Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Robert Korzeniowski: Syryjczycy nie chcš emigrować

Robert Korzeniowski odwiedził dotkniętš przez wojnę Syrię jako członek ekipy UNICEF
materiały prasowe
- Ofiary wojny potrzebujš przede wszystkim wiary w to, że traktujemy ich podmiotowo – mówi Łukaszowi Lubańskiemu Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski.

Rzeczpospolita: Nie miał pan obaw przed wyjazdem do Syrii?

Robert Korzeniowski: Miałem, jestem w końcu racjonalnym człowiekiem. Fakt, że UNICEF jest organizacjš szanowanš przez wszystkie strony konfliktu, sprawił jednak, że czułem się bezpiecznie. Ale żadnej gwarancji nie ma, bo w lutym konwój organizacji został zbombardowany, prawdopodobnie przez Rosjan. Zginęli ludzie. Także w drodze do Aleppo przytrafiła się nam niebezpieczna sytuacja.

Co się wydarzyło?

Jechaliœmy w konwoju, wiozły nas 7-tonowe, opancerzone samochody. Nagle, na drodze w pobliżu frontu, system komputerowy w naszym aucie zidentyfikował, że zostaliœmy przez kogoœ przejęci. Odcięło nam dopływ paliwa. Na horyzoncie widzieliœmy charakterystyczny dla wybuchu trotylu żółto-czarny dym. Z posterunków na drogę wyszli żołnierze bliżej nieokreœlonej formacji... PóŸniej się dowiedziałem, że na dwóch odcinkach frontu przeprowadzana była wówczas ofensywa ISIS.

Jak to się skończyło?

Na szczęœcie dobrze. Najpierw holowaliœmy auto z prędkoœciš 20 km/h. W końcu, po trzech godzinach, dotarła pomoc drogowa z Aleppo. Mijaliœmy po drodze spalone, ostrzelane dwa dni wczeœniej autokary, wraki czołgów i cystern. To była przecież linia frontu. Kiedy już byliœmy w mieœcie, ciszę nocnš co chwilę przerywały detonacje. W cišgu dnia tylko raz usłyszeliœmy – blisko nas – serię z kałasznikowa. Okazało się, że była to salwa na czeœć wojskowego, który zginšł ubiegłej nocy i właœnie był grzebany. Miejscowe dzieci mówiły, żebyœmy się nie bali, ale „lepiej się schować, bo można dostać rykoszetem".

W Aleppo spędził pan kilka dni, jakie sš pana wrażenia?

Mieszkaliœmy w jedynym hotelu, jaki nie został zniszczony podczas wojny. Można było w nim spotkać m.in. rosyjskich żołnierzy i bojowników Hezbollahu. Z hotelu wyjeżdżaliœmy według ustalonego harmonogramu w różne istotne – z punku widzenia UNICEF – miejsca.

Dokšd się pan udawał?

Do domów dziecka, klinik pediatrycznych, obozów dla uchodŸców, placówek organizacji zajmujšcych się opiekš nad dziećmi zdrowymi i niepełnosprawnymi. Odwiedziłem szkoły, w których dzięki UNICEF działajš już baterie słoneczne, bo jeszcze do niedawna dzieci, stłoczone po 100 osób w jednej klasie, uczyły się przy œwieczkach, w zimnie. Byłem też w szkole zbudowanej z kontenerów, oddzielonej od właœciwego budynku szkolnego specjalnie wybudowanym murem.

Skšd ten mur?

Stara szkoła była zniszczona po bombardowaniu i... zaminowana. Nawet jeœli na budynku jest napis „Min niet", nie oznacza to, że nie jest on zaminowany. Oznacza to tylko tyle, że nie wyleciał tam w powietrze rosyjski saper. W Aleppo w ostatnich dwóch miesišcach z powodu min straciło życie 40 dzieci.

Wróćmy do pana obowišzków jako członka misji UNICEF w Aleppo.

Spotykaliœmy się z kadrš z domów dziecka i innych placówek, ale też z dziećmi, młodzieżš, rodzicami. Poznawaliœmy ich historie. Każdy chciał się z nami czymœ ważnym podzielić, coœ pokazać. Dzieci, kiedy tylko nabrały do nas zaufania, otwierały się i opowiadały, co stało się z ich rodzicami, rodzeństwem... Aleppo liczy obecnie ok. 2 mln mieszkańców. Aż 1,2 mln stanowiš dzieci. Wojenny dramat dotyczy głównie ich.

Co zobaczył pan w twarzach tych dzieci?

Uœmiech i ciepło, kiedy czuły się zauważone. Gdy dowiadywały się, że jestem sportowcem, namawiały mnie, abyœmy razem poćwiczyli, pobiegali. Ale widziałem też głęboki smutek. W obozie dla uchodŸców pod Aleppo spotkałem małš dziewczynkę, która nie odstępowała mnie na krok. Traktowała mnie jak „chwilowego ojca". Całowała mnie, przytulała się do mnie. Kilka miesięcy wczeœniej w wyniku działań wojennych straciła ojca, zaœ jej rodzeństwo zamarzło na progu domu...

Uczestniczył pan także w zorganizowanym przez UNICEF spotkaniu dla niepełnosprawnych dzieci. Jak ono wyglšdało?

To było niesamowite doœwiadczenie. Siedzieliœmy wieczorem na ogromnym placu, w kole: na krzesłach, ławeczkach. Były pokazy sportowe i taneczne. Dzieci nawišzywały między sobš kontakty. Widziałem matki, które płakały ze szczęœcia. Pierwszy raz – od lat – widziały swoje dzieci w tak pozytywnej sytuacji. Gdy spotkanie dobiegało końca, czułem się podobnie jak podczas zakończenia igrzysk olimpijskich. Nie było presji ani rywalizacji, wszyscy byli razem, tańczyli, œciskali się, robili sobie zdjęcia.

Czego najbardziej potrzebujš Syryjczycy?

Normalnoœci, wiary w to, że traktujemy ich podmiotowo, szanujemy i jesteœmy na nich otwarci. Z moich rozmów z Syryjczykami wynika, że oni wcale nie chcš uciekać do Europy. Wolš żyć na miejscu, mieć dach nad głowš, nie bać się bombardowań. Nawet kiedy otrzymujš pomoc – w postaci m.in. dostaw wody czy pršdu – okazujš wdzięcznoœć, ale przede wszystkim cały czas zachowujš się z godnoœciš. Nie wystawiajš ršk, mówišc: dajcie, dajcie. To przedstawiciele starej i dumnej cywilizacji. Syryjczycy nie będš ustawiać się w kolejce po jedzenie. Wolš sami sobie to jedzenie wyprodukować. Nawet dzieci, którym dawaliœmy proste prezenty – lalki, pacynki, rzutki na rzepy – wcale nie oczekiwały, że coœ dostanš.

Jak wyglšda codzienne życie w Aleppo?

Mimo okropieństw wojny, jakim cały czas sš poddawani, Syryjczycy starajš się żyć normalnie. Chodzš do pracy, otwierajš swoje stragany. Widziałem w kompletnych ruinach sklepik z kawš, w którym korzystano z wydobytej z gruzów maszyny do kawy. Życie w Aleppo toczy się w ruinach, z przerwami na bombardowania. Pamiętam, że gdy byłem w XII-wiecznej częœci miasta, całkowicie zniszczonej, i wyłoniłem się z gruzów, to 400 metrów dalej zobaczyłem ludzi œwiętujšcych pištek, w islamie œwięty dzień tygodnia. Poznałem też m.in. Dajanę, której historia bardzo mnie przejęła.

Kim ona była?

Muzykiem i dziennikarzem. Pisze artykuły dla Rady Europejskiej. Gdy wybuchła wojna, Dajana przestała grać. Uważała, że jest to niegodne. Ale kilka miesięcy temu, na przypadkowym spotkaniu, usłyszała, jak ktoœ gra. Wtedy uznała, że muzyka to wyraz pokoju; że daje ważny przekaz o dšżeniu do normalnoœci, stabilnoœci. I znów zaczęła grać, twierdzšc, że „nie można się poddać wojnie".

Co najbardziej zapadło panu w pamięć po wizycie w Aleppo?

Dwie dziewczynki. Pierwszš z nich jest 13-letnia Saja, która marzyła, by zostać sportowcem, grać w piłkę nożnš. Gdy wybuchła wojna, miała szeœć lat. Spotkało jš szczęœcie w nieszczęœciu. Podczas zabawy na podwórku wybuch bomby zabił jej cztery koleżanki. Saja przeżyła, ale straciła nogę. Dziœ jest bardzo sprawnš, pogodnš osobš; gra w piłkę jednš nogš, za pomocš kul. Historia jej rodziny jest typowa: ojciec i brat zginęli na wojnie. Jej drugi brat, który ma 17 lat, jest stolarzem, zarabia na całš rodzinę: matkę i trzy – łšcznie z Sajš – siostry. Jest im bardzo ciężko. Przynieœliœmy jej do domu koszulkę Roberta Lewandowskiego z autografem.

Jak zareagowała?

Była bardzo wzruszona. Koszulka zawisła na honorowym miejscu. Ale poczuliœmy się też zmieszani. Powiedzieliœmy: „ChodŸ, Saja, pogramy w piłkę". A ona: „Wiecie co, ale ja nie mam piłki". Te dzieci niczego nie miały.

A druga dziewczynka?

To dwulatka, której opiekunowie z domu dziecka nadali imię Nasra. Znaleziono jš w gruzach, w których leżała nie wiadomo ile czasu. Jej rodzice zginęli. Od roku jest w poważnej traumie wojennej. Gdy przyszedłem do domu dziecka, to ona dosłownie się we mnie wtopiła. Wtulała się, nasłuchujšc, jak bije moje serce, dopiero wtedy odzyskiwała spokój. Za nic nie chciała się ode mnie odkleić. Uspokajała się, dopiero gdy znalazła się w czyichœ ramionach. Nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. W Syrii takich dzieci jest mnóstwo.

Jak pana otoczenie – sportowcy, ludzie znani z mediów – odbiera to, co dzieje się w Syrii?

Wszyscy chcš jakoœ pomóc, ale jednoczeœnie sš kompletnie zdezorientowani. Nie wiedzš, czy chodzi o pomoc dla uchodŸców, którzy chcš tu przyjechać, czy może pomoc na miejscu. Nie wiedzš, czego ci ludzie potrzebujš. Nie majš pojęcia, jakš drogš można pomóc.

Zatem jaka forma pomocy jest pana zdaniem najbardziej odpowiednia?

Warto pomagać finansowo za poœrednictwem dobrze osadzonych na miejscu organizacji, takich jak UNICEF czy inne organizacje działajšce z ramienia ONZ. Każda złotówka, wpłacona zgodnie z instrukcjami, które można znaleŸć pod adresem www.unicef.pl/syria, będzie naszym osobistym wkładem w pomoc. Tłumaczę przyjaciołom, że Syryjczycy tak naprawdę nie chcš być imigrantami. Pamiętam, jak mieszkańcy Aleppo z uwagš słuchali naszych opowieœci o powstaniu warszawskim. Mówiliœmy im, że Warszawa w 1944 roku wyglšdała tak jak ich miasto, ale że mimo to Polakom udało się podnieœć. To było dla nich bardzo budujšce. Zobaczyli, że inni również doœwiadczyli tego samego, co oni; że dzięki swojej historii łatwiej jest nam ich zrozumieć. To dla nich bardzo ważne.

Rozmawiał Łukasz Lubański

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL