Publicystyka

Polskie media poza prawem

Pierwsze spotkanie marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z dziennikarzami spełzło na niczym – ocenia Tomasz Bodył.
PAP, Tomasz Gzell
Kryzys polityczny wywołany sprawą ograniczenia wstępu dziennikarzy do parlamentu świadczy o tym, że jako państwo nie wypracowaliśmy żadnych mechanizmów, które pozwalałyby mu normalnie funkcjonować – pisze publicysta.

Poniedziałkowe spotkanie marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z dziennikarzami nieco zmniejszyło napięcie między mediami a politykami rządzącej partii. Jednak wciąż pozostała wątpliwość, w jakiej roli występuje marszałek Karczewski. W zasadzie bowiem chodzi o sytuację w Sejmie, gdyż tak naprawdę Senat (z całym szacunkiem) raczej guzik wszystkich interesuje, bo to, co ważne, dzieje się w Sejmie.

Nieporównanie dziwniejsza było wcześniejsza, dość przypadkowa rozmowa dziennikarzy z marszałkiem w sobotnią noc. Wśród żurnalistów były osoby najwyraźniej bliżej nieznane pozostałym. Nie bardzo wiadomo, jaki był cel tego spotkania ani w jakiej roli występował marszałek Senatu.

Na co nas stać?

Trudno powiedzieć, jakie to spotkanie miało status: prywatne, oficjalne? Sam przebieg rozmów też był przedziwny i chaotyczny, bo rozmawiano głównie o tym, kto ile razy dostał w twarz kamerą, a kto ile razu potknął się o kable. Żeby dopełnić całej groteskowości tego spotkania, było ono relacjonowane chałupniczo za pomocą rozładowującej się komórki, przy rwącym się głosie, z chyboczącym się obrazem normalnym lub obróconym o 90 stopni.

Czy to naprawdę wszystko, na co stać dość duży naród o 1000-letniej historii w centrum Europy na początku XXI wieku?

Nie ustalono nic istotnego. Dwie godziny gadania o niczym, żeby ustalić kolejny termin spotkania. Ja bym to załatwił prosto: Szanowni Państwo, spotykamy się wtedy i wtedy, i rozmawiamy. OK? OK. I do domu. 30 sekund. Góra.

Patrzyłem na to wszystko ze zgrozą, zadając sobie pytanie, czy to faktycznie są dorośli ludzie, którzy sprawują w moim państwie kierowniczą rolę, i czy na pewno uczestniczą w nim również dorośli ludzie, którzy mają tę władzę z jej działań rozliczać? Jedno jest pewne: ja bym ani jednym, ani drugim nie powierzył pod opiekę mojego dziecka nawet na 15 minut.

Dlaczego? Jeżeli założymy, że centralnym miejscem każdej demokracji jest parlament, a media są fundamentem tejże demokracji, to wydaje się, że to spotkanie było kluczowe dla funkcjonowania naszego państwa. A stało się groteską.

Teoretycznie spotkały się poważne strony: marszałek Senatu Stanisław Karczewski z czołowymi dziennikarzami różnych mediów. W takim razie jakim cudem nie padły ze strony tych dziennikarzy kluczowe pytania, które paść powinny: w jakim trybie odbyło się to spotkanie i zgodnie z jakimi procedurami, na podstawie jakich przepisów, dlaczego akurat z marszałkiem Senatu i jakie on miał umocowanie prawne w tej sprawie? Bo wydaje się, że w każdym szanującym się państwie takie spotkanie powinno mieć jakieś ramy prawne. Żadne z tych pytań nie padło. Jedyne, co starali się uzyskać dziennikarze, to wytargowanie możliwie jak najwcześniejszej możliwości wejścia do parlamentu.

Obie strony zachowywały się tak, jakby media i parlament zostały dopiero co wymyślone, a w Polsce nie istniały żadne przepisy, żadne prawo, które to reguluje. Jakby najważniejsze było to, co się ustali podczas tych rozmów. A tak wcale nie jest. Wszystko jest dość dokładnie ustalone.

W Polsce wszystkich bez wyjątku obowiązuje konstytucja. Nie ma w niej ani słowa o jakichś spotkaniach marszałka Senatu z dziennikarzami. Jest za to artykuł 14, który mówi tak: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu". Czy faktycznie zapewniła?

Nie dość na tym. Mamy też artykuł 54, gdzie w punkcie 1 czytamy: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji". Powtórzę: każdemu przysługuje wolność m.in. w pozyskiwaniu informacji.

Czy jeśli dziennikarz nie może wejść do parlamentu, to może realizować tę przysługującą mu wolność? Co więcej, w punkcie 2 tegoż artykułu jest wyraźnie napisane: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane". Przypomnę też artykuł 8 konstytucji: „1. Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej. 2. Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej". To co w takim razie dziennikarze robili u marszałka Senatu?

Sięgam również po prawo prasowe. Co mówi ono o spotkaniach marszałka Senatu z przedstawicielami mediów? Otóż również nic. Ale warto przywołać tu dwa artykuły tej ustawy: „Art. 43. Kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Art. 44. 1. Kto utrudnia lub tłumi krytykę prasową – podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności".

To wciąż obowiązujące w Polsce prawo. W takim razie jeszcze raz: czy ktoś mógłby mi, do diabła, wyjaśnić, co ci dziennikarze robili w sobotnią noc u marszałka Karczewskiego? I najważniejsze pytanie: dlaczego tego prawa po prostu się nie stosuje? Czy na tym spotkaniu mówiono o tych zasadach, przywołano je? Nie. Najwybitniejsi przedstawiciele czołowych polskich mediów pytali o możliwość wejścia do parlamentu oraz kłócili się, kto ile przepustek powinien dostać i ile będzie można wnieść kamer. Czy któryś z tych dziennikarzy lub marszałek przywołał obowiązujące w Polsce prawo? Absolutnie nie. Obie strony zachowywały się tak, jakby żadne przepisy w tej sprawie nie istniały, tylko należałoby je teraz wymyślić.

To jest właśnie coś absolutnie nie do przyjęcia. Mamy prawo, którym nikt się nie przejmuje. Obie strony zachowywały się tak, jakby prawo ich nie obowiązywało, mało tego, jakby tego prawa w ogóle nie było.

Wcale mnie to nie dziwi. Po pierwsze, nawyk poszanowania prawa w naszym społeczeństwie nie jest jakoś szczególnie mocno ugruntowany. Za to, jak widać na tym przykładzie, powszechne jest przekonanie, że wszystko da się załatwić „na gębę". Po wtóre, nie sądzę, żeby ktoś się prawem prasowym szczególnie mocno przejmował, a nawet mam wątpliwości, czy ktoś z obecnych na tym spotkaniu to prawo znał. Dzieje się tak dlatego, że w dużej mierze dziennikarstwo zostało sprowadzone do stadnych pogoni za politykami i podstawiania im mikrofonów pod nos, żeby zdobyć upragnioną „setkę". I tyle, na tym dziennikarstwo się kończy. Stąd to spotkanie miało taki przebieg, a nie inny, i trudno nie oprzeć się wrażeniu, że dziennikarze w nim uczestniczący postawili się w roli klientów wobec polityków, władzy, marszałka Karczewskiego. Nie wyobrażam czegoś takiego w żadnej z szanujących się demokracji świata.

Budować od nowa

Wniosek z tego jest jeden: jako państwo nie mamy nic, nie wypracowaliśmy żadnych mechanizmów, które pozwalałyby mu normalnie funkcjonować. Polska istnieje od 1000 lat, przeżyła wiele okupacji, a od 25 lat mamy jaką taką wolność, demokrację i jej fundament, czyli wolne media, okupione zdrowiem i życiem wielu konkretnych osób. A to spotkanie jak na dłoni pokazało, że jesteśmy w punkcie wyjścia i musimy to wszystko od nowa budować.

Cała nasza państwowość sprowadzona została do nocnego, chaotycznego spotkania przypadkowych osób, którym się wydaje, że decydują o losie tego kraju i że nie obowiązują ich żadne normy prawne. A wszystko to pokazane w chybotliwym obrazie rozładowującej się komórki.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL