Rzecz o polityce

Migalski: Andrzej Duda już wie, że stracił PiS

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Bajkopisarzom zostawmy wiarę, że za wetem stała dbałość o państwo.

Ostatnie weto Andrzeja Dudy można uznać albo za dowód jego całkowitego podporządkowania Jarosławowi Kaczyńskiemu, albo – co o wiele ciekawsze – za początek nowej wojny na górze.

W tej pierwszej interpretacji decyzja prezydenta była kołem ratunkowym rzuconym partii rządzącej. Ustawa degradacyjna była jednym, choć nie najważniejszym, powodem spadków PiS i jej zablokowanie mogło pomóc formacji Kaczyńskiego. Z tej perspektywy weto było dokonane na polecenie (a przynajmniej prośbę) prezesa PiS i miało chronić tę formację przed dalszymi stratami oraz zastopować odbudowywanie się SLD. Tak rozumiana decyzja Dudy byłaby dowodem jego powolności względem Nowogrodzkiej i dalszym ciągiem wysługiwania się nim przez Kaczyńskiego.

Czytaj więcej:

PiS pod ścianą prezydenta

U prezydenta Dudy w ogródku

Próg tolerancji został przekroczony

Prezydent osłabia SLD

 

I tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Ale w kilkadziesiąt godzin po wecie bliski współpracownik prezesa PiS Marek Suski pośpieszył z deklaracją, że prezydent może robić, co chce, ale jego głos właśnie stracił. O ile uwagi krytyczne autorstwa Antoniego Macierewicza i jego zwolenników politycznych/medialnych były do przewidzenia (i dlatego do zignorowania), o tyle reakcji osoby nigdy nieodbiegającej od aktualnej linii partii i obecnego stanu umysłu jej prezesa już nie da się nie zauważyć i zlekceważyć. Trudno sobie wyobrazić, by Suski zdecydował się na tego typu deklarację bez zgody, a może nawet polecenia, prezesa partii. Jeśli więc plotki o tym, że Kaczyński nie dość, że był zaskoczony wetem, to jeszcze nim wkurzony, okazałyby się prawdziwe, musiałoby to oznaczać wypowiedzenie przez Dudę wojny na górze. Wojny, w której jego najpoważniejszym oponentem byłby Kaczyński i, szerzej, PiS.

Jak bowiem tłumaczyć możemy decyzję prezydenta? Na co liczy? Jak kalkuluje? Etykom i powieściopisarzom pozostawiam interpretację, iż za wetem stało poczucie odpowiedzialności i dbałość o stan państwa. Możliwe, ale warto postawić pytanie politologiczne: jakiego zysku po tym ruchu oczekuje Duda?

Jeśli liczył na to, że głosy elektoratu postpeerelowskiego, mundurowego, postkomunistycznego pozwolą mu wygrać rywalizację w 2020 roku z przedstawicielem obozu opozycyjno-liberalnego, to wykazał się poważną naiwnością. Ktokolwiek będzie za dwa lata reprezentować ten obóz (czy Tusk, czy Biedroń, czy Nowacka ...), to i tak dla wymienionego elektoratu będzie on bardziej wiarygodny i godny zaufania, niż przedstawiciel obecnej władzy, nominat Kaczyńskiego, były poseł i europoseł PiS. Jeśli Duda naprawdę liczy na te głosy, to musiałoby to oznaczać, że sądzi, iż w drugiej turze zmierzy się nie z reprezentantem obozu liberalno-demokratycznego, ale z kimś...z PiS! I dlatego chce już dziś przypodobać się tym, którzy z ulgą przyjęli zawetowanie ustawy degradacyjnej. Przecież oni zagłosują na obecnego prezydenta tylko wówczas, gdy jego konkurentem będzie ktoś od niego bardziej prawicowy i bardziej antypeerelowski. Ktoś z PiS.

No właśnie: to by oznaczało, że obecny lokator Belwederu wie, że nie będzie wystawiony przez swój macierzysty obóz w 2020 roku i że już dziś musi tak się pozycjonować, by zdobywać głosy nowych wyborców. Bo że zaczyna tracić poparcie w tzw. prawym sektorze już wiadomo i dzieje się to także za sprawą takich decyzji, jak ta, o której mowa. Negatywnie na nią zareagowali nie tylko wymienieni już Suski i Macierewicz, ale także Tomasz Sakiewicz czy wnuk Anny Walentynowicz, który odmówił Dudzie prawa moralnego do uczestnictwa w obchodach 8. rocznicy katastrofy smoleńskiej. Swoją zeszłotygodniową decyzją jako polityk „dobrej zmiany" prezydent nie zyskał żadnego głosu w centrum czy na lewicy, natomiast stracił sporo na skrajnej prawicy. Jako polityk „dobrej zmiany" tak, ale nie jako kandydat niezależny.

Choć wiem, jak śmiesznie to zabrzmi, to Kaczyński uważa Dudę za zbyt samodzielnego. Tak, tak – zbyt samodzielnego. Już weta lipcowe podważyły zaufanie prezesa do obecnego prezydenta. Okazał się nie tak powolny, jakby szef PiS sobie tego życzył.

Jeśli Dudzie udałaby się sztuka reelekcji, to zakres jego samodzielności byłby jeszcze większy, a skłonność do słuchania poleceń z Nowogrodzkiej jeszcze mniejsza niż obecnie. Wie o tym prezes PiS, wie o tym także prezydent. Zeszłotygodniowe weto jedynie pogłębiło tę wiedzę u obu panów. Gdyby naprawdę PiS poparło obecnego lokatora Belwederu i gdyby udało mu się wygrać, to w naturalny sposób on byłby centralną postacią dla polskiej prawicy w 2025 roku. Nie 76-letni wówczas Kaczyński, ale 53-letni Duda.

Zwłaszcza że ten drugi dysponowałby przez okres pięciu lat całym rezerwuarem środków i narzędzi przynależnych głowie państwa, podczas gdy Kaczyński mógłby być po 2019–2020 roku jedynie liderem opozycji. Nie po to prezes PiS niszczy i tworzy kariery ludzi wokół siebie, by wojna o schedę po nim miała się rozegrać bez jego udziału i decydującego wpływu. To on chce ostatecznie rozstrzygnąć, komu zostawić „królestwo nowogrodzkie" i nie pozwoli, by w naturalny i samodzielny sposób odziedziczył je Duda.

Dlatego już w lipcu pisałem o tym, że prezes PiS będzie wolał, by kandydat PiS przegrał wybory prezydenckie w 2020 roku, niż żeby wygrał je Duda. Jeśli ośrodek prezydencki pozostanie nieobsadzony przez PiS, dla władztwa Kaczyńskiego w partii nic z tego wynikać nie będzie; natomiast jeśli zwycięzcą w nich okazałby się obecny prezydent, to będzie on wówczas centralną postacią polskiej prawicy i odbierze to miano prezesowi PiS. A na to Kaczyński nie może sobie pozwolić.

Dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się teza, że zeszłotygodniowe weto było niekonsultowane z Nowogrodzką i, co więcej, że jest casus belli wobec niej. To może być początek wojny na górze w obozie władzy. Zwłaszcza że owo weto pokazało coś, co może być śmiertelne dla Kaczyńskiego: jego słabość.

Pomimo dominacji w Sejmie i Senacie, umieszczenia swoich ludzi w Trybunale Konstytucyjnym, służbach specjalnych, mediach narodowych, prokuraturze i sądach, nie był w stanie zdegradować dwóch martwych generałów. Przegrywa wojny z Brukselą, Tel Awiwem i Waszyngtonem, a teraz okazało się, że łupnia dali mu zza grobu Jaruzelski z Kiszczakiem. To go niszczy. To i tylko to. Nie tyle straszenie jego dyktaturą czy chęcią wyprowadzenia nas z Unii, a nawet nie zachłanność i pazerność aparatu pisowskiego, ale właśnie dekodowanie jego omnipotencji i wszechwładzy może być dla jego rządów zabójcze.

A ta dekonstrukcja wyszła właśnie z Pałacu Prezydenckiego i to Duda zawołał: „Król jest nagi". I bezsilny. Tego wybaczyć i zapomnieć głowie państwa prezes PiS nie może. To zaś musi oznaczać początek wojny na górze.

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL