Publicystyka

Łukasz Adamski: Kijów dalej od Europy

Przemarsz weteranów UPA w Przemyślu
Wikimedia Commons/ domena publiczna
Nazwanie jednej z głównych arterii stolicy ulicą Romana Szuchewycza dla wielu przyjaciół Ukrainy jest przekroczeniem czerwonej linii, za którą nie ma już dialogu – pisze wicedyrektor Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.

Już w XIX w. wielki historyk Józef Szujski pisał: „Fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki". Uproszczenia, przeradzające się nierzadko w manipulacje historyczne, przytrafiają się wielu narodom, tyle że dla Ukrainy mogą się one okazać politycznie katastrofalne.

W Polsce problemy dialogu z Ukrainą zazwyczaj sprowadza się do kultu działaczy OUN i UPA nad Dnieprem, zaprzeczania poglądowi, że rzeź wołyńska była przeprowadzoną przez UPA czystką etniczną, oraz do oceny charakteru akcji „Wisła". Nie dostrzega się u nas, że kwestia wołyńska jest tak trudno rozwiązywalna, bo nie sposób jej wyabstrahować zarówno od problemów tożsamościowych narodu ukraińskiego, jak i wcześniejszej historii. Spraw spornych jest znacznie więcej. Generalnie dotyczą one charakteru i konsekwencji przynależności ziem ruskich – dzisiejszej Ukrainy – do I i II Rzeczypospolitej oraz oceny polskiej polityki wobec Rusinów (Ukraińców). Problemy te są pochodną tego, że świadomość historyczna ukraińskich elit bazuje na metodologicznie karkołomnym przekonaniu, iż pojawienie się państwa ukraińskiego jest logiczną konsekwencją przynajmniej tysiącletniej historii narodu ukraińskiego i jego walki o niepodległość, a naród ten miał od zawsze prawo do samostanowienia na swojej ziemi oraz podejmowania wszelkich działań obronnych. Wielu przy tym uznaje, iż można było posługiwać się zbrodniczymi metodami, bo w końcu bez walki z „okupantami": Polakami i Moskalami, nie byłoby państwa ukraińskiego – wartości najważniejszej.

„Kto nie z nami, ten przeciw nam"

Wojna z Rosją gwałtownie zwiększyła popularność tej nacjonalistycznej ideologii, która już wcześniej kształtowała umysły ukraińskiej młodzieży i z galicyjskiego matecznika zarażała środkową Ukrainę. Tylko w ostatnich tygodniach rada miejska Kijowa przychyliła się do żądań szowinistycznej Swobody, aby przemianować jedną z głównych arterii stolicy na ulicę Szuchewycza, naczelnego dowódcy UPA, a wcześniej oficera Wehrmachtu, odpowiedzialnego najprawdopodobniej za mordowanie Żydów na Białorusi. Dodajmy, że ukraiński IPN uznał, że symbolika SS Galizien nie jest objęta zakazem propagandy nazistowskiej. Jednocześnie ukraińska opinia publiczna potępiła w czambuł nie tylko Putina, który w rozmowie z prezydentem Macronem stwierdził, iż Anna – jedenastowieczna królowa Francji, pochodzenia ruskiego – była Rosjanką, ale również tych, którzy zdroworozsądkowo argumentowali, że na manipulacje Kremla nie wolno odpowiadać kontrmanipulacjami. A przecież dzieje Rusi to nie jest wyłącznie ukraińska historia narodowa. Z nielicznymi wyjątkami intelektualiści zza Buga mało co robią, aby powstrzymać nacjonalizację dyskursu publicznego, zresztą atmosfera „kto nie z nami, ten przeciw nam" na wielu oddziałuje.

Tej patriotycznej tromtadracji sprzyja oczywiście wywołana rosyjską agresją wojna oraz ostateczne moralne bankructwo haseł bazujących na postsowieckiej nostalgii, jak również wszelkich idei odbieranych jako prorosyjskie. Polska dla ukraińskich nacjonalistów obecnie nie jest wrogiem, tyle że promowana przez nich wizja historii, uznająca za bohaterszczyznę każdą formę walki z „okupantami", wywołuje konflikt pamięci nie tylko z Rosjanami, ale też właśnie z Polakami, Żydami oraz, poniekąd, Niemcami i Białorusinami. W szczególności relatywizacja współpracy ukraińskich nacjonalistów z III Rzeszą i ich współudział w masowych zbrodniach nazistów na ludności cywilnej narusza światowy konsens w sprawie bezwzględnego potępiania tego rodzaju zachowań. Odgradza Ukrainę od Europy.

To nie jest przejściowy katar

Niestety, prezydent Poroszenko i rząd Ukrainy albo nie doceniają wagi tych problemów, albo kalkulują, iż zmiana polityki historycznej jest nieopłacalna z powodów wewnętrznych. W końcu za dwa lata odbędą się wybory prezydenckie i hurapatrioci stają się pożądanym elektoratem. Nacjonaliści chętnie zapisują się jako ochotnicy i walczą na froncie. Obecne polskie władze uważane są zaś w Kijowie za siły „nacjonalistyczne", wyizolowane w Europie, o niewielkich, zwłaszcza w porównaniu z Niemcami, możliwościach kształtowania polityki UE i NATO wobec Ukrainy i Rosji. To oczywiście pretekst. Ostrzeżeń wysyłanych przez poprzednie rządy też nie słuchano w Kijowie. Tylko lekceważeniem Polski można wytłumaczyć, że nie udało się dotychczas z ukraińskich ustaw dekomunizacyjnych usunąć punktu delegalizującego krytykę działaczy OUN i UPA czy doprowadzić do publicznego pokazu filmu „Wołyń" na Ukrainie. Nawet wielu Ukraińców zaangażowanych w dialog historyczny z Polakami butnie oświadcza, iż suwerenny naród ma prawo sam wybierać sobie bohaterów. Doszukują się oni fałszywej symetrii między historią narodu polskiego i ukraińskiego albo wręcz szerzą niedorzeczne przekonanie, że Polska chce ponownie „skolonizować" Ukrainę, tym razem mentalnie. Po cichu zaś szepcą, iż korzeniem wszelkiego zła jest PiS. Utwierdzają ich w tym niektóre środowiska w Polsce, które same zlekceważywszy rozwój ukraińskiego nacjonalizmu przed wojną, teraz żywią iluzję, że to przejściowy katar.

Takie stanowisko jest koszmarnie krótkowzroczne. Rehabilitacja kolaboracji z nazizmem i masowych zbrodni przeciwko cywilom wywołuje zaniepokojenie nie tylko przytłaczającej większości polskiej opinii publicznej, ale i Izraela, i w ogóle wielu zachodnich przyjaciół Ukrainy. Polityka historyczna w praktyce nie może być przedmiotem jakiejkolwiek suwerenności, gdyż wpływa na percepcję kraju za granicą, w tym na zdolność elit politycznych sąsiednich państw do przekonywania opinii publicznej o konieczności udzielania wsparcia broniącej się przed napaścią Ukrainie. Na Kremlu doskonale zdają sobie z tego sprawę, zdumiewa więc, dlaczego nie w Kijowie. Parlament Europejski jeszcze w 2010 r. ostrzegł Ukrainę, że rehabilitacja współpracy z nazistami jest nie do pogodzenia z europejskimi wartościami.

Odpowiedzią na rosyjskie manipulacje i kłamstwa historyczne nie może być nacjonalistyczna kontrpropaganda, bo kraj będzie wtedy trwonił moralny kapitał zdobyty w ostatnich latach, a Ukraińcy zatracą wizerunek narodu politycznie dojrzalszego od Rosjan. Strategia historycznej kontrpropagandy może wręcz prowadzić do zatarcia się różnicy między agresorem a ofiarą agresji – skoro jedni i drudzy prawdę historyczną ważą sobie lekce i metodycznie w podobny sposób relatywizują zbrodnie totalitarnego ZSRS czy totalitarnych OUN i UPA. Znając cynizm Kremla, można domniemywać, iż zaciera się tam teraz ręce, a może nawet stara się ukraińskich nacjonalistów utwierdzać w przekonaniu o słuszności ich karykaturalnej wizji historii.

Ukraiński maccartyzm

Dla polskich elit, wśród których wsparcie Ukrainy jest od lat przedmiotem politycznego konsensusu, problem polityki historycznej Kijowa ma wymiar zewnętrzny i wewnętrzny. „Rewolucja godności" na Ukrainie oraz idealizm tysięcy ochotników, którzy stanęli w obronie niepodległości, budziły w 2014 r. powszechny, ponadpartyjny podziw w Polsce. Obecnie zaś ponadpartyjną konsternację wywołuje promowanie na Ukrainie postaci o tak dużym potencjale antagonizującym, jak Szuchewycz, kosztem bohaterów cementujących współczesną wspólnotę narodową, jak np. cyborgi broniące donieckiego lotniska.

Rodzi się też obawa, że ograniczanie pluralizmu debat publicznych nad Dnieprem i narastanie nacjonalizacji historii na Ukrainie doprowadzi do pojawienia się ukraińskiego maccartyzmu. Zniweczy to nadzieje na rychły sukces ukraińskiej transformacji i europeizacji tego kraju. Wpłynie na postawy Polaków wobec Ukraińców i wzrost politycznej popularności tych środowisk, nierzadko infiltrowanych przez struktury powiązane z Rosją, które postulują uzależnienie polityki RP wobec Ukrainy od stosunku Ukraińców do kwestii banderyzmu. Odbije się to też negatywnie na położeniu ogromnej ukraińskiej emigracji w Polsce, z której część, w tym posiadacze Karty Polaka – zazwyczaj de facto Ukraińcy – w najbliższych latach pomnożą liczbę polskich obywateli.

Intensywnie zacieśniające się więzy społeczne i gospodarcze Polski z Ukrainą sprawiają, że załagodzenie napięć na tle historii jest oczywistą potrzebą dla polityki wewnętrznej, a nie tylko wymogiem polityki zagranicznej. W tej sytuacji warto podjąć intensywniejsze działania na rzecz promocji odmiennej niż nacjonalistyczna wizji wspólnej historii na Ukrainie oraz komunikacji z ukraińską opinią publiczną. Przydatne byłyby przy tym zarówno stosowne deklaracje polityczne, jak i rozwiązania instytucjonalne. Należy też zintensyfikować współpracę z Izraelem i Niemcami w kwestii wypracowania wspólnej strategii reagowania na relatywizację totalitarnych zbrodni na Ukrainie. Wreszcie należy pamiętać, iż w interesie Polski – narodu, który w historii, w tym także XX w., na tle wielu innych narodów bardzo dobrze zdawał dziejowy egzamin – leży prezentowanie wzorowego stosunku do rozliczeń z własną przeszłością. Bez takiej postawy szansa na skłonienie sąsiadów do rozliczeń ze swoją historią będzie znacznie mniejsza.

Autor jest doktorem historii, wicedyrektorem Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. W 2014 r. był sprawozdawcą Specjalnej Misji Obserwacyjnej OBWE na Ukrainie.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL