Krzysztof Szczerski: Trójmorze nie jest alternatywą dla UE

aktualizacja: 08.09.2016, 06:57
Krzysztof Szczerski
Krzysztof Szczerski
Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Potrzeba zielonego światła dla współpracy w regionie - mówi Krzysztof Szczerski, minister z Kancelarii Prezydenta.

REDAKCJA POLECA

Czy Polska ma pomysł, jak powinna wyglądać Unia Europejska po Brexicie i co zrobić, by nie zostać na marginesie tworzącego się nowego porządku?

Pracuje nad tym rząd pani premier Szydło. W moim przekonaniu trzy rzeczy są tu istotne. Pierwsza to posiadanie własnej koncepcji, co umożliwi nam wejście z oryginalnym pomysłem do dyskusji o przyszłości Unii, która toczy się po Brexicie. Widać wyraźnie, że w sensie politycznym inicjatywę przejmują dziś Niemcy, kanclerz Merkel zaangażowała się w to osobiście. Ale w sensie koncepcyjnym wciąż widać próżnię. Dobry pomysł da nam szansę na lewarowanie własnej pozycji. Druga rzecz: musimy uważać, by nie być izolowanym i mieć mocne oparcie w grupie państw. Stąd dążenie do rewitalizacji polityki środkowoeuropejskiej, które przynosi coraz lepsze efekty.

Ale tuż po referendum w Wielkiej Brytanii szef MSZ Witold Waszczykowski zorganizował regionalny szczyt, na który przyjechało tylko kilku z zaproszonych szefów dyplomacji państw regionu...

W takich przypadkach ważne jest to, że wszystkie zaproszone państwa odpowiedziały pozytywnie. Zgranie kalendarzy poszczególnych osób zawsze jest trudne. Wagę inicjatywy liczy się tym, jakie państwa wzięły udział. Kwestie personalne są wtórne. Poza tym działań na rzecz rewitalizacji polityki środkowoeuropejskiej było znacznie więcej niż to jedno spotkanie. Istotne znaczenie mają tu działania prezydenta Andrzeja Dudy, który z każdym z prezydentów państw regionu spotkał się już przynajmniej kilka razy i był współinicjatorem dwóch ważnych spotkań na szczycie – wschodniej flanki w Bukareszcie oraz inicjatywy Trójmorza w Dubrowniku. Wbrew niektórym politykom opozycji polski pomysł na współpracę w naszym regionie ożywił politykę europejską i przyniósł dobre efekty, choćby podczas szczytu NATO.

Trzecim sposobem na walkę o naszą pozycję jest konsekwentne przekonywanie wszystkich, że Europa potrzebuje całej Unii Europejskiej, a nie małej wspólnoty, bo ta byłaby skazana na porażkę. Gdy się buduje „małą Europę”, każdego można z niej wykluczyć, bo nie ma czegoś takiego jak „zdrowy rdzeń Unii”, który może odciąć się od problematycznej reszty. Kryzys Unii dotyka wszystkich i reforma Unii powinna być wspólnym dziełem wszystkich państw. Kto twierdzi, że Europa może być mniejsza, głosi de facto scenariusz końca całego projektu integracyjnego. Podział oznacza porażkę, bo jak zaczniemy odkrawać kawałki, to na końcu nie zostanie już nic. Unia ma sens tylko jako całość.

Za dwa tygodnie w Bratysławie szczyt, na którym będzie dyskusja co dalej. Z jakim pomysłem jedzie tam Polska?

W Bratysławie będzie nas reprezentować rząd. Pan prezydent będzie natomiast przedstawiał polskie stanowisko na innych forach. Już niedługo na spotkaniu grupy prezydentów europejskich w Bułgarii, a następnie na szczycie Trójkąta Weimarskiego. Cieszę się, że strona francuska wyraziła gotowość zorganizowania jesienią takiego spotkania. Pan prezydent będzie tam wspierał działania rządu w trzech wspomnianych wcześniej kierunkach. Zdaniem prezydenta przyszłość Europy to przyszłość w ramach wspólnoty wolnych narodów i równych państw. Wigor integracji może być dziś przywrócony jedynie przez narody europejskie, które muszą odzyskać zaufanie do polityki europejskiej i odzyskać poczucie kontroli nad procesami decyzyjnymi w Europie. Trzeba przywrócić politykę obywatelom, dlatego pomysły na centralizację Unii to przepis na spektakularną porażkę integracji. Obecny kryzys Unii Europejskiej bowiem to przede wszystkim kryzys zaufania.

W niedawnym przemówieniu do ukraińskich ambasadorów, Prezydent podkreślał, że integracja nie oznacza uniformizacji i powinna być narzędziem zwiększającym poziom wolności poprzez likwidację barier między państwami, a nie stanowić narzędzia kontroli, zakazów i nakazów, jak to coraz częściej dzieje się dzisiaj. Dlatego Unia musi wrócić do korzeni integracji. To dla nas ważne, bo Polska jest beneficjentem jedności europejskiej, a zawsze traciła, gdy Europa się dzieliła.

Jakie cele stawia sobie teraz prezydent Duda w swej działalności zagranicznej?

Po szczycie NATO prezydent Duda określił nowe cele swojej międzynarodowej aktywności. Po pierwsze, to dyplomacja gospodarcza, czyli wsparcie dla polskich interesów gospodarczych. W niektórych miejscach świata potrzeba do tego silnego sygnału politycznego na najwyższym szczeblu. Dlatego w ramach niedawnych wizyt przewodniczącego ChRL i prezydenta Kazachstanu w Polsce odbywały się także polsko-chińskie i polsko-kazachstańskie fora gospodarcze.

Dyplomacja gospodarcza to także promocja Polski jako partnera inwestycyjnego. Najbliższa wizyta prezydenta w USA przy okazji sesji ONZ będzie miała silny akcent gospodarczy.

Na czym to będzie polegać?

Pan prezydent spotka się z ważnymi kręgami amerykańskiego biznesu, zarówno tymi przedsiębiorcami, którzy już są obecni w naszym kraju, jak i z szefami wielkich koncernów, zainteresowanych współpracą z Polską. Podczas tych spotkań prezydent Duda chce dać jasny przekaz, że Polska jest otwarta na inwestycje i poszukuje nowych kontaktów gospodarczych na świecie.

Wicepremier Mateusz Morawiecki zachęca inwestorów w Londynie, a prezydent w USA?

Ale oprócz gospodarki dla prezydenta ważna jest też nadal sfera bezpieczeństwa. Mamy krytyczny moment, jeśli chodzi o implementację porozumień mińskich, zbliża się kolejny termin przedłużenia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, widzimy też jak niektóre ważne państwa zmieniają swoje podejście do Rosji. To jest pewne przesilenie. Dlatego w trakcie rozmów z prezydentem Nazarbajewem w Warszawie, później z prezydentem Poroszenką w Kijowie oraz podczas spotkania Trójmorza prezydent Duda poszukiwał klucza do budowy bezpieczeństwa w tym regionie.

Czy zdaniem pana prezydenta ostatnie militarne ruchy Moskwy zmieniają sytuację naszego bezpieczeństwa?

W tej sprawie nie należy ulegać emocjom. Oczywiście każdy moment, gdy strona rosyjska przeprowadza u granic NATO manewry wojskowe z udziałem dużej liczby ludzi i sprzętu to właśnie chwile, gdy emocje u niektórych biorą górę nad rozsądkiem. Dlatego trzeba być tu niezwykle powściągliwym. Lepiej zbierać szczegółowe informacje niż pochopnie komentować, lub podejmować nieprzemyślane decyzje polityczne. Jeśli te działania mieszczą się w przewidywalnych ramach , należy skupić się na czujnym monitorowaniu sytuacji. Gdyby zaczęły przekraczać ustalone zasady czy znaną wcześniej skalę trzeba by czujność wzmóc. Polska jest jak najdalsza od działań, które mogłyby mieć charakter prowokacyjny lub zwiększający napięcie w relacjach z Rosją. I tego oczekujemy także od drugiej strony. Wszystko co robimy ma charakter obronny, zwiększający nasze bezpieczeństwo.

Decyzje warszawskiego szczytu są na dość dużym poziomie ogólności. Teraz trzeba je wdrożyć i w szczegółach wprowadzić w życie. Prezydent bierze udział w tym procesie?

Te prace postępują. Mamy do czynienia z co najmniej trzema rodzajami zagadnień. Pierwsze – obecność wojsk amerykańskich w ramach NATO. To musi zostać skoordynowane w ramach sojuszu – o tym m.in. rozmawiał ostatnio prezydent Duda z prezydent Litwy panią Grybauskaite. Implementacja tych postanowień w celu stworzenia spójnego systemu bezpieczeństwa na całym terytorium sojuszu jest naszym wspólnym zadaniem. Drugi punkt to kwestia ulokowania w Polsce dowództwa grup batalionowych stacjonujących na flance wschodniej, czyli w Polsce, Litwie, Łotwie i Estonii.

Trzecie zagadnienie to obecność wojsk amerykańskich w Polsce w ramach współpracy dwustronnej na podstawie decyzji USA ogłoszonej podczas pobytu prezydenta Dudy w Waszyngtonie. Trzeba utrzymać dynamikę wdrażania tych trzech spraw także ze względu na kalendarz polityczny, który może mieć wpływ na ten proces. W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy czekają nas wybory w USA, we Francji i w Niemczech. W naszym interesie jest to, by we wszystkich obszarach implementacji decyzji warszawskiego szczytu rozmowy były jak najdalej posunięte w możliwie niedługim czasie.

Czy wybory w USA mogą w konsekwencji doprowadzić do wycofania się Amerykanów z podjętych decyzji?

Zobowiązania NATOwskie wynikają z umów międzynarodowych. To nie są personalne obietnice poszczególnych przywódców, ale postanowienia gwarantowane wzajemnie przez państwa. Sojusz opiera się na trwałości tych zobowiązań. Gdyby po każdych wyborach wszystko trzeba było negocjować od początku, NATO nie miałoby sensu, jak i żadna inna organizacja międzynarodowa. Ale oczywiście roztropnie jest wzmacniać stałość zobowiązań sojuszniczych na poziomie faktów, poprzez szybką implementację postanowień Szczytu NATO. Dlatego na wiosnę tego roku dążyliśmy do tego, by zakończyć negocjowanie podstawowych decyzji Szczytu zanim wydarzy się referendum na temat Brexitu. Choć nie ma on wiele wspólnego z NATO, to wiedzieliśmy, że niezależnie od wyniku, będzie to wydarzenie o takiej skali politycznej, że może się odbić negatywnie na dynamice negocjacji dotyczących bezpieczeństwa. Teraz tak samo działamy w sprawie decyzji warszawskich.

Szczyt NATO pokazał, że nasza część Europy nie ma jednego zdania w sprawie bezpieczeństwa. Czechy, Słowacja i Węgry nie były zainteresowane we wzmacnianiu swoich zdolności obronnych w ramach wschodniej flanki. Rozbieżność interesów jest tu dość duża. Prezydent Czech wręcz rzucił hasło referendum w sprawie wyjścia z NATO. Jak chcemy budować lokalny sojusz, skoro sąsiedzi mają tak rozbieżne punkty widzenia.

Nie podzielam tego pesymizmu. Zauważmy, że udało nam się wypracować formułę z Bukaresztu, która była prawdziwym przełomem w uzgadnianiu stanowisk państw flanki wschodniej NATO. W listopadzie ubiegłego roku na zaproszenie prezydenta Andrzeja Dudy i prezydenta Rumunii Klausa Iohannisa do Bukaresztu przyjechali przedstawiciele wszystkich dziewięciu państw wschodniej flanki i podpisali ambitny dokument końcowy, w którym państwa sygnatariusze poparły ideę wzmocnienia wschodniej flanki przez obecność wojsk NATO, nawet jeśli same nie będą brały udziału w tym procesie. Czyli nawet jeśli ktoś nie chce wojsk NATO u siebie, popiera starania innych o taką obecność. Węgry, Słowacja i Czechy nie wystąpiły o taką obecność, zabiegały o nią pozostałe państwa i to osiągnęły dzięki jedności całej flanki. To był regionalny sukces.

Koncepcja Trójmorza – Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne – przez wielu komentatorów jest nazywana mrzonką. Poza położeniem między wschodem a zachodem tych państw aż tak dużo nie łączy. Nic też nie wskazuje na to, by państwa tego regionu marzyły o polskim przywództwie.

Zastanawia mnie, co wobec tego wspomniani komentatorzy myślą o Unii Europejskiej, w której obrębie panuje jeszcze większa różnorodność stanowisk niż w regionie Trójmorza. Mówiąc poważnie, w koncepcji Trójmorza nie chodzi o tworzenie alternatywy dla integracji europejskiej, ale o to, by dać polityczny sygnał, że te kraje chcą ze sobą współpracować na poziomie praktycznym w ramach i na rzecz większej spójności Europy. Poza Grupą Wyszehradzką, pan prezydent rozwija tu jeszcze dwa kierunki współpracy. Jeden to Warszawa–Bukareszt, drugi Warszawa–Zagrzeb. Pierwszy dotyczy głównie kwestii bezpieczeństwa, drugi – rozwoju gospodarczego i infrastruktury.

Gdy zejdziemy na poziom konkretów, w politycznej deklaracji z Dubrownika widzimy projekty infrastruktury transportowej, komunikacyjnej, energetycznej, teleinformatycznej, ochrony środowiska, które mają łączyć nasze kraje. Tu naprawdę jest mnóstwo praktycznych rzeczy do zrobienia, bo barier infrastrukturalnych jest mnóstwo.

Jako poszczególne państwa dysponujemy w tym zakresie dużymi zasobami finansowymi ze środków unijnych. Potrzeba nam jeszcze synergii i koordynacji działań.

Dlatego też unikamy używania pojęcia „Międzymorze”, który kojarzy się z koncepcją geopolityczną. Nie, tu chodzi o to, by dać polityczne zielone światło dla praktycznej współpracy projektowej.

Ale w Unii wciąż najwięcej mają do powiedzenia najwięksi – Francja i Niemcy. Nie lepiej próbować do nich trafiać z naszymi argumentami, niż budować lokalne sojusze?

Ale my rozmawiamy z Francją i Niemcami i innymi państwami Unii. Prezydent jest w częstym kontakcie zarówno z prezydentem Gauckiem, jak i z prezydentem Hollande’em. W tym roku odbędzie się też szczyt Trójkąta Weimerskiego, o którym mówiłem. Ten ważny format w pewnym momencie stał się czysto rytualny. Swój złoty okres przeżywał niedługo po jego powołaniu. Potem zamarł, następnie przerodził się w rytuał. Na szczytach rozmawiano o wymianie zespołów folklorystycznych w czasie, gdy strefa euro trzęsła się w posadach. Teraz jest szansa, by – wobec podziałów w Europie – przywrócić jego pierwotne znaczenie.

Ale jesteśmy przekonani, że pozycja Polski jest tym silniejsza, im bardziej nasz kraj pokazuje swą polityczną aktywność. Jednym z najważniejszych pól tej naszej aktywności jest region Trójmorza promieniujący na wschód i południe. Choćby w zeszłym tygodniu na zaproszenie marszałka Kuchcińskiego do Warszawy przyjechali szefowie parlamentów krajów Partnerstwa Wschodniego, Turcji i Bałkanów. Miałem przyjemność spotkać się z nimi w imieniu prezydenta Dudy, który poparł tę inicjatywę. Polska integruje region w ramach UE i NATO i zacieśnia więzy z europejskimi sąsiadami. I nie odbywa się to bynajmniej kosztem naszych relacji z innymi partnerami w UE. Wręcz odwrotnie, nasi partnerzy w innych stolicach bardziej uważnie wsłuchują się w nasze stanowisko, gdy jest ono wynikiem konsultacji z wieloma państwami regionu.

Rozmawiał Michał Szułdrzyński

POLECAMY

KOMENTARZE