowania praw obywatelskich. Obywatel nie znajdzie w sądzie ochrony przed wszechmocną władzą, jeśli sędzia za swoje decyzje będzie rozliczany przez polityków.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku prezesem Oddziału SSP Iustitia w Płocku

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL