Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Kleiber: Demokracja i postprawda

Pojawienie się mediów społecznoœciowych przyspieszyło w istotny sposób demokratyczne przemiany w wielu krajach, tak różnych jak Ukraina, Mjanma czy Egipt. Na zdjęciu Plac Tahrir w Kairze, tydzień po obaleniu Hosniego Mubaraka. Luty 2011 r.
AFP, Pedro Ugarte
Jesteœmy skutecznie dzieleni przez zalew niepełnych lub kłamliwych informacji, manipulowanej „prawdy" zastępujšcej prawdę rzeczywistš – pisze były prezes PAN.

Jakiœ czas temu pewien wysoki rangš brukselski urzędnik zadał mi nieoczekiwane pytanie: – Czego, w zwišzku z aktualnš sytuacjš Polsce, boi się pan najbardziej? Znajšc moje proeuropejskie zapatrywania, oczekiwał zapewne odpowiedzi dotyczšcej naszej polityki w kontekœcie przyszłoœci Unii, więc chyba go rozczarowałem. W pierwszym odruchu powiedziałem mianowicie, że najbardziej boję się – w Polsce i gdzie indziej – ostatecznego końca prawdy, czyli niemożnoœci szerokiego uzgodnienia stanowisk w nawet najbardziej zasadniczych sprawach. Prawdy rozumianej jako porozumienie co do istoty najważniejszych faktów i zjawisk, dzisiaj intencjonalnie kwestionowanych poprzez tendencyjny dobór jednych argumentów i przemilczanie innych. Wiele prowadzonych w Polsce sporów tak właœnie wyglšda.

Wszyscy z rosnšcym przerażeniem obserwujemy, nie tylko zresztš u nas, jak niczym nieskrępowana publiczna artykulacja nienawiœci odwołujšcej się do ewidentnie stronniczej interpretacji wydarzeń wyklucza porozumienie w sprawach, które w normalnych warunkach nie powinny budzić zasadniczych kontrowersji. Znana z odległych cywilizacyjnie krajów międzyludzka nienawiœć, której symbolami stały się dramatycznie przebiegajšce spory miedzy szyitami i sunnitami w państwach islamskich bšdŸ plemionami Hutu i Tutsi w Rwandzie, zaczyna się przenosić, choć na szczęœcie na razie bez swych ekstremalnych, zbrodniczych zachowań, do krajów o nawet solidnie ugruntowanej demokracji. Rozróżnianie między „my" i „oni" jako generator wszystkich naszych odniesień do otaczajšcej nas rzeczywistoœci staje się niepokonalnš przeszkodš w osišganiu porozumienia nawet w najprostszych, często bardzo ważnych dla wszystkich sprawach.

Z przerażeniem wysłuchałem niedawno zwierzeń znajomego należšcego do jednej ze stron naszego polskiego sporu, że oto stoi on w obliczu rodzinnej tragedii. Polegajšcej na tym, że narzeczony jego córki wyznaje nie ten œwiatopoglšd co trzeba – nie należy do „nas", tylko do „nich". Uœwiadomiłem sobie wtedy, iż uprzedzenia dotyczšce przynależnoœci do grup społecznych różnišcych się poglšdami zaczęły najwyraŸniej towarzyszyć bšdŸ wręcz przewyższać inne, znane niestety z wielu krajów, uprzedzenia rasowe, zwišzane z wykształceniem czy prowincjonalnym pochodzeniem. I potraktowałem to jako smutny dowód, że stajemy się œwiadkami narastajšcego od dłuższego już czasu zamachu na podstawy funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa, na rolę w życiu społecznym prawdy i wzajemnego zaufania.

Zawiedzione nadzieje

Pojawienie się w latach 90. internetu i jego popularyzację przyjęliœmy wszyscy jako wielkš szansę na wzmocnienie procesu demokratyzacji. Informacja jest ważnym elementem władzy i fakt, iż stała się ona powszechna i tania, miał ułatwić angażowanie się obywateli w wiele dotychczas dla nich niedostępnych obszarów życia publicznego. Pojawienie się na poczštku obecnego wieku mediów społecznoœciowych wzmocniło to przekonanie, przyspieszajšc w istotny sposób demokratyczne przemiany w wielu krajach, tak różnych jak Ukraina, Mjanma czy Egipt. Władze w tych krajach w swej roli autorytarnych strażników informacji raptem okazały się bezradne wobec ogólnie dostępnego przekazu dotychczas zakazanych informacji.

Do tej pozytywnej interpretacji zachodzšcych procesów szybko doszła jednak refleksja krytyczna. Po pierwsze, możliwoœci niczym nieograniczonego przekazywania informacji wyzwoliły w wielu ludziach nadmierne plotkarstwo, złoœliwoœć i brak elementarnej kultury publicznych wypowiedzi. Po drugie, niektóre rzšdy znalazły szybko sposób na choćby częœciowe zredukowanie potęgi swobodnego obiegu informacji. I tak np. w Chinach zatrudniono dziesištki tysięcy cenzorów kontrolujšcych internetowy obieg informacji, w Rosji zorganizowano całe sieci ludzkich trolli i botów rozpowszechniajšcych fałszywe wiadomoœci, w wielu innych krajach wyrywkowo zastraszani sš internauci publikujšcy nieprawomyœlne teksty. Niewyjaœnione do dzisiaj sieciowe wydarzenia towarzyszšce prezydenckim wyborom w USA czy podobne obawy towarzyszšce nadchodzšcym wyborom w innych krajach, w Niemczech w szczególnoœci, sš dalszymi przykładami uœwiadamiajšcymi nam potencjał występujšcych zagrożeń.

Półprawdy i fałszerstwa

Sytuacja staje się coraz poważniejsza. W Polsce nie tylko jesteœmy już głęboko skonfliktowani, ale proces ten szybko postępuje. Jesteœmy aktywnie i skutecznie dzieleni poprzez coraz powszechniejsze rozprzestrzenianie niepełnych bšdŸ wręcz kłamliwych informacji – manipulowanej „prawdy" zastępujšcej prawdę rzeczywistš. Politycy wyspecjalizowali się w mówieniu półprawd, a media społecznoœciowe dokładajš do tego swoje fałszerstwa.

Szacuje się, że co najmniej jedna trzecia wiadomoœci przekazywanych za poœrednictwem Twittera to œwiadome zakłamywanie rzeczywistoœci. Kluczowe w tej sytuacji staje się pytanie, jak docierać do owej rzeczywistej prawdy, a w szczególnoœci komu ufać wobec faktu, iż udało nam się już zakwestionować właœciwie wszystkie wartoœci przypisywane kiedyœ niektórym osobom bšdŸ organizacjom czy instytucjom. Media społecznoœciowe skutecznie podważajš bowiem autorytet każdej z nich, krytycznie nagłaœniajšc często skrajnie wyolbrzymione szczegóły ich działalnoœci. Oczywiœcie mamy np. liderów politycznych obdarzonych formalnym autorytetem przypisywanym przywódcom. Tyle tylko, że taki formalny autorytet, aby być skuteczny, musi być stale wspierany autorytetem moralnym wynikajšcym ze sposobu sprawowania funkcji, czego nieodłšcznym atrybutem jest spójny system wartoœci, obiektywizm w ocenie otaczajšcych zjawisk, otwartoœć na dyskusję, osobista skromnoœć. A to cechy coraz trudniej dostrzegalne u współczesnych liderów.

Konstruktywny dialog

Niestety, może nieco innymi słowami, ale w Polsce wszystko to powiedziano już wiele razy. A pytanie: „co w tej sytuacji robić", pozostaje otwarte, bowiem każda propozycja terapii wydaje się naiwna, odstraszajšco mozolna i niegwarantujšca sukcesu. Waga problemu jest jednak tak wielka, że chyba nie należy rezygnować. Może więc na przykład zamiast stawiania politykom pytań, na które wszyscy przedstawiciele danej opcji odpowiedzieli już w partyjnym duchu dziesištki razy, mówišc zresztš zawsze to samo, dziennikarze zaczęliby zadawać im pytania typu: „jaki największy błšd popełnił pan/pani ostatnio w swej działalnoœci publicznej", albo „co pana/pani polityczni przeciwnicy zrobili ostatnio dobrego", albo jakieœ jeszcze inne o podobnym charakterze.

Gdyby jeszcze do tego udało się póŸniej nie nadinterpretować udzielanych odpowiedzi, to może okazałoby się, że sš jednak sprawy, które łšczš nawet najbardziej zapiekłych antagonistów. I może udałoby się z nich wydobyć choćby malutki uœmiech życzliwoœci zamiast dzisiejszych nienawistnych spojrzeń i agresywnych epitetów. A to otworzyłoby może drogę do konstruktywnej rozmowy na kluczowe tematy – zamiast oburzać się na reformę sšdownictwa, systemów ochrony zdrowia bšdŸ edukacji, opozycja przedstawiłaby może konkretne propozycje zmian w tych sektorach, a we władzy rozbudziłaby się gotowoœć do wysłuchania argumentów i wiara w zapomnianš u nas mšdroœć zbiorowš.

Może udałoby się konstruktywnie porozmawiać o konkretach dotyczšcych artykułowanej przez wszystkich potrzeby niesienia pomocy społeczeństwom skrajnie ubogich krajów, z których przecież wywodzi się dzisiaj większoœć zagrożeń dla œwiata, i przenieœć wnioski na forum międzynarodowe. To zaœ otworzyłoby może drogę do kolejnej sprawy, czyli naszej polityki zagranicznej. Tutaj ponadpartyjne porozumienie miałoby wagę szczególnš, bowiem sytuacja międzynarodowa dotyczšca szeroko rozumianego bezpieczeństwa zmniejszyła margines na niedoskonałoœci naszej polityki do minimum.

Apele o rozsšdek polityków i odpowiedzialnoœć mediów chciałoby się w tym przypadku zastšpić – przywołujšc może zbliżajšce się œwięto 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległoœci – wręcz obywatelskim żšdaniem uzgodnienia zasadniczych celów naszej polityki. Nasze wewnętrzne spory niosš bowiem w tym przypadku olbrzymie ryzyko marginalizacji międzynarodowej pozycji państwa z wieloma tego fatalnymi dla nas konsekwencjami. Zgoda w strategicznych kwestiach, w tej i innych sprawach, jest nie tylko potrzebna, ale przy odpowiedzialnym zachowaniu się opiniotwórczych mediów naprawdę możliwa.

Wymiana politycznych elit

Szansę na to zwiększa, niejako paradoksalnie, inny aspekt funkcjonowania społeczeństwa sieciowego, majšcy potencjał gruntownej przebudowy œwiata polityki. Jest nim fakt, iż swobodny obieg informacji stworzył nieistniejšcš w przeszłoœci szansę na błyskawiczne pojawienie się nowych liderów. Może właœnie w tym upatrywać powinniœmy szansy na odnowienie œwiata polityki? Jak wykazujš niedawne badania duńskich socjologów, tylko nowi ludzie sš bowiem w stanie wnieœć do przestrzeni publicznej nowe idee. Warunkiem takiej „dobrej zmiany" jest oczywiœcie to, by nowi przywódcy potrafili zyskać moralny autorytet wiarygodny także dla osób spoza swego œrodowiska. Do tego wszakże kluczem wydaje się udana zawodowa kariera przedpolityczna takich osób – kariera biznesowa, akademicka, społeczna.

Może więc ratunek dla polskiej polityki rzeczywiœcie leży w rękach ludzi wczeœniejszego, uczciwie wypracowanego i powszechnie szanowanego sukcesu niepolitycznego, traktowanego jako sprawdzian ich moralnych i merytorycznych kwalifikacji? Może osoby majšce udokumentowany w przeszłoœci alternatywny wobec polityki sposób na życie będš bardziej skłonne do działania na rzecz dobra wspólnego niż ktoœ, dla kogo polityka jest jedynym zawodem? Choć problemem zawsze oczywiœcie będzie sposób zachęcenia takich osób do porzucenia dotychczasowych satysfakcjonujšcych profesji i stawienia czoła chaotycznemu życiu w œwietle medialnych reflektorów. Może pomocš mogłaby tu być œciœle przestrzegana kadencyjnoœć wszystkich funkcji politycznych, z parlamentarnymi włšcznie?

Autor jest profesorem w Polskiej Akademii Nauk, jej byłym prezesem. Był ministrem nauki

Œródtytuły pochodzš od redakcji

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL