Publicystyka

Kryzys imigracyjny: Łzawy humanitaryzm

AFP
Można by postawić niepoprawną politycznie tezę, że migranci są szkodliwi i zbędni. Nie jest ona jednak prawdziwa w obliczu zapaści demograficznej Europy – twierdzi publicysta.

Dobrze uczyć się na własnych błędach, ale jeszcze lepiej na cudzych. Możemy dziś bezkarnie obserwować, jak uchodźcy wpychają kolejne państwa Unii w kryzys wewnętrzny. Wyciągać wnioski i robić dokładnie odwrotnie niż one, by uniknąć kłopotów. Ostatni przykład to napięcia w koalicji rządzącej w Niemczech spowodowane właśnie polityką migracyjną.

PKB Polski wciąż rośnie, już dziś jesteśmy atrakcyjnym krajem do osiedlania się dla cudzoziemców, a w przyszłości możemy stać się nawet celem masowych migracji. Możemy się na to przygotować i uniknąć destrukcyjnego wpływu uchodźców na polskie państwo.

Bawarska CSU domaga się zaostrzenia polityki migracyjnej współtworzonego przez siebie rządu. Zapachniało nawet rozpadem koalicji. Wcześniej niekontrolowany napływ migrantów doprowadził do objęcia władzy we Włoszech przez koalicję ruchów populistycznych. Właściwie wszędzie w Unii migranci wywierają znaczący wpływ na życie polityczne, radykalizując je. Robią to wprawdzie bezwiednie, ale dlaczego niby w ogóle pozwalamy im na tak silne oddziaływanie na nasze państwa?

Migracje mają różne podłoże historyczne. W byłych państwach kolonialnych: Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii – osiedlanie się mieszkańców kolonii jest procesem naturalnym, trwającym niekiedy od wieków. Po upadku kolonializmu wzmogło się – po części z powodu polityki rekompensowania przez metropolie byłym poddanym dawnej eksploatacji. W Niemczech z kolei zdecydowały względy praktyczne: to państwo niemieckie zaprosiło w latach 60. ubiegłego wieku tureckich gastarbeiterów, za którymi pociągnęły fale kolejnych. W Szwecji winę ponosi ideologia – konsekwentny socjalizm i antykolonializm praktykowany przez kolejne rządy. Polska jest na początku swej przygody z migrantami i najbliżej nam do modelu niemieckiego, choć polski rząd nikogo nie zaprasza, co najwyżej ułatwia zatrudnianie cudzoziemców.

Zła polityka migracyjna ma fatalne konsekwencje: rozbicie spójności kulturowej społeczeństw, powstanie imigranckich enklaw – rozsadnika przestępczości, wpływanie na politykę wewnętrzną przez inne państwa za pośrednictwem migrantów, jak czyni to Turcja w Niemczech, stworzenie w imigranckich gettach muzułmańskich zaplecza dla terrorystów, jak w Belgii czy Francji, wreszcie przeniesienie do Europy konfliktów narodowych i religijnych z regionów pochodzenia migrantów. Wszystko to podminowuje państwa europejskie.

Można by postawić niepoprawną politycznie tezę, że migranci są szkodliwi i zbędni. Nie jest ona jednak prawdziwa w obliczu zapaści demograficznej Europy. Brakuje nam ludzi. Problem ten dotyczy także Polski: nasze społeczeństwo kurczy się i starzeje, potrzebujemy nowych obywateli. Możemy ich jednak starannie wybierać tak, by uniknąć opisanych powyżej negatywnych konsekwencji.

Bardzo złym doradcą jest łzawy humanitaryzm, który okazała choćby kanclerz Merkel, otwierając w 2014 r. granice dla wszystkich uchodźców. Potrzebujemy migrantów bliskich nam etnicznie i kulturowo, którzy szybko się zasymilują. Nie powinniśmy dopuścić do ich osiedlania się w zwartych grupach. Jeśli już konieczne będzie przyjmowanie obcych kulturowo, niech będą to Azjaci z ich etosem pracy, a nie migranci z grup, które na obczyźnie drenują systemy opieki socjalnej państw gospodarzy.

Tylko tyle, by nie dopuścić w przyszłości do zdestabilizowania Polski przez ruchy migracyjne. Na szczęście inni odrobili za nas tę lekcję. Wystarczy wyciągnąć wnioski.

Autor jest dyrektorem ds. strategii WEI. Artykuł oddaje jego prywatne poglądy

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL