Jacek Tomkiewicz: Pułapka nacjonalizmu

aktualizacja: 06.04.2017, 22:27
Foto: Fotorzepa, Łukasz Solski

Sukcesy populistów są efektem realnych problemów trawiących współczesne społeczeństwa. Proponowane przez nich rozwiązania mogą jednak jedynie pogorszyć obecny stan rzeczy – twierdzi ekonomista.

REDAKCJA POLECA
03.05.2017
Grzegorz Kołodko: Ucieczka do przodu
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

Nowy Pragmatyzm, koncepcja, której autorem jest Grzegorz Kołodko, ma być odpowiedzią na strukturalne problemy światowej gospodarki, takie jak rosnące nierówności społeczne, narastające zmiany klimatyczne czy wymykające się spod kontroli masowe migracje. Nowy Pragmatyzm opiera się na ingerencji państwa (rozumianego szeroko, jako narodowy i ponadnarodowy układ instytucjonalny) w mechanizm rynkowy.  Jednak prof. Andrzej Koźmiński wskazuje w tekście „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm”, że w dzisiejszych warunkach górę biorą nacjonalizmy, czego wyrazem jest Brexit, prezydentura Donalda Trumpa czy rosnące poparcie dla populistycznych nacjonalistów w wielu krajach Europy.

Zamiast więc postępującej integracji i koordynacji polityki gospodarczej w skali globalnej, obserwujemy zapowiedzi izolacji poszczególnych gospodarek za pomocą ceł, barier handlowych czy blokowania migracji. Skąd wziął się ten zwrot w kierunku izolacjonizmu i populizmu? Stwierdzenie, że niedoinformowani wyborcy są cynicznie manipulowani przez tabloidy i nowoczesne instrumenty marketingu politycznego nie jest wystarczającą odpowiedzią. Obecne tendencje są raczej wynikiem niezadowolenia z powodu nierównego podziału rosnącego dobrobytu.

Nierówności dochodowe w większości krajów wyraźnie rosną już od lat 80-tych XX wieku. Za podział dochodu w dużej mierze są odpowiedzialne obiektywne procesy wynikające z charakteru bieżącej fazy globalizacji. Połączenie mobilności kapitału i przepływów towarowych przy jednoczesnej ograniczonej skali migracji siły roboczej (około 95% ludzi w skali świata pracuje w tym samym kraju, w którym się urodzili) mocno ogranicza siłę przetargową pracowników. W tym samym czasie postęp techniczny zmniejsza popyt na niskie kwalifikacje, natomiast w cenie są ci, którzy potrafią posługiwać się nowoczesnymi technologiami oraz innowatorzy i twórcy wysokiej wartości dodanej w takich obszarach jak nauka, rozrywka czy sztuka. Mamy więc do czynienia z mieszankę mechanizmów, które powodują, że jednocześnie spadają wynagrodzenia (udział płac w PKB maleje w większości krajów świata) i mocno zwiększa się premia za wysokie kwalifikacje i innowacyjność.

Wina państwa

Warto jednak pamiętać, że państwo ma instrumenty, przy pomocy których może korygować rynkowy rozkład dochodu. Ostateczny podział dochodów i majątków w społeczeństwie jest więc także decyzją polityczną. W tych samych warunkach otwartości na globalne procesy gospodarcze w Skandynawii udaje się utrzymać niewielkie rozwarstwienie, a w Brazylii w czasie prezydentury Ignatio da Silvy można było łączyć szybki wzrost gospodarczy z malejącymi nierównościami. W zdecydowanej jednak większości krajów wybrano inny model polityki gospodarczej oparty na doktrynie neoliberalnej. Obiektywne mechanizmy gospodarcze powiększające nierówności były więc wzmacniane przez spadającą skalę progresji podatkowej, ograniczanie opodatkowania kapitału czy postępującą deregulację sektora finansowego. Dlaczego więc wyborcy w USA czy Wielkiej Brytanii wybierali rozwiązania ewidentnie sprzyjające tylko niewielkiej grupie społecznej? Przecież według tzw. teorii przeciętnego wyborcy, rosnące nierówności dochodowe powinny automatycznie wynieść do władzy ugrupowania postulujące zmniejszenie rozwarstwienia poprzez instrumenty podatkowe czy regulację rynku pracy. To, że tak długo społeczeństwa akceptowały pogłębiające się rozwarstwienie dochodowe i majątkowe, z dwóch prawidłowości: politycznej i gospodarczo-społecznej.

Po pierwsze, przez długi czas w wielu krajach wysoko rozwiniętych nastąpiło wyraźne zbliżenie między programami gospodarczymi poszczególnych partii politycznych. Nikt nie kwestionował, że celem polityki gospodarczej ma być maksymalizacja dynamiki PKB. W dyskursie publicznym wyraźnie można było wskazać utrwalenie się tzw. poprawności politycznej polegającej w skrócie na stwierdzeniu: „co dobre dla biznesu, siłą rzeczy jest też dobre dla gospodarki” . W dużej mierze różnica między lewicą a prawicą w obszarze polityki gospodarczej zatarła się. Takie postulaty jak uelastycznianie rynku pracy, niskie podatki czy ograniczanie biurokracji, to elementy programów politycznych partii zarówno z lewej jak i prawej strony sceny politycznej. Ugrupowania lewicowe i wysuwające prospołeczne postulaty  realizowały tak naprawdę w wielu krajach politykę działającą na rzecz pogłębiania nierówności.

Decyzja o znacznej obniżce podatku od zysków przedsiębiorstw została przecież podjęta w Polsce w czasie rządów SLD. Kolejne zmniejszenie obciążeń fiskalnych w roku 2007 (obniżka składki rentowej i spadek górnej stawki PIT, co dało wyższe korzyści bogatszym) nastąpiło w czasie rządów PIS - u, partii konserwatywnej w obszarze światopoglądowym i  prospołecznej w kwestiach gospodarczych. Głęboka reforma rynku pracy (tzw. reforma Hartz’a z 2003 roku) polegająca w dużej mierze na ograniczeniu przywilejów pracowniczych została przeprowadzona w Niemczech w czasach rządów socjalistów z SPD, a deregulacja sektora finansowego w USA polegająca na uchyleniu ustawy Glassa-Steagalla (rozdzielenie bankowości inwestycyjnej od depozytowo-kredytowej) nastąpiła w roku 1999, czyli w czasie rządów Prezydenta B. Clintona – demokraty, a więc przedstawiciela partii o prospołecznej tożsamości.
Pomimo tego, że struktura podziału wytworzonego dochodu szybko zmienia się na korzyść bogatszych, to jednak niezaprzeczalnym jest fakt poprawy ogólnego poziomu życia zasadniczej części społeczeństwa. Ważnym elementem była także konsumpcja finansowana kredytem. Dochody realne większości pracowników wprawdzie prawie nie rosną, ale niskie stopy procentowe, polityka państwa wspierająca udzielanie kredytów hipotecznych i wreszcie dostępność do całej gamy instrumentów finansowych (karty kredytowe, pożyczki hipoteczne, kredyty studenckie, systemy zakupów ratalnych) sprawiają, że dzięki rosnącemu zadłużeniu można nie zmniejszać konsumpcji.

Innym przykładem „kupowania” spokoju społecznego w warunkach rosnących nierówności jest dostarczanie dóbr publicznych na kredyt, czyli finansowanie hojnych programów socjalnych długiem publicznym. Na krótką metę można łączyć wysokie wydatki społeczne i stosunkowo niskie podatki – zadowoleni są zarówno wyborcy jak i właściciele kapitału. Przykład Grecji pokazuje jednak dobitnie, że taka polityka prędzej czy później kończy się katastrofą gospodarczą ze swymi negatywnymi skutkami zarówno dla beneficjentów programów społecznych jak i biznesu, którego dochody w warunkach recesji szybko się kurczą.

Kolejny sposób zapewnienia poparcia politycznego przy pogłębiającej się skali nierównowagi dochodowej i majątkowej można znaleźć w Chinach. W kraju, którego gospodarka jest nominalnie wciąż socjalistyczna i centralnie kierowana, nierówności dochodowe są wyższe niż w kapitalistyczno-liberalnych Stanach Zjednoczonych! Chińczycy jednak nie wychodzą na ulicę, bo ogólny poziom dochodu tak szybko rośnie, że nawet ci z dolnych przedziałów rozkładu dochodu notują zasadniczą poprawę jakości życia. Jednak szybki wzrost gospodarczy w Chinach także ma swoją cenę. Jest nią przede wszystkim zdewastowane środowisko naturalne, czego wymiernym przykładem jest pekiński smog.

Słuszna diagnoza, zła terapia

Dzisiejszy wzrost poparcia dla populistów i nacjonalistów jest więc skutkiem długotrwałych procesów społecznych i gospodarczych. Poprawność polityczna ewidentnie już nie obowiązuje, dlatego też wygrywają politycy pokroju Donalda Trumpa czy Marine Le Pen, którzy wprost twierdzą, że nie zamierzają słuchać rad i wskazówek ekspertów, bo ci reprezentują skompromitowany establishment. Tymczasem finansowanie konsumpcji kredytem prywatnym i publicznym musi być ograniczane wobec wysokich poziomów długu publicznego. Można więc zrozumieć wyborców  Trumpa czy głosujących za Brexitem, którzy nie akceptują obecnego kształtu gospodarki, który w dużej mierze jest efektem wieloletniej polityki opartej na neoliberalnych założeniach.

Jednak zastosowanie rozwiązań proponowanych przez zwolenników nowego nacjonalizmu będzie miało odwrotny skutek dla spójności społecznej niż wskazują to jego propagatorzy. Wysokie cła na import z Chin czy Meksyku to przede wszystkim wyższe ceny dla konsumentów, głównie tych uboższych, bo bogatsi kupują raczej usługi, które w ograniczonym stopniu podlegają przepływom międzynarodowym. Wymuszona reindustrializacja jest także w duże mierze mrzonką, bo postępu technicznego (automatyzacji) nie da się odwrócić, a różnice w kosztach pracy między USA a Meksykiem czy Chinami są zbyt wysokie, aby opłacało się przenosić miejsca pracy. Również powstrzymywanie migracji w obliczu starzenia się społeczeństw zachodnich jest antyskuteczne.  Z publicznej służby zdrowia i państwowych systemów emerytalnych, korzystają przede wszystkim ubożsi, więc bez dostępu do siły roboczej (podatników) z zagranicy, finansowanie tych usług publicznych będzie coraz trudniejsze.

Nie można poprzestać na stwierdzeniu, że na realizację założeń Nowego Pragmatyzmu trudno liczyć w sytuacji, kiedy szerokie poparcie zyskuje raczej nowy nacjonalizm. Oznacza to bowiem zgodę na rządy tych, którzy może słusznie diagnozują społeczne potrzeby, ale rozwiązania jakie proponują nie tylko nie rozwiązują problemów nierówności dochodowych i majątkowych, ale mogą nawet je pogłębić.

Autor jest doktorem ekonomii, wykładowcą w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie

POLECAMY

KOMENTARZE