Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Rzecz o polityce

Dąbrowska: Pani premier nie zostanie prezesem...

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Emocjonalne apele zaszkodziły.

Premier Beata Szydło nocnym tweetem pożegnała się z wyborcami. „Bez względu na wszystko najważniejsza jest Polska. Dbająca o rodzinę i wartości, bezpieczna. Wyrosła na fundamencie chrześcijańskim, tolerancyjna i otwarta. Nowoczesna i ambitna. To mój kraj. Przykład dla Europy i świata. Tacy jesteśmy Polacy". Te słowa nie pasują jednak do przekazu pani premier, który prezentowała obywatelom przez dwa lata. Czy zamykając Polskę przed uchodźcami, będąc głuchą na wezwania organizacji humanitarnych, a nawet polskiego Episkopatu, szefowa rządu chciała tę „otwartą i tolerancyjną" Polskę zniszczyć? Czy tolerancję miała na myśli, apelując do Europy, by powstała z kolan, bo w przeciwnym razie będzie „codziennie opłakiwać swoje dzieci"?

To już nieważne – polityczny wyrok został wydany i zgrana, także na forum Unii Europejskiej, karta zostanie zastąpiona przez nową i błyszczącą.

Ale wyrok ten, w świetle tendencji sondażowych, wydaje się nie tylko nielogiczny, ale nawet błędny. Zgodnie z sondażem przeprowadzonym przez IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej" notowania premier Szydło są na tle całorocznych tendencji całkiem niezłe. Dziś 45 procent badanych popiera działania szefowej rządu, a 49,4 jest im przeciwnych. Tymczasem w sierpniu tego roku źle oceniało Beatę Szydło prawie 55 procent badanych, a dobrze zaledwie nieco ponad 40 procent. Co się stało, że do grupy przeciwników pani premier dołączył prezes PiS Jarosław Kaczyński?

Chodzi o autorytet. Beacie Szydło nie udało się bowiem w żaden sposób przekonać przede wszystkim własnego zaplecza politycznego, że warto na nią postawić. Z każdym dniem od wygłoszenia exposé jej pozycja w partii słabła. Nie udały się próby budowania własnego otoczenia politycznego. Wojnę o finanse państwa i koncepcje podatkowe przegrał choćby minister Henryk Kowalczyk.

Przez kilka miesięcy szefowa rządu budowała swoją pozycję na mobilizowaniu Polaków do „postawienia tamy uchodźcom". Ale to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Chór był zbyt liczny.

Antyimigracyjna histeria opadła, a innego paliwa politycznego szefowa rządu nie znalazła. Zasadnicze znaczenie miały oczywiście relacje z prezesem partii. Współpracownicy prezesa zgodnie, choć nieoficjalnie, przyznają, że Jarosław Kaczyński ceni tych, którzy potrafią go choć na chwilę „politycznie uwieść". Zafascynować jakimś nowym pomysłem, koncepcją czy choćby celnym sformułowaniem. Stąd wynika polityczne poparcie dla wielkich inwestycji w rodzaju przekopywania Mierzei Wiślanej. Oprócz rachunku gospodarczego ważny jest bowiem „rys wielkości" – powód, dla którego i partia, i premier, i oczywiście prezes, zostaną zapamiętani przez potomnych. Takiej zdolności politycznego fascynowania pani premier nie posiadła.

Właściwie szkoda. Bo zrównoważona kobieta na czele rządu, prowadząca intensywną rodzinną politykę, byłaby dobrym emblematem dla każdego gabinetu. Za dużo mamy w polskiej polityce „machismo" i pojedynków na ostrą broń, za mało solidności i współpracy. Być może, gdyby Beata Szydło umiała zbudować sobie pozycję polityczną, nie musiałaby uciekać się do emocjonalnych apeli i pouczania Europy. Nie zostałaby zmuszona do przełykania bardzo gorzkich pigułek upokorzenia ze strony kolegów-ministrów. Kto wie, może nawet kiedyś mogłaby zostać prezesem?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL