Rzecz o polityce

Szułdrzyński o dyplomacji i stosunkach Polski z sąsiadami

Fotorzepa, Robert Gardziński
Złe relacje z sąsiadami to nie patriotyzm.

PiS wygrał wybory w 2015 roku, obiecując Polakom rewolucję godnościową na trzech polach: gospodarczym, historycznym i międzynarodowym.

Pomysł nowej polityki socjalnej opartej na 500+ odwoływał się do poczucia godności części społeczeństwa, która nie czuła się beneficjentem transformacji. Tym ludziom PiS powiedział: państwo zaczyna myśleć o was, damy do ręki gotówkę rodzinom z dziećmi oraz darmowe leki osobom starszym, pozwolimy wam wcześniej przechodzić na emeryturę.

Rewolucja historyczna dotyczyła końca komunizmu. PiS odwoływał się do poczucia godności tych, których oburzało, że działacze Solidarności umierają z głodu, a byli działacze PZPR, oficerowie SB czy decydenci z PRL na sowitych emeryturach żyją jak pączki w maśle, a część ulic wciąż jako patronów ma postaci, które jednoznacznie kojarzą się z reżimem komunistycznym.

Trzecim punktem, w którym PiS odwoływał się do godności, była polityka międzynarodowa. W myśl narracji narzuconej przez partię Jarosława Kaczyńskiego polityka zagraniczna Polski była przez ostatnie ćwierćwiecze, a szczególnie za rządów Platformy Obywatelskiej, prowadzona na kolanach. Odwołując się do narodowej dumy, PiS zapewniał, że po wyborach zacznie prowadzić politykę godnościową.

Jeśli chodzi o sytuację ekonomiczną oraz podejście do historii, PiS przeprowadził rewolucję godnościową. Natomiast próby jej przeprowadzania w sprawach zagranicznych przynoszą opłakane skutki.

PiS oczywiście ma rację, że posiadanie dobrych relacji z innymi państwami nie jest celem samym w sobie. Odnieść można jednak wrażenie, że dla wielu polityków i komentatorów po prawej stronie wyznacznikiem skuteczności naszej dyplomacji jest to, że relacje się dramatycznie psują.

W pewnym sensie obowiązuje tu zasada „im gorzej, tym lepiej". Słuchając wypowiedzi polityków PiS czy czytając komentarze ich sympatyków, zauważyć można następujące rozumowanie: skoro PO uprawiała politykę na kolanach i dobrymi relacjami, np. z Niemcami, maskowała nierównorzędność relacji pomiędzy Warszawą a Berlinem, to pogorszenie tych relacji świadczyć będzie o patriotyzmie tych, którzy odpowiadają za naszą dyplomację.

Sęk w tym, że miarą oceny polityki zagranicznej nie jest przyjmowana postawa (na kolanach, wyprostowana, odwrócenie plecami czy po plecach poklepywanie), ale to, ile realnych problemów udało się rozwiązać i ile realnych interesów udało się załatwić. Jeśli popatrzeć na bilans ostatnich dwóch lat, nie widać wielu realnych efektów polityki godnościowej w polityce europejskiej ani w relacjach z naszymi najbliższymi sąsiadami.

Owszem, sukcesem był szczyt NATO, ale akurat w polityce bezpieczeństwa zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i PiS stosują klasyczne metody dyplomatyczne i nie ma tam żadnego wymachiwania szabelką. Sukcesem Dudy jest z pewnością też wizyta Donalda Trumpa, która miała niezwykle godnościowy charakter, ale na razie w sferze realnej polityki nie przyniosła ona jeszcze żadnych efektów. Choć trzeba przyznać, że utrzymanie dobrych relacji z USA jest atutem polskiej polityki zagranicznej.

Niestety, jeśli idzie o bliższe relacje, sytuacja wygląda niepokojąco. Z miesiąca na miesiąc pogarszają się relacje na linii Warszawa–Kijów. Polacy mocno zirytowali zarówno Ukraińców, jak i Litwinów projektem paszportu zawierającego ilustracje Cmentarza Orląt oraz kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Grupa Wyszehradzka przeżywa kryzys co najmniej od czasu działań polskiego rządu, który usiłował storpedować kandydaturę Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Spotkanie Emmanuela Macrona z przywódcami Czech i Słowacji i pominięcie przy tym Polski jest jawnym sygnałem, jak źle układają się relacje z Francją, wystawiają też na szwank lojalność całej V4.

Permanentne nadużywanie polityki historycznej w relacji z Niemcami prowadzi zaś do pogorszenia stosunków z naszym największym partnerem gospodarczym. Sprawa odszkodowań za II wojnę światową dodatkowo komplikuje te relacje.

I warto od razu dodać, że polskie roszczenia wcale nie są bezzasadne, zaś rachunek krzywd z Niemcami wcale nie został zamknięty – ani w sposób prawny, ani moralny, ani polityczny. Podnoszenie tego tematu może mieć znaczenie albo w tym sensie, że wywiera się presję na Berlin, albo w tym, że chce się realnych odszkodowań.

Sposób jednak, w jaki PiS zabrał się do sprawy, sprawia, że można się spodziewać, że nie dostaniemy od Niemców ani feniga, zaś zepsujemy relacje z naszym najważniejszym partnerem w Unii.

Biorąc pod uwagę fakt, iż relacje dyplomatyczne z Rosją de facto nie istnieją, nasze położenie zaczyna martwić. Jeśli dodamy do tego najpoważniejszy od rozszerzenia Unii Europejskiej spór naszego rządu z Brukselą, widzimy, jak mizerne są skutki wstawania z kolan. Czy by zaspokoić poczucie godności tych Polaków, których narodowa duma cierpi, warto aż tak bardzo narażać bezpieczeństwo geopolityczne? ©?

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL