Publicystyka

Polityka wolna od obywateli

"Projekt ustawy o jawności życia publicznego, przygotowywany w sekrecie z inicjatywy ministra koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, budzi cały szereg wątpliwości"
Fotorzepa, Jerzy Dudek
W sporze o możliwość udziału społeczeństwa w procesie stanowienia prawa stawką jest istota polskiej demokracji – pisze Paweł Marczewski, historyk idei.

Projekt ustawy o jawności życia publicznego, przygotowywany w sekrecie z inicjatywy ministra koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego i ujawniony 24 października, budzi cały szereg wątpliwości. Kwestią wzbudzającą bodaj największe emocje mediów jest status sygnalisty, który w projekcie ministra znalazł się w wypaczonej formie, skazującej osoby sygnalizujące przestępstwa korupcyjne w miejscu pracy (ale już np. nie nieprawidłowości związane z naruszaniem prawa pracy, których zgłoszenie zgodnie z projektem ustawy nie kwalifikuje sygnalisty do ochrony) na całkowitą zależność od prokuratury. Do tego dochodzą utrudnienia w dostępie do informacji publicznej – urzędy będą mogły odmówić jej udzielenia, jeśli uznają, że wniosek składany jest w sposób „uporczywy" albo zażądać za jej przygotowanie opłaty.

Ustawy w społecznej próżni

Poza tymi niepokojącymi zapisami, stojącymi w rażącej sprzeczności z samym tytułem ustawy, jej fragmenty dotyczące przejrzystości tworzenia prawa odsłaniają problem sięgający o wiele głębiej, niż szczegółowe zapisy dotyczące kwestii techniczno-prawnych, takich jak choćby status sygnalisty. Projekt ustawy zdradza mianowicie archaiczne rozumienie polityki jako działalności, która powinna pozostać odizolowana od całości życia społecznego, a udział w niej osób i organizacji utrzymujących się dzięki środkom zagranicznym należy piętnować i ograniczać.

Zgodnie z projektem ustawy każda organizacja, która chce zgłosić opinię do tworzonego prawa, zobowiązana będzie do ujawnienia darczyńców, łącznie z podaniem ich numerów NIP. Tego wymogu nie są oczywiście w stanie spełnić organizacje, które otrzymują dotacje z zagranicy, również ze źródeł unijnych. Osoby zamierzające zgłaszać uwagi będą natomiast zobowiązane do ujawnienia źródeł swoich dochodów z dwóch lat. Niedopełnienie tych obowiązków może skutkować karą pozbawienia wolności.

Regulacje te, dające władzy narzędzia dyscyplinowania i piętnowania obywateli, którzy chcieliby mieć wpływ na tworzenie prawa, idą zdecydowanie dalej niż obowiązujące do tej pory przepisy. Nie chodzi już jedynie o zabezpieczenie przed prowadzeniem kampanii wyborczych lub niezgłaszanie projektów ustaw w interesie zagranicznych podmiotów, ale o ograniczenie wpływu obywateli na proces stanowienia prawa właściwie jedynie do głosowania w wyborach. Wyłonieni raz na kilka lat przedstawiciele będą mogli tworzyć ustawy bez uciążliwej konieczności wchodzenia w dialog ze społeczeństwem. To krok w stronę autonomizacji polityki, oderwania jej od splotu rozmaitych, niekiedy sprzecznych interesów społecznych, które stanowią osnowę demokracji.

Carl Schmitt patrzy na polskie NGOsy

Polityka suwerenna zarówno wobec „obcych", zagranicznych wpływów, jak i innych sfer życia społecznego – techniki, ekonomii, medycyny, ale i etyki – to marzenie nowoczesnych reakcjonistów. Bodaj najwybitniejszym z nich był sympatyzujący z nazizmem niemiecki prawnik i teoretyk polityki Carl Schmitt postulujący, by jedyną siłą sprawczą w polityce była wola suwerena, rozumianego jako władza podejmująca decyzje w imieniu wspólnoty i nieskrępowana żadnymi innymi uwarunkowaniami poza definiowaną przez nią samą koniecznością polityczną. Dziś wizja Schmitta wyszła z łamów niskonakładowych, konserwatywnych kwartalników i nawiedza ministerialne departamenty rządu PiS.

Jego duch unosi się również nad dyskusjami o tym, czy powinno się ściślej ograniczyć możliwości uprawiania polityki przez organizacje pozarządowe finansowane lub współfinansowane z zagranicy. Wywołane doniesieniami Instytutu Ordo Iuris spory o zagraniczne finansowania organizacji feministycznych, które zaangażowały się w „czarny protest" przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, jak również o udział tych organizacji w Obywatelskiej Inicjatywnie Ustawodawczej „Ratujmy Kobiety", ujawniły istotny problem. Jak zwrócił uwagę Piotr Trudnowski w tekście opublikowanym na łamach portalu Jagielloński24.pl „Zagraniczne pieniądze kręcą polską polityką", polskie prawo zakazuje finansowania z zagranicy obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, ale dopuszcza zasilane w ten sposób protesty przeciwko przyjmowaniu ustaw. Zdaniem Trudnowskiego między jednym i drugim rodzajem działalności politycznej nie ma zasadniczej różnicy, a ich odmienne potraktowanie przez ustawodawcę stworzyło lukę, która domaga się domknięcia.

Trudnowskio postuluje, by ją domknąć, rozszerzając zakaz finansowania działalności politycznej również na obywatelskie protesty przeciwko projektom ustaw. To krok jeszcze bardziej radykalny, niż propozycja ministra Kamińskiego, by możliwość opiniowania ustaw uzależnić od ujawnienia źródeł finansowania, ale pozostający w tej samej logice odrywania polityki od życia społecznego w imię jej suwerenności i autonomii.

Wyimaginowana suwerenność

Problem polega jednak na tym, że owe suwerenność i autonomia pozostają czysto wyimaginowane. Władza nie tylko jest dziś zmuszona, ale często wręcz wyrywa się do tego, by regulować i ingerować w sfery niepolityczne, takie jak choćby zdrowie obywateli. Zaostrzenie zakazów tego nie zmieni, może natomiast poważnie ograniczyć swobody obywatelskie. Jeśli organizacje pozarządowe miałyby ograniczyć się do działalności promującej, jak to określa Trudnowski, swoją „agendę", a nie wypowiadać się w kwestii konkretnych projektów prawa, oznacza to ich poważne osłabienie wobec władzy i odebranie obywatelom istotnego narzędzia sprawowania nad nią kontroli. Co więcej, powstaje pytanie, kto miałby decydować o tym, które działania stanowią dozwolone promowanie własnej sprawy, a które ingerencję niezgodną z polskim interesem publicznym. Przecież przekazy krytyczne wobec tej czy innej ustawy niekoniecznie muszą przyjmować formę ulicznego protestu. Czy krytyczny raport o ustawie, udostępniony mediom i politykom, a sfinansowany z zagranicznego grantu, to jeszcze dozwolone promowanie „własnej agendy", czy już działanie wbrew polskiemu interesowi publicznemu?

W gruncie rzeczy postulat autonomizacji polityki nie oznacza nadania jej sztywnych ram prawnych i zabezpieczenia innych sfer życia społecznego przed ingerencjami władzy, ale raczej podporządkowanie wszystkich sfer polityki – i to nie tylko w wymiarze ideowym, ale też zupełnie przyziemnym, finansowym. Załóżmy, że jakaś organizacja pozarządowa, utrzymywana na przykład ze środków Światowej Organizacji Zdrowia ONZ, chciałaby przedłożyć opinię o nowej ustawie regulującej finansowanie służby zdrowia, którą uważa za szkodliwą. Projekt ministra Kamińskiego skutecznie odbierze jej taką możliwość, a gdyby dodatkowo „uszczelniono" ustawę o wykonywaniu inicjatywy obywatelskiej przez obywateli, nie będzie również miała żadnych innych narzędzi, by przekonywać opinię publiczną o wadliwości ustawy. W ten sposób zdrowie publiczne będzie musiało ustąpić wobec politycznej woli Schmittańskiego suwerena.

Obywatelskie nie oznacza apolityczne

Kryterium „polityczności" działań organizacji społecznej okazuje się być bardzo nieostre, a jego zastosowanie w celu wyłączenia z procesu stanowienia prawa tych organizacji, które otrzymują środki zagraniczne, jest potencjalnie bardzo szkodliwe dla jakości i wolności debaty publicznej. O wiele bardziej przejrzyste i lepiej gwarantujące wolności obywatelskie jest kryterium, które przyświecało zakazom finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych z zagranicy.

Jeśli dana organizacja – partia polityczna, jej komitet wyborczy – otrzymuje subwencje z budżetu państwa albo w przypadku sukcesu wyborczego dostaje taką możliwość, a mają nie tylko działać na rzecz polskiego interesu publicznego, ale i aspirują do sprawowania władzy ustawodawczej, wówczas zakaz finansowania zagranicznego jest nie tylko uzasadniony, ale wręcz konieczny. Jest jednak fundamentalna różnica między sprawowaniem władzy ustawodawczej a opiniowaniem procesu stanowienia prawa; różnica, którą pomysły na reglamentowanie lub zakazanie udziału organizacji obywatelskich w tym procesie całkowicie zacierają. To zatarcie oznacza nie tyle uchronienie polityki przed niepożądanymi wpływami, sprzecznymi z interesem publicznym, ale upolitycznienie wszystkiego. Organizacje społeczne zostają w tej logice utożsamione z partiami i zakłada się, że powinny je obowiązywać podobne zasady mimo zasadniczej, dzielącej ich różnicy – te pierwsze sprawują władzę lub aspirują do jej sprawowania, te drugie biorą udział w życiu społecznym w całej jego różnorodności, również jako aktorzy polityczni biorący udział w debacie publicznej.

Zatarcie tej różnicy prowadzi do poważnego zubożenia życia społecznego. Państwo według recept Schmitta to niekoniecznie państwo totalitarne, ale takie, w którym wszystkie obszary życia społecznego stają się podrzędne i służebne wobec polityki. W sporze o możliwość udziału aktorów społecznych w procesie stanowienia prawa nie chodzi zatem wyłącznie o kwestie techniczne, o możliwość zgłoszenia poprawek do tej czy innej ustawy, szansę uczestnictwa w posiedzeniu tej czy innej komisji parlamentarnej, ale o samą istotę polskiego państwa – czy będzie ono wielogłosową demokracją, w której racje polityczne wchodzą w publiczny spór z etycznymi, medycznymi, technologicznymi, czy też słychać w nim będzie tylko monolog władzy.

Paweł Marczewski - socjolog i historyk idei, ekspert Fundacji Batorego, członek zespołu redakcyjnego "Przeglądu Politycznego".

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL