Rząd PiS

Jak Kaczyński Polakom premiera zmienił

PAP/Bartłomiej Zborowski
Sposób w jaki Kaczyński zamienił Beatę Szydło na Mateusza Morawieckiego budzi skojarzenia z Józefem Piłsudskim. A mówiąc konkretnie – z późnym Józefem Piłsudskim, który rozczarował się demokracją i postanowił naprawiać państwo nie oglądając się na demokratyczne obyczaje.

Przypomnijmy bowiem jak wyglądała sekwencja zdarzeń. Rano Sejm zajął się wnioskiem PO o wotum nieufności dla rządu.

Beata Szydło z sejmowej mównicy pytała dramatycznie: „Za co chcecie odwołać ten rząd? Za to, że Polacy dzisiaj godnie żyją?”. I PiS premier obronił, by kilka godzin później ją odwołać. Powód? Beata Mazurek oświadczyła, że „potrzebna jest korekta”.

Konieczność „korekty rządu” to całe wyjaśnienie, które otrzymali od PiS obywatele. Trochę mało – wszak ze stanowiska zdjęto polityk zajmującą drugie miejsce w rankingu zaufania, którą kilka godzin wcześniej broniono przed opozycją przekonując, iż jej rząd to najlepsze, co mogło się przydarzyć Polakom. Oczywiście może być tak, że rząd Mateusza Morawieckiego będzie jeszcze większym szczęściem dla Rzeczypospolitej. ale na razie Polacy nie dowiedzieli się - dlaczego. Prezes Jarosław Kaczyński podarował Polakom nowego premiera i Polacy mają, wzorem Beaty Szydło, zawierzyć jego mądrości. Mówiąc delikatnie – transparentność całej operacji jest dość umiarkowana.

Polacy mieli natomiast okazję zobaczyć, jak obecnie wygląda hierarchia instytucji w państwie. Zgodnie z Konstytucją premier składa dymisję na ręce prezydenta. Tak pewnie będzie i tym razem, ale dymisja owa będzie wtórna wobec tej, którą 7 grudnia Szydło złożyła przed Komitetem Politycznym PiS. Nowogrodzka locuta, causa finita. Historia zna przypadki, gdy struktury partyjne zyskiwały prymat nad instytucjami państwa, ale nie są to tradycje, do których ktokolwiek we współczesnym świecie chciałby nawiązywać. Z perspektywy państwa wygląda to bowiem tak, że szefowa rządu – czwarta osoba w państwie, zamiast do prezydenta – pierwszej osoby w państwie, z dymisją w pierwszej kolejności udała się do prezesa i Komitetu Politycznego partii, nie umocowanych w żaden sposób w strukturach państwa. Paradoksem jest, że procedurę taką przeprowadzono w ramach partii, która o potrzebie budowy silnego państwa mówi częściej niż jakiekolwiek inne ugrupowanie na polskiej scenie politycznej.

Reasumując - w dniu, w którym opozycja chciała w ramach parlamentarnych procedur odwołać szefową rządu, ta została obroniona tylko po to, by kilka godzin później stracić stanowisko decyzją tegoż ugrupowania (niech wszyscy wiedzą, kto w tym kraju odwołuje premierów!). Dalej: wyborcy mają uwierzyć, że zmiana jest dobra, bo PiS realizuje dobrą zmianę. I wreszcie: szefa rządu w Polsce odwołuje Komitet Polityczny partii – bo przecież wiadomo. kto jest nadpremierem.

Całą sytuację można podsumować parafrazując znaną łacińską sentencję: Demokracja przyjaciółką, lecz większym przyjacielem władza.

W II RP istniał termin „bartlowanie” (od nazwiska wielokrotnego premiera Kazimierza Bartla). Była to praktyka powoływania przez Józefa Piłsudskiego rządu, przy całkowitym oderwaniu od takich nieistotnych kwestii jak np. społeczne poparcie. Wyglądało to tak, że kiedy Piłsudski chciał porozumienia z parlamentem – stawiał na czele rządu Bartla. Gdy zaś zmierzał do konfrontacji – obejmował stery rządów sam, albo powierzał tekę premiera któremuś ze swoich pułkowników. I można by się cieszyć, że nawiązujemy do tradycji II RP, wskazując na ciągłość polskiego państwa, gdyby nie fakt, że w czasach „bartlowania” Polska nie była demokracją.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL