Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Czarnecki: Poprzemy Tuska

Prezes PiS potrafi dla dobra kraju wspišć się ponad konflikt między partiami – uważa autor. Na zdjęciu: Donald Tusk i Jarosław Kaczyński w Sejmie, 1 paŸdziernika 2014 roku
Fotorzepa, Jerzy Dudek
PO, atakujšc polityka PiS kandydujšcego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, złamała niepisanš zasadę obowišzujšcš w polskiej polityce: głosujemy na swoich. Ale Jarosław Kaczyński nie poœwięci zasad dla rewanżu – pisze eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwoœci.

Zajęci batališ o rezolucję Parlamentu Europejskiego „w sprawie Polski", podróżami Komisji Weneckiej czy też szczytami Unii Europejskiej na temat uchodŸców oraz peregrynacjami „tercetu egzotycznego" w składzie: Angela Merkel, Donald Tusk, Frans Timmermans, do tureckich obozów dla uciekinierów, za mało myœlimy o rzeczy równie fundamentalnej dla przyszłoœci polityki europejskiej. Oczywiœcie chodzi o nowe rozdania personalne, które nastšpiš na szczytach UE w 2017 roku.

Dla Junckera nie ma alternatywy

Na razie pewnik jest jeden: najbardziej atakowany ze wszystkich trzech szefów organów Unii przewodniczšcy Komisji Europejskiej, były premier Luksemburga (przez 14 lat), Jean-Claude Juncker mimo słynnej afery podatkowej jako jedyny może spać spokojnie. Tylko on ma 100-procentowš pewnoœć, jeœli nie wydarzy się nic nadspodziewanego, że zachowa stanowisko.

Dla Junckera nie ma alternatywy, jakkolwiek by to zabrzmiało. Inni w tym trójkšcie unijnej władzy, coraz częœciej zwanym trójkštem bermudzkim, czyli Martin Schulz oraz Donald Tusk, nie majš żadnej pewnoœci reelekcji. Większe pole manewru ma niemiecki socjaldemokrata, który już cztery lata kieruje Parlamentem Europejskim. Polityk SPD chce być dalej, trzeci raz z rzędu (!), szefem europarlamentu. Ta sztuka nie udała się nikomu przed nim. Rzecz w tym, że o ile jego pierwsza (2012–2014) i druga, obecna kadencja (2014–2017) były elementem „wielkiej koalicji" w PE, czyli chadeków z Europejskiej Partii Ludowej i socjalistów, o tyle teraz EPL chce po pięciu latach „postu" objšć funkcję szefa europarlamentu. Z pięciu kandydatów opisywanych przeze mnie na łamach „Rzeczpospolitej" („Kto po Martinie Schulzu", 29.02.2015) zostało czterech, bo wycofał się Austriak Othmar Karas. A w gruncie rzeczy poważnych trzech: Włoch Antonio Tajani, dwukrotny komisarz i obecny wiceprzewodniczšcy PE, Słoweniec Alojz Peterle, były premier, wicepremier i dwukrotny szef MSZ swojego kraju, od 12 lat w PE, oraz Francuz Alain Lamassoure, również były minister i eurodeputowany (1989–1993 i od 1999).

Kampania wyborcza będzie trwała w najlepsze, a to oznacza, że malejš, choć nie niknš, szanse Schulza na rekordowš trzeciš elekcję. EPL ma 225 posłów do Parlamentu Europejskiego, socjaldemokraci 193. Lewicy trudno będzie stworzyć koalicję „wszyscy kontra EPL", także dlatego, że wielkie ambicje sięgajšce fotela szefa PE przejawia lider frakcji liberałów, były premier Belgii Guy Verhofstadt. Wybrany po raz drugi na przewodniczšcego grupy ALDE chce jeszcze więcej, pomny, że liberał z Irlandii Patrick (Pat) Cox w wyniku rzadkiej w historii PE koalicji chadeków i liberałów został szefem Parlamentu Europejskiego w styczniu 2002 roku w miejsce francuskiej republikanki Nicole Fontaine. Szans nie ma, ale ambicje – wręcz przeciwnie.

Czyżby więc groził nam europejski pat? Nie sadzę. W gruncie rzeczy decyzje zapadnš nie w roku przyszłym, ale już pod koniec tego. Rzecz w tym, że wybór szefa brukselsko-strasburskiego parlamentu nie jest tak naprawdę autonomicznš sprawš PE, tylko częœciš szerszych europejskich puzzli.

Wszystkie plany Martina Schulza?

Przecišganie liny ze stanowiskami między lewicš a chadecjš może się zakończyć większš rotacjš na najwyższych stanowiskach unijnych, niż można by się było tego spodziewać do niedawna. Nieznoszony w Polsce (wiadomo za co) Martin Schulz jest politykiem na tyle zręcznym, iż walczšc wcišż o przedłużenie swojej misji przewodniczšcego europarlamentu, ma plan B, a może też C i D.

Jeden z wariantów jego aktywnoœci w życiu publicznym to wejœcie (trudno mówić o powrocie, bo w PE Schulz jest od 1994 roku) do polityki krajowej. Mówi się, że chętnie zastšpiłby Franka-Waltera Steinmeiera na stanowisku szefa niemieckiej dyplomacji (obecny szef MSZ mógłby być kandydatem na prezydenta RFN). Jednak ambicje Schulza sięgajš być może wyżej. W kuluarach PE lewicowi, „funkcyjni" europosłowie mówiš, że jeœli w Republice Federalnej nie dojdzie po przyszłorocznych wyborach do Bundestagu do koalicji „czarno-zielonej" (sojusz chadeków i ekologów), lecz po raz kolejny odnowiona będzie „wielka koalicja", to przy spadku za sprawš Merkel notowań CDU można teoretycznie spodziewać się odnowienia „wielkiej koalicji", tyle że z... socjaldemokratycznym kanclerzem. Ponoć według planu Schulza CDU-CSU z różnych powodów nie będzie się chciała wówczas zgodzić na obecnego wicekanclerza Sigmara Gabriela, ale może zaakceptować kogoœ o, cokolwiek by mówić, międzynarodowej pozycji. Według planu Schulza byłby to... sam Schulz.

To teoretyczna układanka, choć logiczna. Ma wszak jeden minus – jej realizacja wymaga spełnienia wielu warunków: słaby, ale nie katastrofalny wynik chrzeœcijańskich demokratów w wyborach do Bundestagu, lepszy wynik SPD, niemożnoœć stworzenia koalicji „czarnych" i „zielonych", brak zgody partii Merkel (nie wiadomo, czy sama pani kanclerz będzie wtedy kierować własnym ugrupowaniem...) na kanclerza z SPD w postaci polityka przez lata uwikłanego w politykę wewnętrznš. A to doprawdy polityczne równanie z wieloma niewiadomymi.

Plany C i D Martina Schulza majš jednak zapewne wymiar międzynarodowy. Plan C to objęcie prestiżowej, bez bieżšcego znaczenia politycznego, funkcji stałego przedstawiciela Berlina w Radzie Bezpieczeństwa przy ONZ. Oczywiœcie byłaby to dla ambitnego Niemca jedynie swoista poczekalnia przed powrotem na arenę europejskš lub, może bardziej, skok na główkę do głębokiego basenu polityki niemieckiej.

Unijny rebus

Plan D Schulza może być jednak dla nas, Polaków, najbardziej frapujšcy. Dotyczy on bowiem próby objęcia stanowiska zajmowanego obecnie i do roku następnego przez polityka z Polski – Donalda Tuska. Wynika to z prostej kalkulacji. Nie tyle, uwaga, Niemcy, ile socjaliœci muszš „coœ" mieć spoœród trzech głównych stanowisk w UE. Centroprawica ma szefa KE (Junckera) i będzie mieć szefa PE (ktoœ z czwórki: Tajani, Peterle, Lamassoure i Irlandka Mairead McGuinness).

Jeœli tak, to lewica na pewno nie zadowoli się ważnym, ale nie najważniejszym stanowiskiem szefa EEAS (European External Action Service), kierujšcego unijnš dyplomacjš (obecnie Włoszka Federica Mogherini). Według socjalistycznego scenariusza socjaldemokrata – ale uwaga: niekoniecznie Schulz – objšć powinien stanowisko po Tusku. Problem polega na tym, że w tym równaniu do niewiadomej X Schulz podstawia sam siebie, ale dla jego partyjnych eurotowarzyszy nie musi to być wcale oczywiste. Tym bardziej że Tusk też nie odda pola bez walki, a na kryzysie z uchodŸcami mógł paradoksalnie zebrać trochę punktów w niektórych państwach członkowskich zaniepokojonych politykš Angeli Merkel, od której były premier III RP pewnie nie przypadkiem, mniej lub bardziej, się dystansował.

Oczywiœcie Tusk ma też plan awaryjny, tyle że w odróżnieniu od Schulza tylko jeden – batalia o prezydenturę w Rzeczypospolitej w roku 2020. Problem polega na tym, że ta prezydencka gruszka na wierzbie spaœć może (ale raczej nie spadnie) dopiero w połowie 2020 roku. Jego niemiecki konkurent ma tutaj lepszš sytuację. Wybory do parlamentu nad Szprewš to już kwestia parunastu miesięcy. A rozstrzygnięcia na unijnych szczytach to ten sam 2017 rok.

W tej łamigłówce każdy element musi pasować. Tak jak nie było miejsca, rzecz jasna, dla szefa Rady Europejskiej z Polski i szefa unijnej dyplomacji z tego samego kraju, tak również nie ma żadnej możliwoœci, aby dwóch przedstawicieli tzw. nowej Unii, a więc np. Tusk i Peterle, piastowało w tym samym czasie dwie z trzech głównych unijnych funkcji. Tak samo jak w praktyce wykluczone jest, aby wszystkie trzy główne stanowiska sprawowała Europejska Partia Ludowa, kumulujšc władzę jednoczeœnie w Komisji Europejskiej, europarlamencie i Radzie.

W ramach niepisanych parytetów w kontekœcie „unijnego politycznego tortu" szanse Włocha Antonia Tajaniego na szefowanie w PE mogš być w jakiejœ mierze minimalne – dlatego że jego rodaczka w dalszym cišgu pełnić ma funkcję wiceprzewodniczšcej Komisji Europejskiej odpowiedzialnej za politykę zagranicznš i bezpieczeństwa.

Nie będziemy „handlować"

Od bardzo wpływowego socjaldemokratycznego polityka usłyszałem swoiste polityczne „zaproszenie do tańca". Powiedział mi, że w interesie Martina Schulza jest zawarcie nieformalnego sojuszu z tym politykiem, którego obóz ostatnio najbardziej krytykował – czyli z Jarosławem Kaczyńskim. Lewicowy polityk przekonywał mnie, że Schulz na funkcji szefa Rady to przecież także interes Prawa i Sprawiedliwoœci, dogłębnie skonfliktowanego z Donaldem Tuskiem.

Rzecz w tym, że najbardziej wpływowego polskiego polityka nie interesuje tego typu polityczny „handel". Kaczyński ma swoje zasady. Jednš z nich jest popieranie Polaków na stanowiska międzynarodowe, niezależnie od opcji politycznej, jakš reprezentujš nasi rodacy.

Platforma Obywatelska, atakujšc europosła Janusza Wojciechowskiego kandydujšcego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, złamała niepisanš zasadę obowišzujšcš w polskiej polityce: głosujemy na swoich. Ale Jarosław Kaczyński nie poœwięci zasad w imię rewanżu. Jeœli Tusk nie zostanie ponownie szefem Rady Europejskiej, to nie na skutek akcji rzšdu Prawa i Sprawiedliwoœci, lecz braku poparcia innych państw. Nasze będzie miał: w przeciwieństwie do jego macierzystej partii nasz lider nie złamie zasady mówišcej, że Polak głosuje na Polaka.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL