Dębski: Wielki test dla USA

aktualizacja: 19.05.2017, 20:42
Foto: AFP

Czy prezydent Donald Trump powtórzy błędy Baracka Obamy z początków jego prezydentury? Obserwując politykę wobec naszego regionu, można odnieść wrażenie, że ani na jotę nie zmienił się tryb pracy machiny biurokratycznej w Waszyngtonie – pisze dyrektor PISM.

REDAKCJA POLECA

Historia się nie powtarza, ale czasem się rymuje" – powiedział kiedyś Mark Twain. W polityce międzynarodowej koniunktura szybko się zmienia, decydenci przychodzą i odchodzą, ale czynniki systemowe sprawiają, że od czasu do czasu można odnieść wrażenie, że wracamy w znajome koleiny.

Mija właśnie osiem lat, gdy elity polityczne w Europie Środkowej poważnie zaniepokoiły się kierunkiem polityki nowej amerykańskiej administracji Baracka Obamy wobec naszego regionu. Pod koniec maja 2009 r. zaczął powstawać w Warszawie, Budapeszcie, Pradze, a następnie w Brukseli projekt listu-ostrzeżenia dla nowej administracji przed zaniedbaniem współpracy z sojusznikami z Europy Środkowej. Kilka lat wcześniej udzielili oni Ameryce pomocy, m.in. wysyłając swych żołnierzy na wojnę do Afganistanu i Iraku. Za współpracę z republikańską administracją George'a W. Busha zapłacili ogromną cenę polityczną w Europie. Francja i Niemcy uznały wówczas, że ponieważ proamerykańska polityka Europy Środkowej jest niezgodna ze stanowiskiem Paryża i Berlina, to automatycznie oznacza to, że państwa te rozbiją jedność europejską.

Do chwały przez wypaczenia

Autorzy listu, byli prezydenci i ministrowie spraw zagranicznych państw naszego regionu, przestrzegali Baracka Obamę przed odfajkowaniem regionu jako obszaru, w którym polityka amerykańska nie ma już nic do zrobienia. Wzywali władze USA do zintensyfikowania relacji z Europą Środkową i ostrzegali, że ceną zaniedbań będzie osłabienie proamerykańskich tendencji w polityce zagranicznej tych państw, które mogą się jeszcze Ameryce w przyszłości przydać. Zwracali także uwagę na coraz wyraźniej rysujące się niebezpieczeństwo obrania przez Rosję konfrontacyjnego kursu w relacjach z Zachodem.

W Waszyngtonie list został przemilczany. Nieoficjalnie wiadomo, że uznano go za głos regionu nadmiernie hołubionego przez republikańskich poprzedników. Ostrzeżenie więc zignorowano, a konsekwencją była seria błędów w amerykańskiej polityce zagranicznej.

Najpierw, pomimo zabiegów polskich władz, Amerykanie zlekceważyli obchody 70. rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Do ostatnich dni sierpnia 2009 r. nie było pewne, kto będzie reprezentował Stany Zjednoczone na uroczystościach na Westerplatte, w których udział zapowiedzieli nawet przywódcy Niemiec i Rosji. Dwa tygodnie później administracja Obamy doprowadziła do kolejnej katastrofy, ogłaszając rezygnację z europejskiej części projektu budowy tarczy antyrakietowej. Stało się to 17 września, dokładnie w 70. rocznicę sowieckiej agresji na Polskę. Decyzję skonsultowano z Rosją, ale już nie z sojusznikami, którzy rok wcześniej zgodzili się gościć amerykański system obronny na swoim terytorium. Wreszcie, na początku listopada, ówczesna sekretarz stanu USA Hillary Clinton uczyniła despekt polskiemu ministrowi spraw zagranicznych, odwołując spotkanie z nim w ostatniej chwili – gdy minister przyleciał już do Waszyngtonu.

W drugiej kadencji administracja Obamy nadrobiła te błędy, przez co bilans stosunków polsko-amerykańskich u progu prezydentury Trumpa prezentował się pozytywnie. Stało się tak jednak głównie w związku z tym, przed czym ostrzegał list z 2009 r. – agresywną polityką Rosji. To jej działania zmusiły administrację Obamy do gwałtownego zwrotu w polityce europejskiej, zwrotu, na którym Polska niewątpliwie skorzystała.

Na dobrym kursie

Dziś nic jeszcze nie wskazuje na to, by wzajemne relacje mogły ucierpieć. Stosunki polsko-amerykańskie i – szerzej – amerykańsko-środkowoeuropejskie znajdują się na fali wznoszącej. W styczniu do Polski przybyli żołnierze i ciężki sprzęt z USA – pierwsza rotacyjna obecność tak licznych sił amerykańskich, których zadaniem jest wzmocnienie wschodniej flanki sojuszu północnoatlantyckiego. Krok o tyle ważny, że to Amerykanie najszybciej i najbardziej zdecydowanie zareagowali na pogorszenie sytuacji bezpieczeństwa w Europie w następstwie rosyjskiej aneksji Krymu i inwazji Rosji w Donbasie. „Stała, rotacyjna" obecność amerykańska i sojusznicza na wschodniej flance nie jest oczywiście rozwiązaniem w pełni zadowalającym w obliczu rosyjskiego zagrożenia, ale stanowi ważną namiastkę tego, o co Polska i inne państwa regionu, zwłaszcza bałtyckie, zabiegały od lat.

Według danych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu 2016 r. był niezwykle udany pod względem projektów inwestycyjnych zrealizowanych przez przedsiębiorców z USA. Na łączną liczbę 64 inwestycji 16 zrealizowały firmy amerykańskie. Co więcej, agencja informowała, że spośród niemal 200 potencjalnych projektów inwestycyjnych zarejestrowanych na początku tego roku aż 60 pochodziło ze Stanów Zjednoczonych – prawie trzy razy więcej niż z Niemiec i sześciokrotnie więcej niż z Wielkiej Brytanii. W 2017 r. wzrost gospodarczy w Polsce może wynieść 3,5 proc., w Rumunii przekroczy 4 proc., na Węgrzech sięgnie 3,6 proc., a na Słowacji – 3 proc. To więcej niż we Francji, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Nic więc dziwnego, że amerykańscy inwestorzy wciąż traktują Polskę jako naturalną bramę do Europy Środkowej. To od dwóch dekad najszybciej rozwijający się region w Europie. Nie tylko amerykański biznes to bezbłędnie wyczuwa. W tym także należy także upatrywać motywów politycznego i biznesowego zainteresowania regionem ze strony Chin. Amerykańskim inwestorom rośnie tu konkurencja.

Wprawdzie nie sprawdziły się hurraoptymistyczne amerykańskie prognozy sugerujące, że dzięki zasobom gazu z łupków Polska wybije się na gazową niezależność, ale my także skorzystamy z dobrodziejstw łupkowej rewolucji. Niebawem do gazoportu w Świnoujściu – największej tego rodzaju instalacji w rejonie Morza Bałtyckiego – trafi pierwszy transport skroplonego gazu ziemnego z terminalu w Sabine Pass w Teksasie. Transport niewielki, ale dobrze rokujący na przyszłość. Zapowiadana dostawa do Świnoujścia pokazuje, że gaz z USA może stanowić alternatywę dla odbiorców w całej Europie Środkowej – a to rynek nie do pogardzenia, z perspektywami dalszego wzrostu zapotrzebowania. Za kilka lat, kiedy Amerykanie uruchomią kolejne terminale do eksportu gazu, nasz region może być dla nich naturalnym klientem.

Zasługi poprzedników

Skąd więc powody do niepokoju? Otóż administracja prezydenta Trumpa, zaprzątnięta przede wszystkim sobą, w relacjach z Polską i innymi państwami Europy Środkowej zachowuje się na razie pasywnie. By ponownie odwołać się do terminologii bardziej przystającej do realiów Wall Street niż do stosunków sojuszniczych – może uznała, że poziom politycznych inwestycji w te relacje jest wystarczający i nie wymagają one kolejnych nakładów. Znawcom stosunków polsko-amerykańskich ta sytuacja coś już zaczyna przypominać.

Tymczasem wszystkie wspomniane wyżej pozytywne tendencje są wynikiem decyzji podjętych przez poprzednią amerykańską administrację, która – po części, chcąc naprawić własne błędy, po części ze względu na stworzone przez Rosję zagrożenie dla pokoju w Europie – ponownie zwiększyła aktywność w Europie Środkowej. W rzeczywistości, gdyby prezydentem USA była dziś Hillary Clinton, w stosunkach polsko-amerykańskich działałaby ta sama siła inercji. W Białym Domu nikt nie musiałby ruszać palcem.

Przygotowania do przerzutu amerykańskich żołnierzy na wschodnią flankę NATO zaczęły się, o czym donosiła fachowa amerykańska prasa wojskowa, mniej więcej rok przed rozpoczęciem pierwszej rotacji. I nic w tym dziwnego, bo tyle trwają wojskowe procedury, tyle czasu było potrzeba, aby wprowadzić w życie decyzje, nad którymi pracowali najpierw ministrowie obrony sojuszu północnoatlantyckiego i które w lipcu ubiegłego roku w Warszawie zatwierdzili przywódcy państw członkowskich NATO. Tak więc obecność amerykańskich żołnierzy na wschodniej flance sojuszu to zasługa administracji Obamy. Ekipa Trumpa pobiera dywidendę z akcji, w które zainwestowali ich poprzednicy.

Podobnie rzecz się ma z dostawą amerykańskiego gazu do Polski. Pochwały za troskę o bezpieczeństwo energetyczne sojuszników zbierze administracja Trumpa, ale to w latach urzędowania jego poprzednika Departament Energii USA uprościł procedury eksportu gazu ziemnego do państw nieobjętych porozumieniami o wolnym handlu i przyspieszył wydawanie licencji dla nowych terminali skraplających gaz. To korzystne warunki rynkowe, a zapewne również refleks i łut szczęścia, sprawiły, że do Świnoujścia zawinie gazowiec z USA. Żadna w tym zasługa Białego Domu.

Trump szedł do władzy pod hasłem „America First", nie dziwi więc, że zaangażowanie swoje i swojej administracji w sprawy międzynarodowe ogranicza do spraw dotykających żywotnych interesów USA. Pielęgnowanie stosunków z Europą Środkową do nich na razie nie należy. Bierność obecnej administracji amerykańskiej trudniej jednak pojąć w wymiarze politycznym. Wydaje się, że lata 2009 i 2017 różni bardzo wiele, a jednak obserwując pierwsze miesiące aktywności administracji prezydenta Trumpa, można odnieść wrażenie, że tryb pracy machiny biurokratycznej w Waszyngtonie ani na jotę się nie zmienił. Stany Zjednoczone mogą więc ponownie wpaść w tradycyjną spiralę błędów. Być może jest to pochodna braków kadrowych wciąż formującej się nowej administracji, w której z konieczności ważną rolę odgrywają urzędnicy pamiętający jeszcze współpracę z poprzednią ekipą. Wiedzeni opacznie rozumianym poczuciem lojalności, nie są chętni, by podpowiadać swoim nowym zwierzchnikom bardziej opłacalne dla nich polityczne rozwiązania.

Powtórka czy jednak zmiana

Prezydent Trump może jeszcze uniknąć kłopotów, których doświadczył jego poprzednik w Białym Domu w pierwszym okresie prezydentury. Najbliższą okazją do omówienia szczegółów, jak do tego nie dopuścić, będzie planowana rozmowa prezydentów Donalda Trumpa i Andrzeja Dudy na marginesie szczytu NATO w Brukseli pod koniec maja. Nowa amerykańska administracja powinna wykorzystać także szansę, jaką stwarza zaproszenie prezydenta Trumpa do udziału w spotkaniu z głowami 12 państw Europy Środkowej 7 lipca we Wrocławiu wystosowane wspólnie przez prezydent Chorwacji Kolindę Grabar-Kitarović i prezydenta Dudę. Kilkugodzinna polityczna inwestycja i spotkanie ze wszystkimi sojusznikami w regionie może pomoc Donaldowi Trumpowi stworzyć własne polityczne dziedzictwo w relacjach z Europą Środkową i w ogóle w relacjach transatlantyckich. Najbliższe kontakty na szczeblu prezydentów będą więc testem obranego przez administrację Trumpa kierunku polityki wobec Europy Środkowej. Czy będzie to powtórka z początków polityki Obamy, czy już jednak unikające błędów poprzednika autorskie podejście Trumpa?

Winston Churchill mawiał, że „zawsze można liczyć na to, że Amerykanie postąpią właściwie – ale dopiero po wyczerpaniu wszystkich innych dostępnych alternatyw". Każdy, kto dobrze życzy relacjom Stanów Zjednoczonych z Europą Środkową, powinien trzymać kciuki za prezydenta Trumpa, aby nie zmarnował szansy i dowiódł, że maksyma Churchilla w przypadku jego prezydentury nie będzie miała zastosowania.

Autor jest historykiem i politologiem, dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (od lutego 2016 roku, wcześniej tę funkcję pełnił też w latach 2007–2010). W latach 2011–2016 był dyrektorem Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.

POLECAMY

KOMENTARZE