Publicystyka

Gugała: Upadek etosu

Fotorzepa, Jakub Ostałowski
Kompetentnych, odpowiedzialnych, obiektywnych i niezacietrzewionych mediów nie dostaniemy w prezencie pod choinkę. Sami też ich nie zbudujemy, jeśli najpierw nie uświadomimy sobie, jak bardzo są nam wszystkim potrzebne – pisze dziennikarz.

Oskarżenia o polityczne zawłaszczenie TVP oraz Polskiego Radia, czystki personalne po zmianie rządów, sezonowe „kariery" pod skrzydłami takiej czy innej władzy, propagandyści i zdeklarowani zwolennicy takiej czy innej opcji na kierowniczych stanowiskach w mediach państwowych, nieobecność opozycji w zarządach i radach nadzorczych, upolitycznienie konstytucyjnej Rady Radiofonii i Telewizji – to krytyczny i negatywny obraz tego, co osiągnęliśmy w wolnej Polsce w dziedzinie mediów publicznych.

Do tego wszystkiego należy dodać inne choroby: skomercjalizowanie ramówek, dominację niskiej jakości seriali i rozrywki, marginalizację wartościowych produkcji, takich jak reportaż, dokument, program popularnonaukowy, ekranizacja wybitnego dzieła literackiego, fabularna wersja życiorysu wybitnej postaci historycznej itd. Nad wszystkim unosi się zaduch niejasnych dla opinii publicznej zasad finansowania produkcji oraz zatrudnienia.

Osiągnięcia i pozytywne aspekty funkcjonowania tych mediów są dużo mniej widoczne, choć oczywiście w TVP i Polskim Radiu pracuje wielu wspaniałych i uczciwych dziennikarzy, twórców, którzy mimo wszystko realizują w pocie czoła misję swojego powołania. Jednak ich osiągnięcia i ciężka praca są na co dzień narażane na szwank przez uwarunkowania polityczne.

Nieskrępowana debata

To wszystko odnosi się mniej lub bardziej do całego okresu wolnej Polski. Wszystkie nurty polityczne mają w tym swój udział. Roztrząsanie, kto jest mniej a kto bardziej winny, jest pozbawione większego sensu i nie prowadzi do żadnych praktycznych wniosków ani do poprawy sytuacji. Dlatego odkreślmy grubą kreską polityczne rachunki krzywd. Naszkicuję zaś pewien ideał, do którego jako społeczeństwo powinniśmy dążyć. A także najważniejsze zagrożenia, które będą destabilizowały naszą wspólnotę, jeśli się w końcu nie opamiętamy i nie dogadamy dla wspólnego dobra.

Zacznijmy od Konstytucji RP, którą przyjęliśmy w ogólnonarodowym referendum i którą często lekceważymy, jakby była martwym prawem, które można omijać lub łamać w codziennej praktyce. Artykuł 14 brzmi: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu". Ten zapis nie wymaga komentarza. Jego duch jest jasny i jednoznaczny: obowiązkiem Rzeczypospolitej, czyli wszystkich organów jej władzy oraz konstytucyjnych instytucji jest zapewnienie mediom nieskrępowanego funkcjonowania, a dziennikarzom pełnej swobody wypowiedzi.

Innymi słowy, umówiliśmy się w naszej konstytucji, że władza nie może ingerować w żaden sposób w funkcjonowanie mediów. Mało tego! Powinna reagować, gdyby wolność słowa była w jakikolwiek sposób zagrożona. Bo wolność ta jest jedną z największych wartości naszej cywilizacji i jednym z najważniejszych praw człowieka.

Idąc dalej, możemy dopowiedzieć, że każdy z nas ma prawo wyboru mediów, którym ufa, ale ma też obowiązek szanowania tych, których linia nie jest zgodna z naszymi poglądami. Obowiązkiem władzy jest wspieranie nieskrępowanej debaty publicznej, a nie podporządkowywanie sobie mediów i zamienianie ich w narzędzia swojej propagandy.

Wolność słowa jest wartością wspólną. W tej sprawie dojrzałe społeczeństwa osiągają konsensus. My, Polacy, tej zgody dotychczas nie osiągnęliśmy i tolerujemy sytuację, w której każda władza zawłaszcza media państwowe i w taki czy inny sposób wykorzystuje je dla swoich interesów.

A przecież podstawowym powołaniem mediów jest patrzenie władzy na ręce. Dziennikarze mają to robić w imieniu wszystkich obywateli, a nie w imieniu opozycyjnych partii politycznych. Nam w Polsce nie udało się osiągnąć takiego ideału. Zbyt wielu jest u nas dziennikarzy, którzy są politycznie zdeklarowani i patrzą na ręce tylko swoim politycznym przeciwnikom. Brak kultywowania niezależności i neutralności spowodował podzielenie dziennikarzy na partyjne bandy, które zamiast szukać prawdy, zajmują się urabianiem opinii publicznej na rzecz swoich politycznych środowisk.

Wysoko zawieszona poprzeczka

Polityczni komentatorzy istnieją na całym świecie. Poszczególne media miewają wyrazistą ideową linię, ale dominować powinny media służące wszystkim. Zwłaszcza media finansowane z podatków wszystkich obywateli powinny służyć ideałowi bezstronnego, uczciwego dziennikarstwa, a jednocześnie być miejscem, w którym spotykają się przedstawiciele wszystkich poglądów oraz nurtów politycznych czy światopoglądowych. Nie mogą dawać się zdominować żadnemu z nich, za to powinny chronić i promować postawy neutralne, których najważniejszym celem jest racjonalne, dogłębne i obiektywne badanie każdego problemu. Powinny też dawać miejsce poglądom wszelkich mniejszości.

Dlatego tak ważne jest wysokie zawieszenie poprzeczki etycznych i profesjonalnych wymagań wobec mediów. Tylko te cieszące się powszechnym zaufaniem mogą zapewnić swoim dziennikarzom bezpieczeństwo i niezależność.

Media, o których powszechnie się sądzi, że są politycznie sterowane, takiego bezpieczeństwa nikomu nie zapewnią. Każdy dziennikarz ma prawo do błędów, bo każdy człowiek błędy popełnia. Jednak każdy powinien wykazywać się w swojej codziennej pracy najwyższą starannością, profesjonalizmem i niezależnością. W szczególności od ludzi mediów publicznych, finansowanych z powszechnie ściąganej opłaty, powinniśmy wymagać najwyższych standardów.

Niestety, od zarania wolnej Polski tolerujemy notoryczne łamanie zasad. Nie istnieje żadna zawodowa korporacja, która stałaby skutecznie na straży etycznych kodeksów – niby obowiązujących w mediach. Zasady szczelnego oddzielenia dziennikarstwa od polityki, komercji i PR są zbyt często łamane. To powoduje upadek etosu i rozpowszechnia złe wzory.

W świecie bez zasad zanikają wartości. W ich miejsce rodzą się postawy oportunistyczne, nastawione na łatwy poklask i szybki zarobek. W tzw. mediach komercyjnych zbyt często ideał edukowania społeczeństwa zastępowany jest przez chęć zysku, objawiającą się pogonią za sensacją, pomijaniem trudnych tematów i celebryckim targowiskiem próżności. Gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Przystań frustratów i oblężona twierdza

Skutki społeczne tego zjawiska są opłakane. Następuje rozbicie więzi społecznych. Rozpowszechniają się nihilistyczne, nierealistyczne aspiracje. Brakuje solidnych wzorów postaw obywatelskich i pozytywnych przykładów rozumnego kreowania drogi zawodowej i życiowej. Zanikają wartości spajające społeczeństwo i wytwarzające poczucie obywatelskich obowiązków wobec niego. Rozpowszechnia się podatność na demagogię i populizm. Wreszcie następuje zachwaszczenie polszczyzny oraz postępuje powszechna ignorancja, a także gubimy odniesienia kulturowe, niezbędne do budowy oraz umacniania obywatelskiej i narodowej wspólnoty.

Rodzą się lekceważące, sceptyczne a nawet wrogie postawy wobec własnego państwa, co w Polsce i tak jest poważnym problemem, który wynika z pookupacyjnej i rozbiorowej przeszłości. Innym skutkiem tego zjawiska jest negatywne postrzeganie osiągnięć wolnej Polski i niedocenianie tego, co udało się nam zrobić po obaleniu autorytarnego ustroju zwanego realnym socjalizmem.

Rozpowszechnienie takich postaw podminowuje społeczny pokój i uderza równie silnie we władzę, jak w opozycję. Ta ostatnia staje się w takiej sytuacji przystanią bezsilnych frustratów, a władza – oblężoną twierdzą uprzywilejowanych właścicieli państwa. Dyskurs polityczny staje się pojedynkiem frazesów wytwarzanych przez politycznych spin doktorów na potrzeby bezwolnych i biernych elektoratów. Efektem tego jest powszechna bierność, a mobilizujemy się raczej przeciwko czemuś, zamiast codziennie angażować się w pozytywne, prospołeczne działania.

Społeczeństwo pogrążone w tego rodzaju paraliżu nie jest w stanie poważnie rozmawiać na najtrudniejsze tematy i ucieka w stronę narzucanych przez politycznych manipulatorów wściekłych pyskówek. Politycy, zamiast angażować się w służbę dla swoich wyborców, uciekają do medialnych kłótni, a ich aktywność w Sejmie ogranicza się do automatycznego przyklepywania partyjnych poleceń.

Kluczowe sprawy zaś, wymagające odważnych decyzji, są odsuwane w czasie, bo podejmowanie ich nikomu politycznie się nie opłaca – ani rządzącym, ani opozycji. Politycy robią tylko to, co służy doraźnym interesom oraz pozyskiwaniu wyborczego poparcia. Nieuchronne negatywne skutki takiej polityki są tylko kwestią czasu. Szczególnie perfidne jest to, że wiele podejmowanych z doraźnych pobudek decyzji będzie poważnie obciążać przyszłe pokolenia.

Kompetentnych, odpowiedzialnych, obiektywnych i niezacietrzewionych mediów nie dostaniemy w prezencie pod choinkę. Sami też ich nie zbudujemy, jeśli najpierw powszechnie nie uświadomimy sobie, jak bardzo są nam wszystkim potrzebne. Tam, gdzie kłótnie i warcholstwo zastępują pogłębioną dyskusję, która służy wypracowaniu konsensusu, nie narodzą się wielkie społeczne i humanistyczne idee. Po prostu między politycznym młotem a komercyjnym kowadłem trudno jest żyć i tworzyć.

Autor jest dziennikarzem telewizji Polsat, muzykiem, nauczycielem akademickim i dyplomatą. W latach 1999–2003 był ambasadorem RP w Urugwaju.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL